Człowiek z doktoratem h.c.

Odbierając doktorat honoris causa na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie, Adam Michnik nazwał siebie „człowiekiem permanentnej kontrowersji”. Przeglądając jego publicystykę, trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że równie dobrze można go nazwać człowiekiem permanentnych sprzeczności.

Profesor Janusz Majcherek, promotor doktoratu h.c. na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie: „[Adam Michnik] posiada umiejętność łączenia krytycznej postawy wobec własnego społeczeństwa z wyrozumiałością wobec niegdysiejszego wroga, prześladowcy”.
Reżyser Andrzej Żuławski: „Michnik to jedna z tych osób, która mówi różne rzeczy. Przez długi czas uważałem go za rzeczywiście kryształową postać, póki nie zaczął całować się po ryju z Urbanem, Kiszczakiem i Jaruzelskim.(…)Michnik nie jest dla mnie, w tej chwili, żadnym autorytetem”.
Tekst opublikowany na łamach „Gazety Wyborczej” (sygnowany A.M.) w 1993 r.: „W demokratycznej Polsce wolno każdemu oceniać generała Jaruzelskiego jak najgorzej; wolno też działalność A. Michnika i jej rezultaty porównywać do Targowicy lub hitlerowskiej okupacji. Prawo tego nie zakazuje” („GW”, 21 grudnia 1993 r.).
Trzy opinie o Adamie Michniku, trzy różne zdania. Jedno jest wszakże pewne – redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” i prezentowana przez niego myśl polityczna (zwłaszcza za pomocą tego wysokonakładowego medium) są bardzo ważne dla zrozumienia wielu zjawisk (nie tylko natury politycznej) mających miejsce w III RP. Trzeba jednocześnie pamiętać, że Adam Michnik to nie tylko „symbol przemian”, to także ich aktywny współuczestnik, współtwórca. Do 1991 roku był posłem na Sejm PRL i RP (tzw. Sejm kontraktowy), w 1990 r. podpisał deklarację programową Ruchu Obywatelskiego Akcja Demokratyczna (ROAD), nigdy nie krył przed czytelnikami swoich sympatii politycznych (w 1990 roku wyjaśniał czytelnikom „GW”, „dlaczego nie odda głosu na Lecha Wałęsę”, a pięć lat później wprost pisał o swoim poparciu prezydenckiej kandydatury Jacka Kuronia). W istocie jednak największy wpływ (formacyjny) na opinię publiczną wywierał poprzez redagowany przez siebie dziennik.

„Nowa propozycja polityczno-cywilizacyjna dla Polski”
Postulat zaoferowania takiej właśnie propozycji sformułował Michnik na łamach „Gazety Wyborczej” pod koniec 1993 roku. Doprecyzował, że jej „rdzeniem nie może być beznadziejne przywoływanie tradycyjnych podziałów na prawicę i lewicę, lecz skonfrontowanie wizji Rzeczypospolitej samorządnej i obywatelskiej, nowoczesnej i pluralistycznej, suwerennej i tolerancyjnej”. Oto w pigułce credo polityczne i cywilizacyjne proponowane czytelnikom „GW” przez redakcję i jej szefa. Należy zauważyć, że we wspomnianych słowach widać awersję (co zaskakujące) Michnika do konstruowania polskiej demokracji po 1989 roku na podstawie sprawdzonych – nie tylko przecież w Polsce – wzorców podziału sceny politycznej na lewicę i prawicę. Od początku tworzenia III RP szef „GW” był również bardzo sceptyczny wobec odradzających się w Polsce ugrupowań politycznych, traktując instytucję partii, niezbędną wręcz w funkcjonowaniu nowoczesnej demokracji parlamentarnej, raczej jako zagrożenie aniżeli powrót do normalności. W październiku 1990 r. pisał na łamach redagowanego przez siebie dziennika, że „budowa ładu demokratycznego wymaga uformowania się komitetów obywatelskich w ruch obywatelski „Solidarności”” pod politycznym patronatem Lecha Wałęsy, uważanego wówczas przez redaktora „Wyborczej” za „przywódcę narodowego” („GW”, 7-9 października 1989 r.). A więc raczej solidarnościowa monopartia niż rzeczywisty pluralizm partyjny.
Swoją drogą zastanawiająca jest ta predylekcja Michnika – głoszącego program Polski demokratycznej i poszanowania instytucji demokratycznego państwa prawa – do jakichś ciał tworzonych ad hoc, jakichś quasi-arystokratycznych „grup mędrców”. Już w 1992 roku, przy okazji lustracji w wykonaniu ministra Antoniego Macierewicza, naczelny redaktor „GW” pisał, by „całą sprawę tajnych agentów natychmiast zdepolityzować”, i dlatego „należy powołać ciało złożone nie z polityków, ale z prawników, historyków, socjologów, którzy zbadać będą mogli wiarygodność dokumentów i na ich podstawie sporządzić raport”. Ale wiedza będzie tylko dla wybranych, ponieważ „archiwa powinny zostać na 50 lat zapieczętowane w taki sposób, by żaden polityk nie mógł czerpać z nich materiałów do walki z politycznymi adwersarzami” („GW”, 6-7 czerwca 1992 r.).
Jeszcze więcej o politycznej wizji Michnika mówi jego konstatacja, że „system demokratyczny jest z natury swojej instytucjonalizacją relatywizmu i niepewności, jest sztuką współżycia wedle pewnych reguł tego, co różnorodne i konfliktowe: ludzi, narodów, wyznań”. Towarzyszyło temu przekonanie, że „w świecie demokracji dominuje kolor szary. Ten świat rządzi się prawem racji niepełnych i podzielonych, interesów cząstkowych i sprzecznych” („GW”, 9 maja 1995 r.).

Obsesje i strachy
Na tak pojmowaną demokrację czyhały rozliczne zagrożenia. Motyw strachu ciągle pojawia się w publicystyce Adama Michnika po 1989 roku. „Należę do tych, którzy od dwóch lat żyją z obsesją zagrożeń specyficznym syndromem posttotalitarnym. Na ten syndrom składają się: populizm, ksenofobia, spiskowa wizja świata, pokusa religijnego fundamentalizmu i autorytarna tęsknota za władzą silnej ręki” („GW” 3 lutego 1992 r.). Ta obsesja kazała Michnikowi dostrzegać poważne zagrożenie dla ładu demokratycznego w Polsce w postaci jakiegoś konglomeratu złożonego z nacjonalizmu, antykomunizmu oraz integryzmu katolickiego. Oczywiście każdemu z tych terminów Michnik nadawał dość specyficzne znaczenie.
Co charakterystyczne, naczelny „Gazety Wyborczej” dostrzegał iunctim między swoimi dwoma obsesyjnymi strachami: dekomunizacją i nacjonalizmem (wymiennie określanym przez niego jako szowinizm). W opublikowanej w 1991 r. na łamach „GW” rozmowie z Vaclavem Havlem Michnik stwierdzał, że „stosunek do komunistów też jest artykulacją stosunku do odmiennych” [1].
Ciąg negatywnych skojarzeń związanych z dekomunizacją Adam Michnik budował również poprzez fałszywą alternatywę „dekomunizacja albo demokracja” (nigdy „dekomunizacja i demokracja”). Jak pisał – w typowej dla niego poetyce „ostatecznego starcia” – jesienią 1992 r.: „Walka toczy się o podstawową tożsamość naszego państwa. Czy będzie ona antykomunistyczna, czy też demokratyczna? Czy zasadą naszego państwa będzie obywatelska równość wobec prawa, czy też ideologiczna poprawność wedle kryteriów nowych antykomunistycznych ideologii, a więc dyskryminacja pewnej kategorii obywateli?” („GW”, 31 października – 1 listopada 1992 r.). W tekście, który znalazł się jesienią 1993 r. również na łamach francuskiej prasy, Michnik stwierdzał, że dekomunizacja to nic innego jak „pozbawienie komunistów praw obywatelskich w trybie odwetu” („GW”, 4 listopada 1993 r.).
Charakterystyczny był tutaj język stosowany przez Michnika stwarzajacy atmosferę zagrożenia i strachu. Często przybierał on ton moralizatorstwa, gdzie najważniejszymi kategoriami była: „nienawiść” (lub co gorsza, „spirala nienawiści”) i „zemsta” (w gorszej formie jako „głód zemsty”). Prosty zabieg, który wśród czytelników „GW” miał wytworzyć wrażenie, że ci, którzy chcą tego typu przemian polityczno-prawnych, są ludźmi moralnie złymi. Dodatkowo miało zadziałać zestawianie zwolenników dekomunizacji ze zwolennikami (twórcami) systemów totalitarnych (w tym komunistycznego). Występując w kwietniu 1990 roku w Sejmie przeciw projektowi zgłoszonemu przez część posłów Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego (na czele z Janem Łopuszańskim z ZChN), przewidującego nacjonalizację całego majątku byłej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, Michnik (także poseł OKP) porównał ten projekt do bolszewickiej zasady „grab zagrabione”. „To jest język komunistycznego egalitaryzmu” – kontynuował redaktor „GW”. „To jest ten język, który pozwala mi być szlachetnym, jeżeli rozdaję cudze” („GW”, 30 kwietnia – 1 maja 1990 r.). Wydaje się więc, że Michnik implicite podzielał tezę, że majątek PZPR był jej własnym, wypracowanym przez nią majątkiem, a nie pochodzącym z bezprawnych dotacji państwowych (czyli z kieszeni wszystkich podatników, czy tego chcieli, czy nie). W każdym razie obrona majątku b. PZPR wyzwoliła w pośle redaktorze ton świeckiego kaznodziei: „Idzie mi o etykę polityczną. Idzie mi o tą etykę dlatego, że słyszałem wcześniej i dziś głosy nasycone nienawiścią. I tą bronią walczyć nie będę”.
Dwa lata później – już po „czarnym śnie”, jakim była próba lustracji w wykonaniu Macierewicza (na zlecenie Sejmu RP) – Michnik przeciwstawiał dekomunizację rozumianą jako „przebudowa struktur, mechanizmów społecznych, mentalności ludzkiej i zasad polityki kadrowej” „dekomunizacji dokonywanej metodami bolszewickimi”. „Po takiej czystce – kontynuował Michnik – nie czeka nas ład demokratyczny, lecz komunizm bez komunistów”. Wspomniane „metody bolszewickie” to procesy zlecane i wykonywane przez instytucje demokratycznego państwa, stosowane także w innych krajach naszego regionu.
Często także Michnik odwoływał się do frazeologii z pogranicza psychiatrii, nazywając zwolenników prawicy (a w każdym razie ugrupowań domagających się szybkiego i zdecydowanego odcięcia III RP od garbu postkomunistycznych patologii) „frustratami”. Bo, jak pisał pod koniec 1993 r., „ludzi zalęknionych, rozgoryczonych mizerią własnej kondycji, pełnych nieufności do świata politycznych procedur i kompromisów, łatwo podjudzić do zachowań agresywnych, jeśli pojawi się jakiś „kozioł ofiarny”. Szczególnie łatwo uczynić nim kogoś obcego: cudzoziemca, robotnika bądź handlarza, sąsiedni naród, mniejszość etniczną czy wyznaniową” („GW”, 31 grudnia 1993 – 1 stycznia 1994 r.). A jak wiemy, w koncepcji lansowanej przez Michnika pozostaje ścisły związek między stosunkiem do komunistów a „artykulacją stosunku do odmiennych”.


Dla Adama Michnika generał Czesław Kiszczak to „architekt Okrągłego Stołu”, który „wykazał się trzeźwością
i realizmem, stał sie tym samym ważnym współautorem procesu politycznych przeobrażeń”, ktoś, kto w
okresie komunizmu „grał swą rolę najuczciwiej, jak to było możliwe”

„Zagrożenie integrystyczne”
Pozostawało wreszcie zagrożenie „katolickim integryzmem”. W 1994 roku Michnik pisał: „Nurt konserwatywny, narodowo-katolicki, zawsze podatny jest na pokusę logiki nacjonalistycznej, która w Polsce sprowadza się zwykle do idei „katolickiego państwa narodu polskiego”. Ta idea anachroniczna i skompromitowana, może jednak liczyć na wsparcie części duchowieństwa katolickiego, które z zastanawiającą łatwością powraca do języka z lat 30. i prostackich schematów, ksenofobii i nietolerancji, nierozumnego przekształcenia kościelnej ambony w polityczną trybunę” („GW”, 3-4 września 1994 r.). Tego typu konstatacjom towarzyszyło przekonanie Michnika, że u progu III RP Kościół w Polsce stał się bardziej „Kościołem Syllabusa, a nie Kościołem aggiornamento”, że dał się ponieść „triumfalizmowi”, trapi go „syndrom oblężonej twierdzy” i posługuje się „językiem krucjaty” (zauważmy, że nijak nie da się pogodzić „oblężonej twierdzy” i „krucjaty” – to dwie sprzeczne kategorie).
W tym kontekście chodziło redaktorowi „Wyborczej” przede wszystkim o powrót katechezy do szkół (za rządu Tadeusza Mazowieckiego) czy też zapis w ustawie o radiofonii i telewizji wymagający od nadawców respektowania wartości chrześcijańskich. Jednak w przekonaniu Michnika: „Każda próba instytucjonalizacji norm katolickich w system rygorów prawnych regulujących obyczajność „wspólnego domu” godzi w zasady społeczeństwa otwartego: jest politycznym fundamentalizmem i prowadzi do dyktatury” („GW”, 7-8 listopada 1992 r.).

„Nie rozumiem Papieża”
Szef „Gazety Wyborczej” ośmielił się również krytykować Ojca Świętego Jana Pawła II. Michnik bardzo nisko musiał cenić redagowaną przez siebie gazetę, skoro stwierdzał w 1993 r., że w Polsce Jana Pawła II krytykują tylko „marginalne pisma radykalnego antyklerykalizmu” („GW”, 4 listopada 1993 r.). A przecież na łamach „Wyborczej” nie brakowało na początku lat 90. ostrej krytyki pod adresem Papieża.
Na przykład w 1993 r. Michnik inkryminował, że w wywiadzie dla włoskiej „La Stampy” Ojciec Święty wypowiadał się zbyt ogólnie w sprawie dekomunizacji [czytaj: nie potępił jej]. „Ta ogólna formuła może okazać się na tyle pojemna, że mieści w sobie również zgodę na czasową dyskryminację ludzi dawnego reżimu” („GW”, 4 listopada 1993 r.). A chodziło o to, że Jan Paweł II we wspomnianym wywiadzie, stwierdzając, iż po 1989 r. nie może być w krajach postkomunistycznych podziału na „zwycięzców” i zwyciężonych”, zaznaczał jednak, że komuniści powinni odkupić swoje złe uczynki.
Nie do zaakceptowania przez redaktora naczelnego „GW” był również dystans Jana Pawła II wobec ideologii „powrotu do Europy”, który – jak zauważał Michnik – „może prowadzić do przekształcenia Polski w swoisty skansen polityczny, kulturowy, gospodarczy i religijny. Może oznaczać również odrzucenie filozofii państwa prawa, państwa pluralizmu i tolerancji, na rzecz wizji Polski katolickiej, w której każdy niekatolik tolerowany będzie jak przybysz z odległego kraju”.
Jakże groźny był dla Polski Jan Paweł II! Zastał Polskę murowaną, zostawił drewnianą – chciałoby się rzec, czytając powyższe przestrogi Michnika. A to przecież nie koniec rzekomych zagrożeń stwarzanych przez polskiego Papieża. W tym samym tekście Michnik stwierdzał, iż „uparte powtarzanie” przez Jana Pawła II, „że Kościoła nie da się zamknąć w sferze prywatności”, „można rozumieć nader dwuznacznie”. Albo jako „odrzucenie tezy R. Dmowskiego”, oddzielającego „etykę narodową” od „etyki indywidualnej”, lub też – co gorsza – „niechęć do samej zasady rozdziału Kościoła i państwa”.
Rezultat był taki, że nauczanie Jana Pawła II było dla szefa „GW” poważnym problemem, wielką zagadką. W 1997 roku pisał na łamach redagowanej przez siebie gazety: „Przez długie lata myślałem, że Jan Paweł II jest twórcą naszej polskiej syntezy: Polski wiernej z Polską niepokorną; Polski, w której nie ma zwycięzców i nie ma zwyciężonych; Polski wspólnej ojczyzny wszystkich obywateli Rzeczypospolitej. Dziś staję bezradny wobec bilansu swojej wiary, miłości i nadziei. Nie wiem. Naprawdę nie wiem” („GW”, 31 maja – 1 czerwca 1997 r.).

Potrzeba „katolicyzmu otwartego”
Adam Michnik w swojej głośnej książce „Kościół, lewica i dialog” (1976), w której odżegnywał się od „antykościelnego obskurantyzmu” lewicy laickiej, stwierdzał, że musi ona „obdarzać całą sympatią katolicyzm „otwarty” (choć nie na ugodę) i tolerancyjny (choć nie wobec totalizmu)”. Takich kryteriów raczej nie spełniał ks. kard. Stefan Wyszyński, Prymas Polski. Po lekturze jego wielkopostnego listu z 1970 r., w którym zachodnich kontestatorów z 1968 r. Prymas nazwał „potężnym liczebnie pokoleniem „synów kłamstwa””, Michnikowi „przypomniała się sytuacja, kiedy kierownictwo partii [komunistycznej – G.K.] wzywało do dyskusji i natychmiast oskarżało wszystkich krytyków obowiązującej linii o „malkontenctwo”, „totalną negację”, „mętniactwo”, „brak odpowiedzialności””.
To dostrzeganie głębokiego wewnętrznego podziału w polskim Kościele było jednym z dominujących nurtów interpretacyjnych w publicystyce „GW” na początku lat 90. ubiegłego wieku. W 1991 roku Michnik pisał: „Kościół posoborowy, Kościół Jana XXIII, Kościół aggiornamento i dialogu – ten Kościół jest naturalnym sojusznikiem i gwarantem idei społeczeństwa otwartego, państwa pluralistycznego i tolerancyjnego. Wszelako częściej obecny jest wśród nas duch Kościoła wyklinającego nowoczesność i ekumenię, Kościoła inkwizytorskiego monologu, bardziej niż pasterskiego dialogu, Kościoła, których odmiennych w wierze raczej zepchnie w płomień stosu, niż weźmie w ramiona krzyża” („GW”, 25 października 1991 r.).
Szansę na zwycięstwo „Kościoła Soboru” nad „Kościółem Syllabusa” upatrywał Michnik we wzmacnianiu rodzimego „katolicyzmu otwartego”, którego najważniejszym eksponentem – w oczach redaktora „GW” – był „Tygodnik Powszechny”. To było zresztą coś więcej niż uznanie. To była prawdziwa miłość, a jej przyczyny i jej głębię wyjaśniał Michnik w 1990 roku: „Kochamy go [„Tygodnik Powszechny”] za to, że stworzył w obrębie polskiego katolicyzmu nową jakość. Katolicyzm otwarty, tolerancyjny, europejski… Kochamy Tygodnik za to, że jest pismem prawdziwie europejskim, że potrafi respektować i budować europejskie normy uczciwości, pluralizmu i zdrowego rozsądku… Za to, że nigdy w najostrzejszych polemikach nie sięgał po brudną broń pomówienia i oszczerstwa… nigdy nie używał Kościoła jako instrumentu gry politycznej. Kochamy Tygodnik za to, że zawsze był wierny znakowi krzyża, ale nigdy nie posługiwał się krzyżem jako instrumentem szantażu politycznego” („GW”, 26 marca 1990 r.).
Pięć lat później na łamach „Gazety Wyborczej” ukazała się kolejna część apologii „Tygodnika”. Autorem ponownie był Michnik, który zwracając się do krakowskiej redakcji, stwierdzał: „Bez „Tygodnika”, bez waszej wiary, pracy i duchowej odwagi, historia Polski byłaby inna: gorsza, bardziej szara… byliście i jesteście moralnym autorytetem polskiej inteligencji” („GW”, 24 marca 1995 r.).

Permanentne sprzeczności
Odbierając doktorat h.c. na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie, Adam Michnik nazwał siebie „człowiekiem permanentnej kontrowersji”. Przeglądając jego publicystykę, trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że równie dobrze można go nazwać człowiekiem permanentnych sprzeczności. Tak – czyli wyrażane przez niego przekonanie, że „polskiej demokracji zagraża nie tylko katolicki integryzm”, ale również „bezreligijny nihilizm”. Z jednej strony bowiem wyrażał strach przed światem, „w którym rządzić będzie moralność bez ograniczeń i kultura bez sacrum. Będzie to bowiem świat bez moralności i bez kultury” („GW”, 27-28 marca 1993 r.). Z drugiej jednak strony zauważał „z niepokojem postępującą inwazję Kościoła w sferę profanum” („GW”, 9 maja 1995 r.). Pisał, że „redukcja wspólnoty do norm prawnych prowadzi do nihilizmu i samozatrucia społeczeństwa otwartego” („GW”, 27-28 marca 1993 r.). Stwierdzał jednak, że „demokracja nie realizuje żadnych innych wartości, poza tymi, które gwarantuje przez sam fakt swego istnienia” i uważał ją za „instytucjonalizację relatywizmu”. Przyznawał, że „zasadnicza intuicja Jana Pawła II jest słuszna: kraje postkomunizmu przeżywają kryzys wartości” („GW”, 4 listopada 1993 r.). A przecież odrzucał diagnozę Ojca Świętego, że demokracja musi wspierać się na Prawdzie. W 1992 r. w wywiadzie dla ukochanego „Tygodnika Powszechnego” Michnik mówił: „Społeczeństwo nie może być kształtowane wg wartości ewangelicznych. To, moim zdaniem, jest myśl utopijna. Wg wartości ewangelicznych może być kształtowane sumienie” („TP”, 26 lipca 1992 r.). Po człowieku z tytułem honorowego doktora można by się spodziewać większej spójności (logicznej) formułowanych sądów.

Miłość do munduru
Sojusznikiem w realizacji „nowej propozycji cywilizacyjno-politycznej” dla Polski miał być więc „katolicyzm otwarty”. Na pewno nie polska prawica, uparcie domagająca się dekomunizacji, lustracji i innych tego typu szaleństw. Już lepsi byli postkomuniści. W 1994 r. Michnik rzucił hasło „oswojenia” realizowanej w Polsce przez postkomunistów „aksamitnej restauracji” – „bowiem, choć zła, logika restauracji lepsza jest przecież od logiki jakobińsko-bolszewickiej czystki, zemsty, gilotyny”. Krótko mówiąc: „Brazauskas, Horn, Pawlak lepsi są przecież od antykomunistów z bolszewicką twarzą” („GW”, 3-4 września 1994 r.). Przekonanie o tym, że „w sprawie reform łatwiej znaleźć wspólny język z Kwaśniewskim czy Oleksym niż fanatykami jaskiniowego antykomunizmu”, redaktor naczelny „GW” podtrzymał w 1995 r., stwierdzając z ulgą, że „postkomuniści nie zrobią dziś żadnej krwawej czy bezkrwawej „nocy św. Bartłomieja”. W tym sensie nie są tak niebezpieczni dla demokracji jak animatorzy „nocy długich teczek” z rządu Jana Olszewskiego”. Ta zaleta przyćmiewa nawet to, co dostrzegał Michnik w obozie zwycięskiego SLD, a mianowicie „odżycie w formacji postkomunistycznej najgorszych wzorów komunistycznej nomenklatury” („GW”, 9 maja 1995 r.).
Od tych stwierdzeń był już tylko krok do wystosowania w tym samym 1995 roku wspólnie z Włodzimierzem Cimoszewiczem apelu wzywającego Polaków, by „podjęli próbę zrozumienia siebie wzajemnie, ustalenia prawdy o historii ostatniego półwiecza, wreszcie stopniowego pojednania, pozwalającego nie obarczać tych, którzy przyjdą po nas, nie rozliczonymi rachunkami z przeszłości” („GW”, 9-10 września 1995 r.). Krótko mówiąc – wybierzmy przyszłość, jak głosił slogan wyborczy zwycięzcy w wyborach prezydenckich w 1995 r. – Aleksandra Kwaśniewskiego. Jak widać, dziennik redagowany przez Michnika – chociaż ten ostatni popierał w wyborach Jacka Kuronia – uczynił wiele, by oswoić czytelników z myślą o pełnym powrocie postkomunistów do władzy.
„Próby zrozumienia siebie nawzajem” Michnik podejmował na łamach „GW” niestrudzenie od 1989 roku. W 1991 roku wezwał Sejm I kadencji do uchwalenia abolicji dla autorów stanu wojennego („GW”, 13 grudnia 1991 r.). W sierpniu 1989 r. generał Czesław Kiszczak dla Michnika to „architekt Okrągłego Stołu”, który „wykazał się trzeźwością i realizmem, stał się tym samym ważnym współautorem procesu politycznych przeobrażeń” („GW”, 3 sierpnia 1989 r.). W 2001 roku – „generał Kiszczak grał swą rolę [w okresie komunizmu – G.K.] najuczciwiej, jak to było możliwe. Ja nie znam drugiego takiego szefa bezpieki” („GW”, 3-4 lutego 2001 r.).
Ale była jeszcze jedna kryształowa postać – generał Wojciech Jaruzelski. W 1992 roku red. Michnik nie krył swojego szacunku dla niego za „uczciwe spojrzenie na siebie” w pracy „Stan wojenny – dlaczego?” („GW”, 10 września 1992 r.). W grudniu 1993 r. ciepłe uczucia redaktora naczelnego „GW” dla gen. Jaruzelskiego objawiły się oprotestowaniem urządzanych przez NZS i KPN manifestacji przed domem generała w dniu 13 grudnia – jako upamiętnienie ofiar stanu wojennego. Michnik pisał przy tej okazji: „Potępiam zakłócanie spokoju ludziom w ich prywatnych mieszkaniach”, a zapalanie zniczy przed domem Jaruzelskiego porównał do „najbardziej brutalnych metod z epoki chińskiej rewolucji kulturalnej” („GW”, 21 grudnia 1993 r.). Taką obronę Jaruzelskiego uznawał naczelny „Gazety Wyborczej” za coś normalnego i uprawnionego, skoro dwa lata później (w 1995 r.) pisał, iż „w stosunkach z Jaruzelskim pragnąłem zachowywać się normalnie: jak wolny człowiek w wolnym i normalnym kraju”. W tym samym tekście pisał o zastępowaniu „wzajemnej wrogości, wzajemnym szacunkiem” („GW”, 9 maja 1995 r.). Sześć lat później szacunek przerodził się już w apologię, gdy Jaruzelski z gen. Kiszczakiem okazał się „człowiekiem honoru” i razem dostąpili absolucji z rąk redaktora Michnika, który przyznawał, iż „przez ostatnie jedenaście lat wymieniałem nazwiska obu generałów z wielkim szacunkiem za ich lojalność wobec demokratycznej Polski” („GW”, 3-4 lutego 2001 r.).
Charakterystyczne było również kryterium, które służyło Michnikowi do zmierzenia honoru komunistycznych generałów. Jak mówił w 2001 roku: „Mnie wolno powiedzieć, że gen. Kiszczak i Jaruzelski to ludzie honoru, bo byłem ich ofiarą”. W tym samym wywiadzie płk Ryszard Kukliński został nazwany przez szefa „GW” „amerykańskim szpiegiem” i żeby nie było żadnych wątpliwości, Michnik dodawał: „ale na podstawie tego, co on był łaskaw powiedzieć na mój temat, nie sądzę, by był człowiekiem honoru”.
W 1992 r. Michnik pisał na łamach „GW” o demokracji jako „instytucjonalizacji relatywizmu”. W 2001 roku ten ostatni miał dotyczyć nie tylko polityki, ale i historii. Skoro na pytanie: „Kto więc miał rację w Grudniu 1970?”, redaktor „GW” odpowiedział: „Ja miałem rację – i oni [komuniści – G.K.] mieli rację… Nic nie jest ani do końca czarne, ani do końca białe” („GW”, 3-4 lutego 2001 r.).
W 1994 roku na łamach „GW” jej redaktor naczelny pisał: „Czasem myślę z rozpaczą, że nawet Polski nie mamy wspólnej.(…)Że mój synek po latach zapyta mnie, czemu broniłem komunistów po 1989 roku. I nie wiem, czy zdołam mu to wyjaśnić” („GW”, 3-4 grudnia 1994 r.).
To ważne pytanie i znamienna wątpliwość.


Prof. Grzegorz Kucharczyk

1 „Przedziwna epoka postkomunizmu” – wywiad A. Michnika z V. Havlem, „GW”, 30 XI – 1 XII 1991, nr 279.

drukuj