Ukraina – pomiędzy Rosją a Europą

Wśród zalewu tysięcy różnego rodzaju informacji pojawiających się codziennie w polskich mediach prawie zupełnie pomijany jest istotny fakt, że już za kilka tygodni na Ukrainie odbędą się wybory prezydenckie. Ich wynik może mieć znaczenie dla przyszłości nie tylko Ukrainy, lecz także znaczącej części Europy, w tym także dla Polski. Z polskiego punktu widzenia jest kwestią kluczową, kto będzie rządził w Kijowie i na jakie tory skieruje politykę zagraniczną. To pierwsze ukraińskie wybory, w których żaden liczący się kandydat nie mówi o integracji z UE ani NATO. Politycy wiedzą, że nie przyniesie im to głosów. Dziś ani Europa nie chce Ukrainy, ani Ukraińcy nie chcą Europy. Dlatego Tymoszenko, Janukowycz i Jaceniuk mówią o trzeciej drodze – pomiędzy Europą i Rosją, choć poza powtarzaniem frazesów, że należy się przyjaźnić ze wszystkimi, nie potrafią wyjaśnić, na czym owa trzecia droga miałaby polegać. Ukraina musi sama zdecydować, czy chce należeć do Unii Europejskiej, czy woli być buforem, czy może jednak zamierza dążyć w kierunku Moskwy. Zbliżenie z Polską i Europą wymaga wysiłku, a inne opcje są mniej wymagające.

Nasz wschodni sąsiad liczy 46 mln mieszkańców, ale wskutek intensywnej rusyfikacji prowadzonej przez ostatnie 300 lat wielu Ukraińców nie zna swego ojczystego języka! Cała wschodnia i południowa Ukraina (Charków, Donbas, Odessa) mówi niemal wyłącznie po rosyjsku. Język ukraiński, literatura i kultura ukraińska zachowały się na Wołyniu, Podolu, Pokuciu, w Małopolsce Wschodniej. Chociażby tylko to powinno wskazać współczesnym Ukraińcom, na kim powinni się oprzeć w XXI wieku, budując od podstaw suwerenne i niepodległe państwo. Już raz wielki polski mąż stanu proponował im taki układ. Gdyby w 1920 r. wsparli prometejski plan Józefa Piłsudskiego, historia zapewne potoczyłaby się inaczej. Ale Ukraińcy woleli sowiecką, komunistyczną Rosję, a potem były miliony ofiar Wielkiego Głodu i miliony Ukraińców zesłanych za krąg polarny na Syberię. Polska i Polacy, wszystkie kolejne rządy i prezydenci RP popierali niepodległościowe dążenia Ukraińców. „Pomarańczowa rewolucja” sprzed pięciu lat stała się symbolem ostatecznego zerwania z zależnością Kijowa od Moskwy. „Pomarańczowi” otrzymali bezwarunkowe poparcie ze strony wszystkich polskich opcji politycznych, na ulicach polskich miast skandowano na wiecach: „Kijów – Warszawa jedna sprawa!”. Jednak szybko okazało się, że była to naiwność. Ukraina nie chciała definitywnie zerwać z Rosją, zaś prezydent Wiktor Juszczenko wsparł antypolskie działania ideowych następców zbrodniarzy z UPA. Na Ukrainie nadal niszczone są polskie zabytki, polskie cmentarze, polskie pamiątki. Nawet w związku ze wspólnie organizowanym Euro 2012 podejmowane są różne antypolskie działania, i to tak małostkowe, jak zaproszenie rosyjskich zespołów muzycznych, a blokowanie polskich. Wiadomo, że polskie władze od lat przymykają oko na nielegalny pobyt na terytorium RP już ponad ćwierć miliona ukraińskich pracowników. Polskich gestów dobrej woli jest mnóstwo, ukraińskich prawie nie ma. Znamienne jednak, że niedawne badanie opinii publicznej na Ukrainie pokazało, iż Polska jest tam postrzegana jako państwo najbardziej przyjazne dla Ukrainy.

Słynny Władimir Bukowski, zwany sumieniem demokracji rosyjskiej, uważa, iż Moskwa jest zdeterminowana uczynić wszystko, by Ukraina ponownie znalazła się pod panowaniem Rosji. Szantaż polityczny, uzależnienie od dostaw gazu i ropy, podstępna dyplomacja mają zastąpić agresję militarną: „Ale Rosja w dającej się przewidzieć przyszłości nie zaatakuje ani Ukrainy, ani Polski, bo nie ma czym. Dyscyplina w rosyjskim wojsku właściwie nie istnieje, sprzęt jest w opłakanym stanie. Ta armia się degeneruje i rozpada. To właściwie nie jest wojsko, tylko horda maruderów. TV całego świata pokazywały zdjęcia obdartych rosyjskich żołnierzy w tenisówkach, którzy zdobywali w 2008 r. Gruzję. To, co starczyło na niewielkie państewko, nie starczy ani na Ukrainę, ani na Polskę. Ostatnio tłumaczyłem to Ukraińcom. Wystąpiłem w ich telewizji, gdzie zapytano mnie, czy Ukraina będzie następna. Powiedziałem im, żeby się nie bali. Gdyby rosyjska armia wkroczyła na Ukrainę, natychmiast rozpierzchłaby się po wioskach i miasteczkach i zaczęła na masową skalę pić wódkę. Ukraina znana jest bowiem z wyrobu znakomitej domowej wódki. Dzięki niej już po kilku chwilach od przekroczenia granicy rosyjska armia by zniknęła. Generałowie nie mogliby znaleźć ani jednego żołnierza, któremu mogliby wydawać rozkazy. Mówię poważnie”.

Co do armii rosyjskiej, mam odmienne zdanie od mojego przyjaciela Władimira, ale prawdą jest, że Kreml nie posunie się do otwartej agresji na Ukrainę, tak jak to zrobił w przypadku małej Gruzji. Polityka Putina dosłownie ubezwłasnowolniła Ukrainę gospodarczo! Pozostał już tylko jeden krok w stronę zależności politycznej. I oto sami Ukraińcy zdecydują w najbliższych wyborach o swoim losie! Takiej sytuacji politycznej dotąd nie mieli. Potencjał demograficzny i terytorialny, dostęp do Morza Czarnego, granica z Unią Europejską, a nawet gospodarka ukraińska słaba jedynie z pozoru, bo uzależniona od rosyjskiej – wszystko to są mocne polityczne atuty. Czy nowy prezydent w Kijowie zechce je wykorzystać? „Geografii zmienić nie można, ale można zmienić geopolitykę” – ta sentencja Józefa Piłsudskiego jest wciąż aktualna i może zostać zastosowana na Ukrainie. Sama nazwa tego państwa zarówno po ukraińsku, polsku, jak i po rosyjsku oznacza to samo: „U kraju”, czyli na pograniczu. Najpiękniej pisał o niej wielki polski poeta, co przyznają sami Ukraińcy. Bo strofy Juliusza Słowackiego są wzruszająco piękne po dziś dzień:

Boże, kto Ciebie nie czuł w Ukrainy

Błękitnych polach, gdzie tak smutno

duszy.

(…) Kto Cię nie widział nigdy, wielki

Boże!

Na wielkim stepie, przy słońcu

nieżywym,

Gdy wszystkich krzyżów mogilne

podnóże

Wydaje się krwią i płomieniem

krzywym,

A gdzieś daleko grzmi burzanów

morze.



prof. Józef Szaniawski
drukuj