Pijar nie zastąpi polityki
Dwa lata rządu Donalda Tuska pokazują, że ten gabinet nie przejawia większych ambicji w dziedzinie polityki zagranicznej, zadowalając się europejską wizją wypełnioną po brzegi poddańczym świętym spokojem. Czterdziestomilionowy kraj o ogromnych tradycjach historycznych koalicja PO – PSL skazuje na trzeciorzędną pozycję w Europie i świecie.
Podsumowując dwa lata polskiej polityki zagranicznej, warto sobie postawić pytanie, jakie cele w tym zakresie rząd chciał zrealizować. Zamierzenia zdefiniowane w exposé Donalda Tuska trudno traktować poważnie, musielibyśmy bowiem mówić językiem brukselskiej nowomowy: chodzi o głębszą integrację ze strukturami euroatlantyckimi, o dobrosąsiedzkie stosunki z wszystkimi krajami ościennymi itp. Pomijając język politycznego pijaru, zastanówmy się, jaką misję dziejową Polska może spełniać we współczesnym świecie. Hasłem bardzo ważnym, do którego odwołują się sternicy polskiej polityki, jest zdanie: „Od Unii Lubelskiej do Unii Europejskiej”. W haśle tym znajdują się bardzo głębokie myśli, pod warunkiem wszakże, iż ktoś będzie chciał je odczytać i realizować. Unia Polski z Litwą zapoczątkowana została pod koniec XIV wieku i nierozłącznie była związana z kontekstem chrześcijańskim: głównym warunkiem unii była chrystianizacja Litwy. Rozwój więzi Polski z Litwą doprowadził ostatecznie do Unii Lubelskiej (XVI wiek). Zasada jedności miała wymierny zapis: „równi z równymi, wolni z wolnymi”. Elity polskie, które dziś przekonują społeczeństwo do poparcia procesów integracyjnych w Europie, powołują się na naszą tradycję, twierdząc, że Polska ma misję niesienia Staremu Kontynentowi wzorców jedności z czasów I Rzeczypospolitej. Tymczasem brak jest jakichkolwiek silniejszych reakcji na procesy laicyzacyjne w Europie czy wskazywania pozytywnych wzorców rozwiązań prawnych mogących budzić sumienie Europejczyków (przykład: odrzucenie projektu zmian konstytucyjnych o ochronie życia od poczęcia do naturalnej śmierci). Wydaje się, że rząd Donalda Tuska godzi się na ateistyczną wizję Unii Europejskiej, próbując ugruntowywać się w przekonaniu o polskiej autonomii w kwestiach moralnych. Co innego jednak zamykać się w czterech ścianach, a co innego nieść chrześcijańską misję cywilizacyjną na kontynent. Tylko ludzie bardzo naiwni mogą twierdzić, że ateistyczna Unia nie będzie ingerować w wewnętrzne sprawy chrześcijańskich krajów (przykład: wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu w sprawie krzyża we włoskiej szkole).
Między Moskwą a Berlinem
Przechodząc do spraw z dziedziny geopolityki, postawmy pytanie o relacje Polski z Berlinem i Moskwą. Od ponad dwóch wieków ciąży nad Polską porozumienie niemiecko-rosyjskie. Do truizmów należy twierdzenie, że bliskość relacji Berlina i Moskwy jest dla nas zgubna. Bardzo mocno odczuliśmy to w przeszłości, odczuwamy to boleśnie również dzisiaj. Pozornie wydawać się mogło, że rząd PO – PSL spróbuje realnie zmienić niekorzystny układ geopolityczny; miało do tego doprowadzić polepszenie relacji z Rosją. Jestem zdania, że w poważnej mierze to tu znajduje się klucz do rozwiązania polskiego problemu. Chodzi nie tyle o polepszenie stosunków z Berlinem, co właśnie z Moskwą. Oczywiście musi się to odbywać na zasadzie pełnej niezależności, nie na poddaństwie. Rosjanie liczą się z siłą; taką siłę należałoby im zademonstrować i próbować dojść do jakiegoś modus vivendi. Należy pamiętać, że Polska obecnie nie jest w stanie wygrać konfrontacji z potężnym rosyjskim sąsiadem, w szczególności w sytuacji gdy do strategicznego porozumienia z Rosją dążą Stany Zjednoczone.
Spodziewaliśmy się zatem, że zapowiadane polepszenie stosunków polsko-rosyjskich będzie miało realne podstawy, nie będzie zaś polegać na ugłaskaniu Rosjan kosztem naszych interesów. Tymczasem ostatnio wynegocjowana umowa gazowa z Gazpromem uzależnia nas w sposób niezwykle głęboki od energetycznych dostaw rosyjskich, co absolutnie obniża pozycję Polski w relacjach ze wschodnim partnerem. Co więcej, powiększony ponad miarę kontrakt gazowy z Moskwą nie wyeliminował porozumienia niemiecko-rosyjskiego. W ostatnich dniach dowiedzieliśmy się, że znikły ostatnie przeszkody w sprawie budowy gazociągu Nord Stream. Ulegliśmy zatem Rosji, godząc się bez większej walki na pogłębienie sojuszu niemiecko-rosyjskiego. Do tego należy dodać ratyfikację traktatu lizbońskiego i wzmocnienie pozycji Berlina w UE. Tak więc za pośrednictwem Brukseli zwiększa się nasza zależność instytucjonalna i gospodarcza od niemieckiego sąsiada, a poprzez wieloletnie, niekorzystne umowy gazowe energetycznie uzależniamy się od Rosji.
Jaka jest więc nasza pozycja między Niemcami a Rosją po dwóch latach rządów Donalda Tuska? Odpowiedź jest aż nazbyt oczywista.
Łasi na pochlebstwa
Nasze geopolityczne położenie uległo również pogorszeniu na skutek zmiany ekipy rządzącej w USA. Obrazem skali lekceważenia okazywanego nam przez Amerykanów jest rezygnacja z tarczy antyrakietowej (oficjalne stanowisko USA zostało ogłoszone 17 września 2009 r.). Ekipa Baracka Obamy jednoznacznie godzi się na budowę superpaństwa w Europie i stara się szybko doprowadzić do strategicznego porozumienia z Rosją. Europa Środkowa odgrywa w polityce Waszyngtonu rolę marginalną i tak też jest traktowana Polska.
Za plus dla obecnej ekipy rządzącej należy uznać wycofanie polskich wojsk z Iraku. Wieloletnie utrzymywanie polskiego kontyngentu w tym kraju zakrawało już na jakąś paranoję. Blado wypada bilans naszej obecności w tym bliskowschodnim kraju. Bardzo dobitnie świadczą o tym słowa ministra obrony Bogdana Klicha, który stwierdził, że zysk z naszej obecności w Iraku nie polega na jakichś zamówieniach dla polskiego przemysłu, lecz na tym, że armia polska przećwiczyła się w warunkach bojowych. To kuriozalne stwierdzenie, że nasz kraj prowadzi działania bojowe w odległych od siebie krajach w celach ćwiczeniowych, nie zostało skrytykowane praktycznie przez żaden z większych ośrodków medialnych w Polsce. Świadczy to o tym, że społeczeństwo polskie traktowane jest od strony pijarowskiej z wielkim lekceważeniem. Wielu politykom wydaje się bowiem, że mogą ludziom wmówić praktycznie wszystko. Tak zły stan naszych relacji międzynarodowych – w dużej mierze spowodowany czynnikami obiektywnymi, trzeba przyznać – sprzedawany jest medialnie jako wielkie sukcesy rządu. Jako triumf ogłasza się fakty, że Barack Obama zrobił sobie zdjęcie w Pradze z polskim premierem i polskim prezydentem, że na obchody 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej przyjechał do Gdańska premier Rosji Władimir Putin, a zamiast amerykańskiego prezydenta szef Narodowej Rady Bezpieczeństwa USA gen. James Jones – osoba w tym momencie drugorzędna. Zależy nam na poklepywaniu po plecach, a nie na wzmacnianiu pozycji międzynarodowej naszego kraju, na realnym zabezpieczaniu polskiej suwerenności. Można wręcz odnieść wrażenie, że ta suwerenność od wielu już lat jest segmentami wyprzedawana. Rządzącym chodzi bardziej o to, aby dobrze wypaść w mediach i aby społeczeństwo uspokojone tym medialnym obrazem odpowiednio zagłosowało w przyszłorocznych wyborach prezydenckich i w wyborach parlamentarnych 2010. A że zagrożenia dla naszego kraju rosną, to mało kogo to obchodzi. Dla przykładu: rząd polski podjął batalię, by szefem Parlamentu Europejskiego został Polak, nie dopilnował jednak polskich spraw w traktacie lizbońskim. Tymczasem funkcja przewodniczącego Parlamentu Europejskiego ma znaczenie prestiżowe, traktat reformujący może w przyszłości zaważyć na polskiej niepodległości.
Pod butem Brukseli
Patrząc na kwestie gospodarcze, spostrzegamy, że nasze położenie na arenie międzynarodowej jest niezwykle problematyczne. We współczesnym świecie w relacjach międzynarodowych bardziej liczy się siła gospodarcza niż nawet potencjał militarny. Oczywiście niezwykle ważna jest samodzielność w tej przestrzeni życia społecznego. Tymczasem o tym, do jakiego poziomu doszliśmy w tej dziedzinie, niech świadczy los polskich stoczni. O ich upadku zadecydowała Bruksela i nikt w Polsce nie miał możliwości nawet zaprotestować. Mamiono tylko społeczeństwo jakimiś „niezwykle poważnymi” inwestycjami Katarczyków. I znów triumf pijaru nad realną polityką.
Boleśnie też odczuliśmy niemoc związaną ze światowym kryzysem finansowym. Uprzednia wyprzedaż polskich banków pozbawiła państwo polskie większych możliwości manewru. Co ciekawe, rząd planuje również sprzedaż polskiej giełdy, instytucji mogącej odegrać poważniejszą rolę w środkowej Europie. Niestety, nikt w Polsce nie przejawia nawet środkowoeuropejskich ambicji, godząc się na dominację na tym obszarze giełdy niemieckiej i austriackiej. Sprzedając nasz parkiet, chcemy tylko zdobyć szybkie pieniądze z prywatyzacji w celu równie szybkiej produkcji przyszłorocznej kiełbasy wyborczej.
Gdybyśmy porównali naszą gospodarkę do dawnych armii walczących o suwerenność krajów, to stwierdzić musimy, że naszym wojskiem gospodarczym dowodzą dziś oficerowie obcych krajów. Jak zatem można mówić o sukcesach militarnych, o skutecznej obronie lub skutecznym prowadzeniu działań ofensywnych w środkowej Europie? Zewnętrzni dowódcy realizują cele wymyślone w zewnętrznych ośrodkach decyzyjnych.
Pojawia się zatem silne wrażenie, że nasi rządzący nie przejawiają większych ambicji w dziedzinie polityki zagranicznej, zadowalając się europejską wizją po brzegi wypełnioną poddańczym świętym spokojem. Czterdziestomilionowy kraj o ogromnych tradycjach historycznych skazują na trzeciorzędną pozycję w Europie i świecie. Poklepywani po plecach nie mamy większych możliwości prowadzenia gry politycznej. Tylko czekać, aż likwidacji ulegnie Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP – wszak w Brukseli pojawi się niedługo ministerstwo spraw zagranicznych Unii Europejskiej. Jeśli rząd zdecyduje się na taki krok, na pewno zostanie poklepany po plecach przez niemieckich polityków, dziękujących za „pogłębienie europejskiej integracji”. W Polsce zaś specjaliści od pijaru sprzedadzą tę decyzję ludziom jako niezwykle udany pomysł
oszczędnościowej polityki polskiego rządu.
