Prawdą żyć. Prawdy bronić.Prawdy we wszystkim wymagać

Przemówienie JE ks. abp. dr. Ignacego Tokarczuka podczas uroczystości nadania mu tytułu doctora honoris causa Uniwersytetu Rzeszowskiego, 16 czerwca 2009 r.

Magnificencjo, Panie Rektorze;
Dostojny Senacie Uniwersytetu Rzeszowskiego;
Drodzy Profesorowie, Studenci
i wszyscy obecni na tej uroczystości.

Pragnę serdecznie podziękować za to spotkanie, będące podsumowaniem, a równocześnie jakąś perspektywą, utkaną na kanwie troski o przyszłość.
Zostałem mianowany biskupem 3 grudnia 1965 r. przez Ojca Świętego Pawła VI. Zameldował mi o tym Prymas ksiądz kardynał Stefan Wyszyński. Byłem zdumiony i wstrząśnięty. Zdumiony, bo władze ludowe nie chciały nawet, abym został duszpasterzem akademickim w Olsztynie. Kilka razy ten projekt tamtejszego biskupa odrzucano, a cóż dopiero, żeby ktoś mający taką opinię władz mógł zostać biskupem. Z drugiej strony uświadomiłem sobie, w jakiej jesteśmy sytuacji – komunizm u szczytu swojego triumfu. W walce z religią, z prawdą naśladował komunizm rosyjski, rewolucję rosyjską, rewolucję francuską. Tam, ażeby ludzi oderwać od Boga, nie wystarczyło prześladować, mordować wiernych katolików. Tam trzeba było niszczyć kościoły, świątynie, miejsca kultu, ażeby wspólnoty nie miały gdzie się gromadzić, ażeby życie modlitwy, Eucharystii zupełnie ustało. Nasi komuniści, od Moskwy począwszy, zapatrzeni byli w metodę francuską. Nie mogli ludzi przekonać siłą do wartości komunizmu, ale wiedzieli, że można ich oderwać od religii, kiedy nie pozwoli się stawiać świątyń, kiedy usunie się kapłanów, nie będzie katechizacji, nie będzie wspólnot religijnych. I stąd ta zacietrzewiona walka. W bolszewickiej Rosji niszczono dziesiątki tysięcy świątyń. Jeszcze sam Chruszczow w pewnym okresie sprzedawał we Włoszech za mundury i odzież tysiące ikon z rozbieranych lub palonych cerkwi rosyjskich. To samo postanowiono w sposób bezwzględny zrealizować w Polsce – pozbawić ją domów Bożych, aby ludzie nie mieli się gdzie gromadzić, pozbawić ją krzyży. Wtedy sobie uświadomiłem, w jak trudnej jestem sytuacji.

Postawiłem wszystko na Boga

Nowe zadanie mnie zdumiało, a jednocześnie mną wstrząsnęło. Przed konsekracją na biskupa zamknąłem się na tydzień w klasztorze Ojców Bernardynów w Leżajsku, ażeby przemyśleć, przemodlić to wszystko. Rozważając wszystkie atuty, wszystkie „za” i „kontra”, doszedłem do wniosku, że nie mogę liczyć na wsparcie ze strony ludzi w sytuacji, kiedy już wszystkie umysły są zniewolone, 25 lat po wojnie, akowcy aresztowani, aresztowani nawet ludowcy, dbający naprawdę o swoją wiarę i swoją narodowość, wszystko zniszczone, a ludzie zastraszeni. Co w tej sytuacji począć? Modląc się, prosząc Ducha Świętego o łaskę, doszedłem do wniosku: stawiam wszystko na Boga, Bóg jest wszechmocny, miłosierny. W swoim herbie biskupim umieściłem słowa: „Deus caritas est” – „Bóg jest miłością”, a równocześnie tablicę Dekalogu, Dziesięciu Przykazań z symbolem Ducha Świętego.

Przełamaliśmy barierę strachu

Wierzyłem, że Pan Bóg mi dopomoże, da odwagę, udzieli mi orientacji, jak prostować ludzi duchowo złamanych, zastraszonych, jak podnosić ich na duchu, jak budzić nadzieję. I od tego się właśnie zaczęło.
Zacząłem – tak jak Jezus Chrystus – od stajenki betlejemskiej. Nie od budowy jakichś katedr czy wielkich, wspaniałych świątyń. Te kapliczki były przy naszych drogach, były w rozmaitych miejscowościach. Pierwszy etap polegał na wykorzystaniu tych kapliczek – zaczęto odprawiać tam nabożeństwa. Ale one były małe, zwrócone drzwiami do ulicy. Nie mieściło się tam wielu ludzi. Zaczęto więc przestawiać te kapliczki w odwrotną stronę, ażeby wejście było od strony pola, placu, żeby ludzie mogli swobodnie uczestniczyć we Mszy Świętej.
Już wtedy władza zaczęła nas prześladować. Wtedy też nastąpiła pierwsza reakcja upominania się o swoje prawa. Powiedziano władzy: „Psu dajecie budę, a nam, katolikom, wierzącym bronicie tutaj małej świątyni czy tej szopy?”. Rosła odwaga. Cieszyłem się tym. Przełamaliśmy barierę strachu. Tę barierę strachu ja przełamałem, a ze mną przełamali tak samo wierni diecezjanie. Zaczęli słuchać, wierzyć. I budził się nowy duch.
Na początku mojej działalności doszło do zniszczenia zabytkowej świątyni w Wołkowyi, gdzie stworzono zaporę, powstał duży zalew wodny, nowy teren wczasowy, a równocześnie nie pozwolono przenieść kościoła na nowe miejsce, dokonać rozbiórki – nawet na własny koszt. Przyjechała cała ekipa aut mieszkalnych, turystycznych, pełnych ubowców. Postawili warty przy każdym domu, przy plebanii i zaczęli zrywać dach, niszczyć mury kościoła, który był świątynią dla kilkudziesięciu wiosek, bo tam przecież ludności rzymskokatolickiej było niewiele – najwyżej jakieś 15 procent. Wtedy ludzie wybudowali kaplicę na cmentarzu. Znowu to samo. Wyrzucono młodzież przed maturą ze szkół średnich: w Jaśle, w Ustrzykach. Broniłem ich i dodawałem otuchy. Mówiłem otwarcie, że „Kto w domy Boże wali, ten niczego nie zbuduje. To jest bluźnierstwo, to jest krzywda. Bracia drodzy, musimy się wszyscy budzić”. Moje przemówienie przed kościołem w Wołkowyi, który stał jeszcze, podczas gdy wszystkie budynki wokół były już przeniesione i rozebrane, było komentowane. Kiedy uzyskałem wszystkie dokumenty archiwalne, okazało się, że sam Komitet Centralny [PZPR – przyp. red.] w Warszawie tym się interesował. Burzenie nie powiodło się, bo na miejscu jednego kościoła w Wołkowyi istnieje dzisiaj sześć kościołów naokoło zalewu, ażeby wszyscy mieszkańcy i wszyscy, którzy będą tam odpoczywali z rodzinami, mieli przyzwoity dom Boży. Bieszczady są bowiem piękne, nie są jeszcze „zadeptane”, tak jak czasem dzieje się to w Tatrach.
Tak się zaczęło. Powiedziałem wtedy ludziom: „Kary będą, ale róbcie, co możecie, a gdy będą wielkie kary – za budowę tych domów Bożych, kaplic – pokryje je diecezja. Nikogo nie zostawimy bezbronnego i opuszczonego”. Największa kara przyszła na tych, którzy budowali kaplicę niedaleko parafii Hoczew, gdzie prośby o pozwolenie na budowę zostały odrzucone. Przygotowywali więc – wsparci przeze mnie – potajemnie deski, słupy, ażeby kaplicę – gdy zajdzie sprzyjająca sytuacja – postawić w ciągu nocy. I tak się też stało. Powstała kaplica. Kaplica, którą gdyby mocny wiatr dmuchnął, porwałby za sobą. Ale to było właśnie jakieś obudzenie odwagi. Zakazano przejazdów w pobliżu tej kaplicy. Ludzie uważali, że spotkała ich krzywda. Ale przez to jeszcze bardziej budzili się do czynu. Wtedy też wymierzono największe kary – dla siedmiu członków komitetu budowlanego. Nie zostawiliśmy ich samych. Pojechałem na Boże Narodzenie, aby na Pasterkę poświęcić tę kaplicę, którą później rozbudowano i która dziś stanowi piękny kościół.
I tak powstało przeszło 400 kościołów – w wioskach i w miastach. Postawiliśmy sobie za zadanie, że to jest sprawa ducha. Dzisiaj toczy się nie tylko walka ekonomiczna, polityczna czy kulturalna, ale przede wszystkim walka duchowa. To jest walka z Duchem Bożym, z Bogiem. Musimy się wszyscy mobilizować i stawać w obronie prawdy.

Postanowiłem, że zapłacę najwyższą cenę

Pamiętam, gdy sprawa nabrała rozgłosu w całym świecie, wezwano mnie na Zamek w Rzeszowie – tak jak dzisiaj, ale w zupełnie innym charakterze. Zabrałem ze sobą swojego sekretarza, ale jego nie dopuszczono, by był przy mnie obecny. Dwóch prokuratorów zapytało mnie: „Czy ksiądz biskup zdaje sobie sprawę, że wpycha się w konflikt z państwem? Państwo jest potężne, wiele może”. A ja odpowiedziałem: „Panowie, nie straszcie. Ja wiem, co możecie. Możecie mnie zabić, możecie spowodować wypadek, możecie aresztować, możecie nawet wyrzucić za granicę bez prawa powrotu. Ale pamiętajcie, że są wartości: prawda, Chrystus, Bóg. Zapłacę najwyższą cenę, ale nigdy waszej prawdy nie przyjmę. Nie straszcie”. – „My nie straszymy” – odpowiedzieli. – „To po co to wszystko mówicie?” – zapytałem. Wtedy zaczęli nad tym myśleć. A fala buntów powiększała się…
W Rzeszowie – była tylko jedna fara, kościół św. Józefa (na uboczu), Chrystusa Króla (też na uboczu), kaplica u Saletynów w zakładzie wychowawczym, który był przeznaczony dla dzieci i młodzieży. Ten zakład zabrano, zostawiono tylko małą kapliczkę, małe miejsce dla parafii, która rosła. Walka o ten kościół Saletynów trwała kilkanaście lat. Plac był, ale planowano tam wybudować dom handlowy. Już przystąpiono z piłami do ścięcia drzew, tymczasem matki swoimi wózkami z maleńkimi dziećmi obstawiły te drzewa naokoło i cały rozkaz, aby te drzewa wyciąć, nie został wykonany. Wszyscy „budzili się” i wszyscy rozumieli, a ja im przypominałem o Polaku, który wyrzucony z domu ojczystego w wozie urządził sobie mieszkanie. Mówiłem: „Ludzie – wasza kaplica jest wozem Drzymały. Trzymajcie się! Zwyciężymy, bo nie ma najmniejszego powodu, ażeby Bóg tutaj właśnie nie pozwolił na nową świątynię”. I to się dokonało: wybudowano katedrę, kilkanaście pięknych świątyń, a wszystko było połączone z trudnościami.

Człowiek jest podmiotem

O determinacji duchowieństwa świadczy jeszcze jeden przypadek. Ksiądz Bal, rektor kościoła Świętego Krzyża w Rzeszowie przy dawnym liceum pijarskim, nie miał gdzie uczyć dzieci. W swoim czasie muzeum przejęło jedną nawę z kościoła i przyłączyło do siebie. Ksiądz Bal prosił sądownie, żeby tę nawę oddano: „Nie będziemy się upominać o resztę, pijarzy otrzymają gdzie indziej miejsce na swoją parafię”. Nie usłuchano. Wtedy zebrała się rada z księdzem infułatem z kościoła Chrystusa Króla, z ks. Balem i przeniesiono ten mur tak daleko, jak daleko sięgała boczna nawa kościoła. Były procesy, sądy… i miało wtedy miejsce ciekawe zjawisko – starsi pamiętają – w tym czasie rozpętała się nad główną fabryką WSK burza, zerwało dach. Ludzie mówili, żartując: „Nie ruszajcie księdza Bala, bo wam wszystko porozwala”. Sądzili go nawet jego uczniowie – z musu – ale cała sprawa obróciła się na jego chwałę. Osłabły siły oporu i przekonano się, że ludzie mają prawo do domu Bożego. Ludzie to podmioty, a nie przedmioty, ludzie mają prawo do pełnej prawdy, do prawdy obywatelskiej, do wzięcia odpowiedzialności za wszystko. I tak – krok za krokiem – powstało wielkie dzieło.
Jeszcze ostatni tylko etap wspomnę – w Korczowej, na samej granicy. Tej granicy, którą posypywano ciągle piaskiem, by stwierdzić, czy ktoś tam nie przechodził w nocy… Korczowa – biedna wioska przygraniczna. Z daleka mieszkańcy widzieli piękny kościół w Krakowcu. Kościół, który władze zamieniły na zbrojownię. Społeczność w Korczowej była bez żadnego oparcia duchowego, osamotniona, oderwana od swojej wspólnoty parafialnej… Uprosiłem odważnego księdza, który zaczął pracę od niedaleko stojącej cerkwi (kto tamte strony będzie zwiedzał, zobaczy tę cerkiew, odnowioną dzisiaj, która jest kościołem filialnym). Zaczął już szukać miejsca w Korczowej i znalazł je. Ludzie się cieszyli, popierali, że ktoś swoją stodołę oddaje… Ale w takiej gromadzie nie da się tajemnicy utrzymać. Komendant posterunku straży granicznej dowiedział się. Gdy ksiądz jechał swoim wozem, aby odprawić tam pierwszą Mszę Świętą, wojsko go zatrzymało, przewróciło mu ten wóz i zabroniło upominać się o świątynię. Wtedy ta ospała wioska, niemająca ani niedzieli, ani święta, zebrała się przed posterunkiem. Wojsko krzyczało: „Będziemy strzelać!”, a ludzie odpowiadali: „Podpalimy was! Nie mieszajcie się do naszych spraw! Naród ma prawo do wiary, do Boga, do Ojczyzny, do swojej kultury!”. Komendant otrzymał telefon i nastąpiła zmiana komendanta. Wojsko się nie miesza, ja przyjeżdżam, żeby tę stodołę, już przebudowaną, naprawdę poświęcić.
Wtedy władze zobaczyły, że nie można przeciągać struny, bo społeczeństwo może wystąpić masowo w walce o swoje prawa, o swoją przyszłość, o swoje wychowanie. Dlatego spełniły się nasze marzenia, że nie będzie w miastach ogromnych, ponad 10 tys. parafii, by nie były to masówki, w których jedni drugich nie znają: ani duszpasterz parafian, ani parafianie duszpasterza. Zdecydowaliśmy, że do kościoła – jeśli nie parafialnego, to filialnego – nie będzie dalej niż dwa kilometry, co jest do osiągnięcia. Dzisiaj to zostało w stu procentach zrealizowane. I, najmilsi, na pociechę powiem tylko jedno – nasze tutaj budownictwo, nasza walka o świątynie znalazła oddźwięk za wschodnią granicą – w diecezji kamienieckiej odbudowano świątynie nowe i stare, w diecezji żytomierskiej – w samym Kijowie – jest dziewięć parafii rzymskokatolickich, w których gromadzą się ludzie – nie tylko Polacy, ale różnych narodowości.

Bogu niech będą dzięki!

Dlatego, moi drodzy, dzisiaj, podczas tego historycznego spotkania, pragnę podziękować razem z wami Panu Bogu, który mnie nie zawiódł. To siła Boża mi podyktowała, co robić, jakie kroki czynić, jak nie bać się przeciwników, zastraszania, iść naprzód i pociągać za sobą lud.
Jeszcze jeden fakt znamienny (a takich faktów było więcej): Średnia Wieś koło Leska, stary, mały kościółek. Stworzyłem parafię, ale kościółek trzeba było odremontować. Nie było gdzie uczyć dzieci. Wybudowano plebanię. Przyjeżdża UB z grupą więźniów, ażeby zburzyć ten punkt katechetyczny. Więźniowie zapytali: „Co to jest? My już zadarliśmy z władzami, nie chcemy zadzierać z Panem Bogiem. Budujcie dalej. Za nasze nieposłuszeństwo mogą nas karać, ale nigdy nie damy się użyć do niewłaściwego celu”. Proces sądowy w Lesku. Cała parafia poszła ze Średniej Wsi, Lesko się dołączyło. Rozprawa nie może się odbyć, bo ludzie śpiewają pieśni religijne. Przeniesiono sprawę poza granicę naszej diecezji. Myśleli, że ludzie nie pojadą… „Obudzili się” i pojechali. I tam właśnie bronili prawdy.
I dlatego, najmilsi, bardzo serdecznie – nie tylko dzisiaj, ale stale Panu Bogu i wam dziękuję. Jak się Bogu zaufa… Dziękuję równocześnie wam wszystkim, całej diecezji, społeczeństwu rzeszowskiemu. Wybudowaliście wspaniałą katedrę, kilkanaście kościołów parafialnych, których nawet i Warszawa nie powstydziłaby się. Piękne domy Boże, życie kwitnie i każdy człowiek dobrej woli ma miejsce na katechizację, na Słowo Boże, na praktyki religijne, na udział we Mszy Świętej. Bogu niech będą za to dzięki! Całym sercem bez ustanku dziękuję, bo to jest dzieło Boże.
A równocześnie, najmilsi, pragnę wam wszystkim tu obecnym podziękować za współpracę, za zaufanie. Wiedzieliście, że to, co robię, ma sens, że to jest prawda, chociaż wróg jest nie byle jaki – władza państwowa, która ma więzienia, stosuje kary i rozmaite sposoby niszczenia człowieka. Ale stanęliśmy na linii frontu i pokazaliśmy światu, że Chrystus Król jest Panem i kto zawierzy Chrystusowi, który jest Miłością, zwycięży i pokona wszystkie trudności.

Budujcie na mocnym fundamencie prawdy

Droga młodzieży – jeszcze parę słów do was. Widząc to wszystko, czytajcie tę historię! Moich kilka tomów to opisuje. Tom „Ze Zbaraża do Przemyśla” opisuje całą historię mego życia, moje prace na Wschodzie, mordy UPA itd.; tom „W służbie narodu i Kościoła” – walkę o kościoły w Stalowej Woli, Rzeszowie, Tarnobrzegu, Przemyślu. Dzisiaj wszystkie te miasta mają swoje piękne świątynie. Kiedy przygotowywane jest coroczne sprawozdanie z pracy, z życia Kościoła w Polsce, gdzie pada pytanie, jaki procent ludzi uczęszcza na Mszę św. co niedziela, to nasze województwo podkarpackie ma największy procent. Nie można przecież liczyć małych dzieci, chorych, nie można liczyć tych, co obowiązkowo pracują. Procent uczęszczających na Mszę św. w niedzielę wynosi w naszym kącie Małopolski sześćdziesiąt parę procent. A więc bardzo wiele, najwięcej w całej Polsce. W niektórych wielkich miastach ten procent jest o wiele niższy, bo nie ma po prostu domów Bożych, nie ma miejsc, gdzie by się ludzie gromadzili. I dlatego, kochana młodzieży, budujcie na mocnym fundamencie prawdy.
Niedawno zaskoczyła mnie pewna sytuacja – społeczeństwo Przemyśla postanowiło uczynić mnie patronem technikum zawodowego. Powiedziałem: „Ja jeszcze żyję”. Tłumaczyli, że i za życia można… I potem umieścili na swoim technikum specjalną tablicę streszczającą moje postępowanie: „Prawdą żyć. Prawdy bronić. Prawdy we wszystkim wymagać”. Prawda ostatecznie zawsze zwycięży – nie kłamstwo, nie oszustwo, nie pół prawdy, nie ćwierć prawdy, nie rozmaite fobie, nie rozmaite zachowania w parlamencie, które zdradzają, że niektórzy posłowie chyba nie są normalni psychicznie, skoro na takie wystąpienia się zdobywają.
Zwycięża prawda! I tej prawdzie służmy. Tą prawdą jest Jezus Chrystus. Droga młodzieży – czytaj literaturę, są dziś również dobre audycje, dobre filmy. Patrzcie na wzór ks. Jerzego Popiełuszki. Młody kapłan oddał życie, ale dziś będzie patronem całego naszego Narodu, obok św. Wojciecha, który zapewnił nam niezależność od hierarchii niemieckiej, od niemieckiego Kościoła. Obok św. Stanisława, który bronił Naród przed nadużyciami króla, który krzywdził obywateli, chociaż mógł być dobrym królem, ale władza przewróciła mu w głowie. Znowu męczennik św. Andrzej Bobola na Wschodzie, zamęczony przez Kozaków, przeżył podobne męki jak ks. Popiełuszko. Kiedy wydobyto zwłoki ks. Jerzego we Włocławku, oglądano je w klinice, ale nie wszystkim o tym powiedziano, na rozprawie o tym milczano – zobaczono, jak te zwłoki były umęczone, pocięte. Chcieli za wszelką cenę zmusić go, ażeby się wyrzekł prawdy. Ale on bronił jej do końca, choć był młody. Tą prawdą żył, tę prawdę kochał i widzimy go jako patrona prawdy, która zwycięża. Wkrótce w Warszawie odbędzie się jego beatyfikacja, na którą czekamy.
Dziękuję jeszcze raz wszystkim za wszystko i za to dzisiejsze spotkanie. Niech żyje Uniwersytet Rzeszowski! Humanistyka jest tą wiedzą przewodnią. Wiedza techniczna jest wiedzą praktyczną, ale światopogląd, poznanie sensu życia – to wszystko należy do humanistyki. Dzisiaj coraz więcej głosów się odzywa, że trzeba wrócić do humanistyki, żeby rozumieć dobrze i filozofię starożytną, i myśl starochrześcijańską, grecką, rzymską, chrześcijańską. Dobrze by było wrócić i do znajomości języka greckiego i łacińskiego.
Weźmy język łaciński. Mówimy: „partia”, „partie”, a nie rozumiemy, że słowo „partia” pochodzi z języka łacińskiego: „pars” – znaczy część. A więc, kto głosi partię, ma tylko część, a nie całość.
Witał nas serdecznie Wasz Magnificencja. To słowo zdawałoby się zrozumiałe. Z dwóch części się składa: „magnus” – wielki, „facio”, „facere” – czynić. Wasz Magnificencja to rektor, to człowiek, który prowadzi uczelnię, prowadzi wykształcenie wyższe, prowadzi ludzi do pełni rozwoju etycznego, duchowego, materialnego i społecznego. I tego z całego serca, najmilsi, życzę i o to będę się modlił, ażeby ta uczelnia, moja uczelnia, rozkwitała wszechstronnie i naprawdę przynosiła wielkie owoce dla chwały Narodu i Kościoła. Bo te dwie wartości w naszej historii są ze sobą złączone.
Szczęść Boże!

Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.

drukuj