Dorzynanie mediów publicznych
Media publiczne, nie ma co ukrywać, stają się raz po raz łupem partii politycznych wykorzystywanym w walce o władzę. Lecz to nie znaczy, iż trzeba je, tak jak chce PO, zmarginalizować poprzez odebranie abonamentu i w konsekwencji doprowadzić do ich likwidacji. Majątek ten bowiem jest własnością wszystkich Polaków i nie może zostać zawłaszczony przez jedno ugrupowanie, nawet to tworzące rząd, bądź też rozkradziony przez stacje komercyjne.
Od ponad miesiąca obserwujemy kolejny etap dorzynania mediów publicznych objawiający się w ich coraz większym upartyjnieniu. Pełniący obowiązki zarządców TVP i Polskiego Radia mało się przejmują tym, iż przyszło im administrować majątkiem publicznym, a więc będącym własnością wszystkich Polaków, i realizują partykularne i to na dodatek doraźne cele ugrupowań, które za nimi stanęły. Trzeba też przypomnieć, iż sytuacja w mediach publicznych wynika z układu sił w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji, której członkowie są przecież delegowani do Rady przez określone siły polityczne. Przez kilka lat swojego urzędowania członkowie KRRiT powielają jej układ w radach nadzorczych radia i telewizji, a te, korzystając z wypracowanego schematu, wyłaniają zarządy. Patologiczne sytuacje pojawiają się wówczas, gdy nad przepisami prawa i normami etycznymi zaczyna górować interes partyjny. Dzisiaj obserwujemy kolejny nawrót choroby wyniszczającej od lat TVP i Polskie Radio. Schorzenie, obejmując coraz to nowe obszary, stanowi śmiertelne zagrożenie dla przyszłości publicznych mediów. Gdyż mogą one nie tylko być podzielone między ugrupowania polityczne, ale też może ich nie być wcale, ponieważ uginając się pod naporem krytyki, po prostu zostaną zlikwidowane. Największy bój jak zawsze toczy się o telewizję publiczną, która od lat jest traktowana przez partie polityczne jako doskonały środek umożliwiający wywieranie wpływu na wyborców. Aby lepiej zrozumieć dzisiejsze spory o telewizję, warto je prześledzić, uwzględniając tło historyczne.
Karuzela zmian w TVP
Pierwsze zmiany w telewizji zaczęto przeprowadzać w drugiej połowie 1989 roku. Rozpoczęto od usunięcia z pracy na wizji osób kojarzących się widzom wprost ze stanem wojennym. Lecz to wcale nie znaczyło, że osoby te straciły pracę w telewizji i wpływ na tworzenie programów. Bowiem układ sił w telewizji był wynikiem uzgodnień przy Okrągłym Stole. We wrześniu 1989 r. odwołano Jerzego Urbana ze stanowiska przewodniczącego Komitetu do spraw Radia i Telewizji i do pełnienia tej funkcji powołano Andrzeja Drawicza. I aby nie mówiono, że w telewizji pracuje tylko stary aparat komunistyczny, dano szansę powrotu do zawodu tym dziennikarzom, których usunięto podczas weryfikacji dokonywanych na początku lat 80. Wówczas rozpoczęła się też restrukturyzacja finansów telewizji, w której przeprowadzeniu istotną rolę odegrało nowo powołane Biuro Reklamy. Lecz już na samym początku pojawiły się też koncepcje sprywatyzowania telewizji. Ówczesny wiceprezes Radiokomitetu do spraw finansowych i administracyjnych Lew Rywin optował za sprzedaniem Programu Drugiego. Ta właśnie koncepcja przy okazji zmian w prawie medialnym znowu dzisiaj powraca, gdyż jest wiele środowisk, które uważają, że telewizja publiczna, dysponując kilkoma programami, ma zbyt rozbudowaną strukturę. Lecz przecież likwidacja czy sprywatyzowanie któregoś z programów jest tak naprawdę postulatem komercyjnej konkurencji.
Wracając do historii telewizji, należy przypomnieć, iż gdy ze stanowiska odszedł premier Tadeusz Mazowiecki, a prezydentem został Lech Wałęsa, zmienił się też prezes Radiokomitetu. Nowym szefem tej instytucji mianowano Mariana Terleckiego. Kolejnym prezesem Komitetu do spraw Radia i Telewizji jeszcze za rządu Jana Krzysztofa Bieleckiego został Janusz Zaorski. Pod koniec premierowania Jana Olszewskiego, w maju 1992 r., szefem Radiokomitetu uczyniono Zbigniewa Romaszewskiego. Po obaleniu rządu Olszewskiego zwierzchnikiem tego ciała został po raz kolejny Janusz Zaorski. Te ciągłe zmiany przewodniczących Radiokomitetu pociągały za sobą przetasowania na stanowiskach szefów redakcji i programów – zwłaszcza tych informacyjnych. I ta karuzela zmian jest widoczna również dzisiaj. Korytarze na Woronicza obserwują, kto pójdzie w górę, kto będzie musiał wyjść za bramę i kto z zewnątrz zostanie wpuszczony do środka.
Media publiczne – łakomy kąsek
Duże zmiany przyniosła ustawa o radiofonii i telewizji uchwalona z końcem 1992 r., gdyż na podstawie jej zapisów powstała Telewizja Polska SA, Polskie Radio SA oraz mająca regulować ich działalność Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji. Pierwszym prezesem Telewizji Polskiej SA został w 1994 r. Wiesław Walendziak. Lewica zaczęła wówczas usilnie dążyć do odbicia TVP. Konflikty wokół telewizji nasiliły się jeszcze bardziej po wygranych przez Aleksandra Kwaśniewskiego wyborach prezydenckich w 1995 roku. Nowym prezesem telewizji wiosną 1996 r. został ludowiec Ryszard Miazek. Szybko dokonano zmian w ramówce i obsadzie programów. W czerwcu 1998 r. na prezesa telewizji publicznej wybrano Roberta Kwiatkowskiego, zaufanego człowieka SLD i prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, który przed objęciem tego stanowiska dbał o interesy lewicy w KRRiT. Wraz z nim na dobrych kilka lat komunistyczna propaganda zagościła w szklanym okienku. I wydaje się, iż dzisiaj pogrobowcy wówczas stworzonego układu mają realną szansę na powrót na Woronicza. Bowiem Robert Kwiatkowski został ekspertem lewicy w sprawie nowelizacji ustawy medialnej, a ludzie tworzący telewizję za jego prezesury powracają do TVP. Dzisiaj o zmianach w mediach mówią też lewicowi członkowie KRRiT z przełomu wieków Witold Graboś i Włodzimierz Czarzasty. Przypomnijmy, iż Kwiatkowski z Czarzastym to bohaterowie afery Rywina. Ujawniona wówczas spirala zazębiających się interesów ludzi mediów i polityki zablokowała próbę ugruntowania dominacji lewicy w mediach poprzez nowelizację ustawy o radiofonii i telewizji i pogrążyła SLD. Dzisiaj politycy Platformy Obywatelskiej, udając, iż nie pamiętają okoliczności tamtej afery, chcą się porozumieć z SLD, a więc i z Robertem Kwiatkowskim, w sprawie ustawy medialnej, by przejąć pełną kontrolę nad mediami publicznymi. Gdy z końcem stycznia br. prezes PiS Jarosław Kaczyński zapowiedział, iż dla klarowności sytuacji jest skłonny poprzeć oddanie TVP i Polskiego Radia pod wpływy rządu, premier Donald Tusk wyparł się chęci opanowania przez PO mediów publicznych. Chociaż proponowane przez Platformę zapisy w ustawie medialnej de facto do tego doprowadzą. Dzisiaj politycy PO chcieliby ukryć negocjacje z poplecznikami uczestników afery Rywina, która spowodowała, że w 2004 r. skompromitowany Robert Kwiatkowski odszedł z telewizji, a jego miejsce zajął człowiek Platformy Jan Dworak. Chcą też ukryć, że zaadaptowali plan Roberta Kwiatkowskiego sprzed kilku lat na własny użytek i dzisiaj zamierzają go zrealizować nawet razem z SLD.
Z „Trybuną” i Che Guevarą w tle
Wracając jeszcze na chwilę do historii, dodajmy, iż w 2006 r. prezesem TVP został Bronisław Wildstein. Pod wpływem nacisków LPR i Samoobrony został wymieniony na początku 2007 r. na Andrzeja Urbańskiego, a 19 grudnia 2008 r. Andrzej Urbański wraz z wiceprezesami Sławomirem Siwkiem i Marcinem Bochenkiem zostali zawieszeni przez Radę Nadzorczą głosami członków rekomendowanych przez Ligę Polskich Rodzin i Samoobronę. Władzę przejęli związany z LPR Piotr Farfał jako p.o. prezes TVP i wysunięty niegdyś przez Samoobronę Tomasz Rudomino, pełniący obowiązki wiceprezesa TVP. Rudomino w połowie lat 90. ubiegłego wieku był m.in. szefem spółki Ad Novum wydającej postkomunistyczny dziennik „Trybuna”. Należy przypomnieć, iż „Trybuna” powstała na bazie „Trybuny Ludu” i do dziś pozostaje organem ugrupowania wywodzącego się w prostej linii z PZPR. Na początku 1994 r. większościowy pakiet akcji Ad Novum przejęła firma UnivComp należąca do Uniwersalu kierowanego przez Dariusza Przywieczerskiego skazanego w aferze FOZZ. Warto dodać, iż Universal zainwestował wówczas również w telewizję Polsat. Tak więc dzisiejszy członek zarządu TVP ma – mówiąc oględnie – dość specyficzną przeszłość. A zakochany jest – jak sam stwierdził w wywiadzie dla tygodnika „Przekrój” – w komunistycznym zbrodniarzu Ernesto Che Guevarze. Biorąc pod uwagę obecne zdarzenia w TVP, blady strach może paść na pracowników z Woronicza, gdy sobie uświadomią, że Che Guevara – jak można przeczytać w „Czarnej księdze komunizmu” – zachwalał „skuteczną nienawiść, która czyni z człowieka efektywną, działającą szybko, selektywnie i bezwzględnie maszynę do zabijania”. Lecz przecież powie ktoś, iż nie może być tak źle, skoro nowe władze z końcem grudnia 2008 r. uznał sąd, dokonując wpisu w Krajowym Rejestrze Sądowym. Notabene przewrót w Publicznym Radiu został przez Krajowy Rejestr Sądowy zakwestionowany i Krzysztof Czabański oraz Jerzy Targalski utrzymają swoje stanowiska w zarządzie, powrócą też do pracy po upływie trzymiesięcznego okresu zawieszenia liczonego od połowy listopada 2008 r., kiedy to Rada Nadzorcza Polskiego Radia postanowiła odsunąć ich od kierowania stacją.
Grudniowy przewrót
Od tego momentu młody narodowiec i stary postkomunista zaczęli działać pełną parą. Niestety, ich posunięcia wywołują spory chaos. Wymieniane są osoby odpowiedzialne za anteny, kluczowe programy informacyjne i ośrodki regionalne TVP. Widać, iż nowy zarząd pomimo uspokajających wypowiedzi do mediów przygotowuje podatny grunt dla polityków z ugrupowań, które za nimi stanęły przed zbliżającymi się w tym roku wyborami do Parlamentu Europejskiego. I ma zapewne nadzieję, że nowo wprowadzeni ludzie oraz zatwierdzona ramówka przetrwają dłużej niż do połowy roku. Farfał i Rudomino mają też przewagę psychologiczną nad ludźmi związanymi z dużymi ugrupowaniami parlamentarnymi, które niewątpliwie także myślą o kontroli nad mediami publicznymi. Nowym władzom TVP tak naprawdę nie zależy na reputacji w oczach opinii publicznej. Nie reprezentują też ugrupowań, o których można by było powiedzieć, iż wiele znaczą na scenie politycznej i w związku z tym wykorzystują swoją pozycję w parlamencie czy rządzie do zagwarantowania sobie monopolu w przekazie medialnym. Resztki skupione w szczególności niegdyś w LPR postanowiły po prostu wziąć, co się jeszcze da, by przynajmniej powalczyć o utrzymanie swojego stanu posiadania w europarlamencie, gdyż dla nich to walka o przetrwanie. I temu niewątpliwie służy ugrupowanie Naprzód Polsko, które zyskało – co by nie mówić – niezłą reklamę na antenach mediów publicznych w dniu swojego kongresu, 25 stycznia bieżącego roku. Biorąc pod uwagę wybrany czas i sposób przeprowadzenia przewrotu i nie mówiąc na razie o jego długofalowych konsekwencjach, należy niewątpliwie docenić zdolności strategiczne spółki Farfał, Rudomino & wspólnicy. Lecz niestety w dłuższej perspektywie działania te spowodują trudne do naprawienia szkody, których doświadczy zwłaszcza prawa strona sceny politycznej.
Kto na tym skorzysta?
Ugrupowaniem, które sporo zyska na obecnej sytuacji, jest niewątpliwie Platforma Obywatelska, która zapewne o takim gwiazdkowym prezencie nawet nie marzyła. Chce ona bowiem od dłuższego czasu doprowadzić do zmian w prawie medialnym i teraz ma wspaniałą okazję, by pod płaszczykiem zaprowadzenia porządku przeprowadzić korzystne dla siebie zmiany. Widać, że z satysfakcją obserwuje sytuację, kiedy to niedawni koalicjanci wycinają PiS. PO nie musi się też sama męczyć ze swoim największym konkurentem, gdyż inni wykonają za nią brudną robotę. I nawet w przypadku faktycznej reaktywacji tzw. przystawek Platforma poradzi sobie z nimi bez problemu. Nie należy również zapominać, iż PO ma także przyjazne media komercyjne i ewentualne dorznięcie konkurenta z Prawa i Sprawiedliwości, który takiego zaplecza nie ma, ale i samych mediów publicznych to ich jeszcze niezrealizowany, a wymarzony plan. Na obecnej sytuacji zyskać może też SLD, który czując, iż jest adorowany przez PO i zachęcany do poparcia zmian w mediach, będzie chciał jak najdłużej przeciągać obecną patową sytuację. Ponieważ im dłużej zaloty będą trwały, tym SLD więcej podarków otrzyma. A liczy, że spłyną one nie tylko ze strony PO, lecz również i od obecnych władz telewizji. Bowiem widać, iż Piotr Farfał, chcąc wyjść na osobę dbającą o pluralizm, popiera powrót lewicowych dziennikarzy do TVP. Wie on dobrze, że wyborcy SLD i LPR to zupełnie inny target, czego już nie można powiedzieć o wyborcach PiS i LPR. Niewątpliwie podczas poprzednich wyborów PiS przejęło wielu zwolenników LPR, przyczyniając się tym samym do eksterminacji tego ugrupowania. Czy dzisiaj politykom LPR uda się odzyskać wyborców dzięki możliwości pojawienia się na antenie mediów publicznych? O tym przekonamy się już niebawem. Lecz już teraz można stwierdzić, iż będzie to rzecz trudna, tym bardziej że – jak mówi przysłowie – tam, gdzie dwóch się bije, trzeci korzysta. A Platforma Obywatelska, jak mogliśmy się przekonać chociażby przy okazji ostatnich przedterminowych wyborów parlamentarnych, potrafi wykorzystać waśnie w obozie swoich przeciwników.
Nieustannie należy przypominać politykom, szefom publicznych stacji radiowych i telewizyjnych oraz dziennikarzom o potrzebie respektowania prawa i zachowania norm etycznych. Praca w mediach publicznych powinna być traktowana jako zaszczyt i służba, a nie intratna synekura.
Paweł Pasionek
