Jankes niemieckiego sądu się nie boi
W Niemczech stacjonuje w dalszym ciągu około 70 tys. amerykańskich żołnierzy, 20 tys. brytyjskich i po jednym korpusie holenderskim i francuskim. Na podstawie podpisanych jeszcze w latach 50. umów, w razie przestępstwa popełnionego przez obcego żołnierza jest on sądzony według prawa kraju pochodzenia. Niemców to irytuje, bo zwłaszcza Amerykanie wciąż traktują ich kraj jak okupowany.
Po drugiej wojnie światowej Republika Federalna Niemiec powstała za zgodą mocarstw zachodnich z trzech stref okupacyjnych: amerykańskiej, brytyjskiej i francuskiej. W 1951 r. mocarstwa zachodnie ogłosiły zakończenie stanu wojny z Niemcami (ZSRS i Polska uczyniły to w 1955 r.). Po podpisaniu układów paryskich w 1954 r. zniesiono statut okupacyjny i w 1955 r. RFN przystąpiła do Unii Zachodnioeuropejskiej i NATO. 19 czerwca 1951 r. podpisano umowę między państwami-stronami Traktatu Północnoatlantyckiego (Truppenstatut) określającą zasady stacjonowania wojsk natowskich w innych państwach. Ponadto w roku 1952 podpisano umowę między Niemcami a trzema mocarstwami, gdzie także określono zasady stacjonowania obcych wojsk na terytorium RFN. Jeszcze dokładniejsze zasady stacjonowania wojsk natowskich w Niemczech ujęto w podpisanej w 1959 r. dodatkowej umowie pomiędzy NATO a RFN. Ponadto obowiązują jeszcze bilateralne umowy pomiędzy poszczególnymi krajami natowskimi. Taka umowa dotyczy również USA i Niemiec. Są w nich zapisane bardzo skomplikowane uwarunkowania prawne, wielokrotnie poprawiane i uzupełniane licznymi dodatkowymi aneksami do umów, ale główne zasady polegają na tym, że wszyscy bez wyjątku żołnierze obcych armii znajdujących się na misji w Niemczech posiadają specjalne prawa i obowiązki.
Prawnik federalnego ministerstwa spraw zagranicznych Maike Tribbels wyjaśniła w rozmowie z „Naszym Dziennikiem”, że można przyjąć, iż wszyscy natowscy żołnierze, którzy stacjonują w Niemczech, w przypadku jeżeli złamią prawo, i to obojętnie, czy na terenie bazy lub obozu, czy też poza nim (a więc na niemieckiej ziemi), odpowiadają zawsze według prawa państwa, z jakiego pochodzą – w tym wypadku amerykańskiego. Ponadto Tribbels poinformowała nas o istniejących wyjątkach od tej zasady i wtedy Niemcy mogą zażądać, aby obcy żołnierz stanął przed miejscowym wymiarem sprawiedliwości. – Dzieje się tak ewentualnie w przypadkach szczególnie ciężkich przestępstw. I w takim przypadku Niemcy mogą, ale nie muszą upomnieć się o sądzenie danego żołnierza na miejscu – powiedziała nam prawniczka MSZ.
Jak zgodnie twierdzą niemieccy prawnicy (co także nieoficjalnie przyznali nam pracownicy MSZ), w rzeczywistości stacjonujący w Niemczech Amerykanie mają bardzo dużo przywilejów, a rząd niemiecki w kwestii stacjonujących jednostek US Army utracił suwerenność. Na przykład podczas wjazdu i wyjazdu z Niemiec ani żołnierz amerykański, ani jego rodzina nie są kontrolowani (to dotyczy także samolotów CIA), nikt ze stacjonujących w Niemczech Amerykanów nie musi meldować się w niemieckim urzędzie dla cudzoziemców (Auslaenderbehoerde), a taki obowiązek mają wszyscy inni cudzoziemcy. Wojska amerykańskie mają prawo poruszać się po terytorium Niemiec bez najmniejszych przeszkód, i to uzbrojone w ostrą broń. Wojskowi nie muszą też posiadać niemieckiego prawa jazdy, mogą jeździć swoimi samochodami z amerykańskimi rejestracjami.
Rocznie utrzymanie baz amerykańskich kosztuje 7 mld USD, z czego 1,89 mld pochodzi z kieszeni niemieckich podatników. Niemcy płacą także za ewentualne przeprowadzki (likwidacje) amerykańskich baz. Na przykład za przeniesienie bazy lotniczej z Frankfurtu nad Menem do Ramstein Niemcy zapłaciły 368 mln USD. Ponadto w Niemczech bazy Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych (USAF) są w dużej mierze za darmo obsługiwane przez niektóre niemieckie jednostki wojskowe. Niestety, zgodnie z umową SOFA Amerykanie w większości przypadków nie muszą uznawać niemieckich przepisów dotyczących ochrony środowiska, gdzie zakładają bazy. Mogą nawet w wyjątkowych przypadkach przeprowadzać manewry wojskowe na terenach uznanych za strefę ekologiczną. Bardzo często za ewentualne szkody ekologiczne Amerykanie nie odpowiadają, a większość kosztów z nimi związanych pokrywa Bundeswerha, czyli niemieccy podatnicy.
Waldemar Maszewski, Hamburg
