O „dobrą interpretację” traktatu trzeba powalczyć
Z prof. Andrzejem Nowakiem, historykiem z Uniwersytetu Jagiellońskiego, redaktorem dwumiesięcznika „Arcana”, rozmawia Marcin Austyn
Prezydent Lech Kaczyński bardzo optymistycznie podchodzi do przyszłości Polski w strukturach Unii Europejskiej funkcjonującej na zasadach zawartych w traktacie lizbońskim. Dał temu wyraz chociażby przy okazji Narodowego Święta Niepodległości…
– Pan prezydent w swoim przemówieniu z okazji Narodowego Święta Niepodległości starał się przekazać polskim obywatelom swoją wiarę w to, że „jeszcze Polska nie zginęła”, że w nowych warunkach, jakie stwarza postępująca integracja w UE, można walczyć o interesy Polski, a przede wszystkim można i trzeba nadal pamiętać o korzeniach, z których Polska wyrasta.
Powstaje tu pytanie, czy rzeczywiście rację mają ci, którzy uważają, że prezydent Kaczyński z chwilą, kiedy zdecydował się na podpisanie traktatu lizbońskiego, stracił prawo do wypowiadania się na temat patriotyzmu, czy też ci, którzy twierdzą, że jedyną drogą dla Polski jest dalsza integracja w ramach Unii Europejskiej. Wydaje mi się, że obie te postawy mają charakter nieco upraszczający rzeczywistość. Jak się okazuje, najbardziej zdeterminowany i sprawiający wrażenie zagorzałego przeciwnika traktatu lizbońskiego prezydent Vaclav Klaus podpisał traktat, podobnie jak Lech Kaczyński, choć może zrobił to w lepszym stylu. Mimo to nie wywalczył ani odrobinę więcej dla swojego kraju, niż zdołał to zrobić polski prezydent.
Wydaje mi się, że za decyzją Lecha Kaczyńskiego stała dość czytelna kalkulacja, iż w chwili obecnej Polska nie ma innego wyboru, niż zgodzić się na dalszą integrację w UE, modyfikując ją na tyle, by – na ile to możliwe – uwzględnić polskie interesy. Te modyfikacje mają charakter czasowy, np. odwleczenie na kilka lat nowego, bardzo niekorzystnego dla Polski sytemu liczenia głosów. Sądzę, że Lech Kaczyński zakłada, że UE będzie zmieniała się nadal, że będą wyrastały nowe wyzwania, zagrożenia, które sprawią, że traktat lizboński za dwa, może trzy lata straci swoją moc i znaczenie. Nie wiemy, co się stanie, kiedy np. w Wielkiej Brytanii konserwatyści dojdą do władzy, nie jesteśmy też w stanie przewidzieć, jaki będzie układ sił politycznych w UE.
Z całą pewnością głównym zagadnieniem dyskusyjnym przy ocenie prezydentury Lecha Kaczyńskiego pozostanie podpisanie przez niego traktatu lizbońskiego, który na pewno uszczuplił w istotny sposób suwerenność Polski.
Czy można jednak liczyć na „dobrą interpretację” traktatu lizbońskiego?
– Tego typu oczekiwania pana prezydenta można nazwać „pobożnym życzeniem”. Jednak za nim może iść albo postawa udawania – kiedy za słowami nie idą czyny, albo efektywne starania, by stworzyć koalicję na rzecz takiej „dobrej” interpretacji traktatu lizbońskiego, zawężającej jego integracyjny charakter i broniącej resztek suwerenności krajów członkowskich.
Może prezydent próbuje tylko wytłumaczyć się przed wyborcami ze swych decyzji?
– Naturalnie. Tyle tylko, że właśnie tym wyborcom, którzy negatywnie przyjęli decyzję pana prezydenta dotyczącą traktatu lizbońskiego – a nie ukrywam, że ja sam krytycznie oceniam ten traktat i uważam, że jest to droga w złym kierunku dla Unii Europejskiej – trzeba zadać pytanie, czy można było zrobić coś innego. Czy można było nie podpisać tego traktatu?
Ale czy nie pospieszył się ze swoim podpisem? Prezydent mógł chociażby skierować traktat do Trybunału Konstytucyjnego i po jego wyroku podjąć decyzję. Był czas na takie działania…
– Dobrze wiemy, jaki jest skład Trybunału Konstytucyjnego i że w sprawach mniejszej wagi ten trybunał wypowiadał się w sposób pozwalający dywagować na temat jego bezstronności. Przykro mi to mówić, ale realnie patrząc, trudno byłoby liczyć na wsparcie ze strony TK dla idei suwerenności Polski.
Prezydent Lech Kaczyński mówi o obronie krzyża, ale z jego słów nie wynika, byśmy mieli go bronić poza granicami kraju. Owszem, w Polsce może nie będzie zgody na zdejmowanie krzyży, choć europoseł Joanna Senyszyn już zapowiedziała wystąpienia z takim wnioskiem do rządu, ale Polska miała być tym krajem, który pomoże Europie wrócić do jej chrześcijańskich korzeni…
– Do tego trzeba mieć partnerów w Europie, a z tym nie jest łatwo. Pamiętamy reakcję kanclerz Angeli Merkel na wystąpienie Benedykta XVI w sprawie biskupa Richarda Williamsona. To pokazuje stosunek głównego gracza UE do Kościoła katolickiego. Może nie jest on otwarcie wrogi, ale wykluczający koalicję w obronie symboli chrześcijańskich i chrześcijańskiej tożsamości UE. Jak wiemy, premier Włoch Silvio Berlusconi forsuje ze wszystkich sił komunistę, zaciekłego ateistę i radykała w sensie obyczajowym i politycznym Massimo D’Alemę na stanowisko ministra spraw zagranicznych UE. To też pokazuje, że ten polityk nie jest partnerem do obrony krzyża w skali ogólnoeuropejskiej.
Te ruchy nasuwają pytanie, czy obrona krzyża w samej Polsce będzie łatwym zadaniem?
– Oczywiście, że nie będzie łatwo.
Jak Pan w kontekście tych problemów odczytuje politykę prezydenta Kaczyńskiego?
– Wydaje mi się, że Lech Kaczyński uważa, iż możemy się jeszcze bronić we własnym kraju, m.in. dzięki niepodpisaniu Karty Praw Podstawowych, a także że traktat lizboński nie ma charakteru wiecznego i za kilka lat sytuacja może się zmienić. Nie da się jednak pominąć tu faktu, że traktat ten uszczupla naszą suwerenność zewnętrzną.
Głównym argumentem, który wysuwa obóz prezydencki, jest realne zagrożenie ze strony naszego wielkiego wschodniego sąsiada. Niestety, trudno nie dostrzegać elementów słuszności w tym rozumowaniu – chociażby po agresji militarnej na Gruzję w zeszłym roku czy przeprowadzonych ćwiczeniach wojskowych rosyjsko-białoruskich, w których ćwiczono inwazję na kraje nadbałtyckie. To jest powód, by zastanowić się, czy możemy zostać sami, czy też powinniśmy, płacąc za to pewną cenę, szukać zakotwiczenia w UE i NATO. Obie te struktury nie są idealnymi tarczami dla Polski, ale lepszych chwilowo nie mamy. Zdani tylko na własne siły, bylibyśmy bardziej zagrożeni.
W tej sytuacji trzeba szukać sojuszników do obrony przed zagrożeniami zewnętrznymi, a w sprawach wewnętrznych próbować we własnym domu bronić tradycji, patriotyzmu – tak jak go rozumieli nasi ojcowie i dziadowie. I właśnie patrząc z tej perspektywy, niepotrzebnym elementem w przemówieniu prezydenta Lecha Kaczyńskiego w dniu Narodowego Święta Niepodległości wydaje mi się podkreślanie określenia „nowy patriotyzm”. Co to znaczy, że nowy? Czyżby stary był nieaktualny? Tego rodzaju marketingowe granie hasłem nowości, modernizacji wydaje mi się niepotrzebne. Właśnie ten fragment przemowy prezydenta szczególnie nie przypadł mi do gustu. Takie dziwne sformułowania na temat „nowego patriotyzmu” znam z książki prof. Marcina Króla, z której wynikało, że w miejsce patriotyzmu, w którym identyfikujemy się z Polską, ma pojawić się takie poczucie, że mieszkamy w Polsce, ale jesteśmy patriotami europejskimi. To oczywiście byłby nowy patriotyzm i rozumiem, że panu prezydentowi nie o to chodziło – to można wyczytać z polityki historycznej prowadzonej przez Lecha Kaczyńskiego.
Dziękuję za rozmowę.
