Błogosławieństwa to nie opium obietnicy
Myliłby się ten, kto doszukiwałby się w nich ducha rewanżyzmu, mściwej satysfakcji, że oto ci, którzy byli syci, zadowoleni, niedbający o pokój, niemiłosierni, ustąpią kiedyś miejsca mającym pustą kieszeń, pusty żołądek i łzy na policzkach. Jan Paweł II podczas Światowych Dni Młodzieży w Toronto użył słów, które potem odbiły się szerokim echem na świecie: „Błogosławieni to znaczy szczęśliwi”. Szczęśliwi ubodzy, smutni, cisi, łaknący pokoju, czystego serca, prześladowani, znoszący cierpliwie urąganie… Czy Papież się nie pomylił? A może to prowokacja? Przecież wedle zasad powszechnie obowiązującego porządku jest dokładnie odwrotnie. Nie, nie pomylił się. Wyznacznikiem ludzkiego szczęścia nie jest bynajmniej stagnacja, pewność osiągniętego celu. Szczęście rodzi się wtedy, gdy w człowieku narasta wewnętrzny głód prawdy i miłości, pokoju i sprawiedliwości, gdy pojawia się wreszcie czytelny kierunek, który wyznacza drogę. Królestwo Boże przychodzi tylko do tych, którzy są otwarci, poszukujący, a zarazem pokorni, tzn. umiejący patrzeć na świat z perspektywy własnej niewystarczalności.
Kazanie na Górze to mapa, która niezawodnie prowadzi do celu, „to drogowskazy – kontynuował Jan Paweł II – które wskazują nam kierunek wędrówki. Jest to droga pod górę, lecz Jezus pokonał ją jako pierwszy. I jest gotów przemierzyć ją ponownie z nami”.
Najbardziej toksyczna dla ludzkiej duszy jest obojętność. Ona zabija ducha, unieszczęśliwia, więzi. Ewangelię da się odczytać poprawnie tylko wtedy, gdy rodzi się wewnętrzne pragnienie, które nie pozwala zatrzymać się na łatwych, okrągłych sloganach, nie da się ponieść iluzji, że o Bogu można mówić w sposób łatwy, omijając skrzętnie wszelkie paradoksy i wyciszając niewygodne treści. Dobra Nowina widziana oczami „ubogiego w duchu” otwiera zupełnie nowe horyzonty, ukazuje sens radości, która jest czymś zupełnie innym niż wesele czy pusty śmiech. Staje się potencjałem ziarna rzuconego w ziemię i oczekiwaniem, że Bóg da wzrost.
ks. Paweł Siedlanowski
