To jest mój prywatny święty
Z dr. Grzegorzem Łęcickim, prorektorem Warszawskiej Wyższej Szkoły Humanistycznej im. Bolesława Prusa, autorem książki „Świadek prawdy” o księdzu prałacie Zdzisławie Jastrzębiec Peszkowskim, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
W jakich okolicznościach poznał Pan księdza Zdzisława Peszkowskiego?
– To była połowa lat 90. Przechodziłem kiedyś koło katedry św. Jana w Warszawie, szedłem do księgarni Soli Deo przy Dziekanii. Zauważyłem domofon, na którym zobaczyłem nazwisko księdza Peszkowskiego. Nie spotkaliśmy się wcześniej, natomiast znałem go z opowieści mojego serdecznego przyjaciela, księdza Stanisława Bełcha (to kapłan całkowicie zapomniany, a tej samej rangi co księża: Zdzisław Jastrzębiec Peszkowski, Ignacy Kłopotowski i Michał Sopoćko; zmarł w 1989 roku), również kapłana diecezji przemyskiej, który tak jak ksiądz Peszkowski przebywał stale na emigracji. Opowiadał mi on o przedziwnym swoim przyjacielu, który ma za sobą przeszłość harcerską i ułańską. Zadzwoniłem, ksiądz Peszkowski akurat był w domu. Zapytał mnie, kim jestem i skąd przychodzę. Przedstawiłem się i powiedziałem, że znałem księdza Bełcha. On wtedy otworzył szeroko ramiona. – Ty byłeś przyjacielem Stasia? – wykrzyknął radośnie. W tym momencie staliśmy się przyjaciółmi. Dla mnie jest to ilustracja tego, czym ksiądz Peszkowski żył – czyli tajemnicą świętych obcowania, wspólnotą między żywymi a zmarłymi. Doświadczyłem tego u początków naszej znajomości, bo poznała nas osoba zmarła.
Jaki więc wpływ na Pańskie życie wywarł ksiądz Peszkowski, kim był dla Pana?
– Na początku byliśmy dobrymi znajomymi, bardzo szybko staliśmy się przyjaciółmi i ksiądz zaczął być obecny w naszym życiu rodzinnym. Zawsze dopytywał, jak dzieci rosną, czy nie chorują, czy żona znalazła pracę, co ja robię itd., itd. Te kontakty były bardzo bliskie. W pewnym momencie, w książce, którą ksiądz mi podarował, napisał taką piękną dedykację: „Mojemu młodszemu bratu”. Ponieważ jestem jedynakiem, dla mnie posiadanie rodzeństwa jest absolutnym fenomenem, zawsze tego chciałem. Potraktowałem to więc bardzo poważnie i zapytałem księdza, czy to jest tylko taki grzecznościowy zwrot. Pamiętam, jak spojrzał na mnie głęboko i powiedział: „Nie, ja cię naprawdę traktuję jak młodszego brata”. To znaczy – mówię – ksiądz jest dla mnie starszym bratem, tak? Dobrze to rozumiem? – Ależ oczywiście – odpowiedział. Ta więź, rzeczywiście taka braterska, trwa i mam wrażenie, że przetrwała odejście księdza.
Był dla Pana więc bardzo ważny…
– Tak. Rzeczywiście, dla mnie jego odejście jest taką stratą, jak po starszym bracie, który wywierał wpływ na kształtowanie moich ocen, postaw. Ksiądz był też pierwszą osobą, która uwierzyła w to, że powinienem pisać książki, bo mam do tego talent, a co ważniejsze, że te książki znajdą czytelników. Wobec tego napisałem jedną książkę, drugą, trzecią, ksiądz napisał przedmowę do kilku z nich i rzeczywiście były życzliwie przyjęte przez czytelników. Myślę, że nie byłbym tym, kim jestem dzisiaj, gdyby Pan Bóg nie postawił księdza na mojej drodze życia z jego coraz większymi wymaganiami.
W czym według Pana tkwiła wielkość księdza?
– W książce „Świadek prawdy” napisałem o nim pół strony samych pozytywnych przymiotników. Ludzi można podzielić tak generalnie na dwa rodzaje: na tych, którzy lubią ludzi i na tych, którzy ich nie lubią. Ksiądz należał do tych, którzy lubią ludzi, są szalenie komunikatywni, medialni, ale są też jednocześnie anielsko dobrzy, mają gołębie serce. To nie znaczy, że są infantylni, broń Boże. Ksiądz widział człowieka w całym jego uwarunkowaniu, jestestwie, jego emocjach, jego woli. Fenomen księdza polegał na tym, że był to człowiek, który umiał słuchać i do końca życia umiał się uczyć. To świadczy nie tylko o pokorze, ale i o wielkości człowieka. To jest mój prywatny święty.
Który za życia nie tworzył żadnych barier…
– Tak. Natychmiast z całym światem był po imieniu. Był taki prosty, dobroduszny, a jednocześnie roztropny, o jasnym spojrzeniu na rzeczywistość. Zawsze niezwykle aktywny, dynamiczny: natychmiast działał, była w nim naprawdę polska fantazja ułańska, w tym najlepszym znaczeniu i dlatego to wszystko, czego się podejmował, wydawało jak najlepsze owoce.
A jak postrzegał Pan księdza Peszkowskiego przez pryzmat Katynia i Golgoty Wschodu?
– Temat Katynia stale wracał, tym bardziej że była to mistyka polskiej historii naznaczonej ogromem cierpienia, wielki dramat naszych najnowszych dziejów. Ksiądz chętnie nawiązywał do jednej z autobiograficznych książek Jana Pawła II, gdzie Papież mówi o tym, że tylu duchownych zginęło w czasie okupacji, a on przeżył. I ksiądz tak samo dokładnie mówił: wszyscy koledzy z mojej pryczy zginęli i nikt nie ocalał, tylko ja. Na początku odbierał to jako znak zapytania, co ma ze swoim życiem zrobić, jak dalej żyć, mając za sobą groby poległych kolegów. Przecież ich na 22 tysiące ocalało zaledwie 432, nie wiadomo dlaczego. To ocalone ludzkie życie na nowo musiało odnaleźć sens poprzez pryzmat wiary. Rotmistrz-harcerz Peszkowski długo zastanawiał się nad kolejami swojego życia na emigracji, został wyświęcony na księdza dopiero w 1954 roku, mając lat 36. Po ujawnieniu zbrodni katyńskiej pojmował swoje życie jako służbę, niesienie pomocy rodzinom katyńskim jako wychowawca, przewodnik oraz ten, który leczy rany. Zobaczył, że o własnych siłach i ludzkimi sposobami tego nie osiągnie. Akurat wtedy przyszła łaska powołania, zdał sobie sprawę, że będzie pośrednikiem między Bogiem a tymi zbolałymi ludźmi, którzy doświadczyli dramatu Katynia, czyli rodzinami, które pozostały bez mężów, ojców, braci, itd.
Kiedy zrodził się u Pana pomysł napisania biografii księdza?
– Pracowałem już rok nad doktoratem na temat mediów. Pewnego razu, około 6 grudnia 2005 roku – pamiętam jak dzisiaj – miałem sen, w którym śniło mi się, że muszę napisać doktorat o księdzu Peszkowskim. Po przebudzeniu zadzwoniłem do księdza i go o tym poinformowałem. Nie wiedziałem, kto chciałby być promotorem takiej pracy. Okazało się jednak, że wszystko się układa niezwykle pomyślnie, promotorem zechciała być pani profesor Krystyna Czuba, a Rada Wydziału Teologicznego UKSW zaakceptowała temat, mimo że bohater doktoratu jeszcze żył. Oceniono bowiem, że pewien etap życia księdza Peszkowskiego został zamknięty decyzją Sejmu, który w 2006 r. zgłosił księdza do Pokojowej Nagrody Nobla. Praca została obroniona na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w marcu 2007 roku. Ksiądz, mimo choroby i słabości, uczestniczył w jej obronie.
Czy księdzu spodobał się pomysł pisania książki o nim?
– Nigdy nie powiedział nic negatywnego, zostawił mi całkowitą twórczą swobodę, jeśli chodzi o narrację. Miałem mnóstwo pytań, poszukiwałem potwierdzenia różnych szczegółów, wobec tego pracowaliśmy nad tą książką intensywnie przez blisko rok. Niemal zdanie po zdaniu pytałem się księdza, czy to tak było, czy inaczej, co było w tym ważnego. Książka nie miała być bowiem suchą biografią; jest to praca z teologii kultury, dla której historia jest tłem do opisu dziejów zbawienia konkretnego człowieka. Chciałem i musiałem pokazać historię człowieka, który przeżywa swoje życie jako historię zbawienia. Książka ma więc charakter interdyscyplinarny, dotyczy historii, ale widzianej poprzez pryzmat wiary i refleksji teologicznej. To była fascynująca przygoda. Ksiądz dawał mi do czytania swój wojenny pamiętnik, który w całości nie jest opublikowany, ukazały się tylko jego fragmenty. Chciałem bowiem poznać księdza z lat młodzieńczych, wojennych, jego sympatie, rozterki, wątpliwości, marzenia i pragnienia, sposób patrzenia na świat. Książkę pisałem pod kątem zrozumienia duszy harcerza z Sanoka, który zostaje ułanem, by bronić Ojczyny, a potem doświadcza nieprawdopodobnych historii w swoim życiu, żyje na emigracji, mało kto w kraju o nim słyszy, a on tymczasem robi tyle dobrego. Starałem się pokazać, że w życiu księdza nie tylko był Katyń, choć tak bardzo ważny, ale że ksiądz był także duszpasterzem harcerzy, osób chorych, że na całym świecie podejmował dobre dzieła, żeby tym ludziom pomóc, że głosił Ewangelię z nieprawdopodobną energią i pracowitością, był charyzmatycznym nauczycielem, wychowawcą – kapłanem nieprzeciętnej prawości, a w mojej ocenie – i świętości. Czy udało mi się pokazać to wszystko w mojej książce? – niech osądzą czytelnicy.
Na co chciał Pan zwrócić szczególnie ich uwagę?
– Książka jest przeznaczona dla trochę już innego pokolenia, bo to pokolenie księdza Peszkowskiego odchodzi. Zależało mi, by tę książkę przeczytali ludzie młodsi i żeby zrozumieli wydarzenia, które kształtowały pokolenia naszych rodziców i dziadków, a które w tej chwili są jakby nieobecne w życiu publicznym. Dlatego opisywałem szczegółowo atmosferę małego miasteczka, kościoła, który był drugim domem, historię garnizonu wojskowego, bo wojsko przed wojną tworzyło rodzinę. Ksiądz Peszkowski miał to szczęście, że współpracował i przyjaźnił się zarówno z Prymasem Tysiąclecia kardynałem Stefanem Wyszyńskim, jak i Ojcem Świętym Janem Pawłem II. Dużo osób mogło ich spotkać, ale pewnie nie u wszystkich przełożyło się to potem na podejmowanie jakiejś misji – duszpasterskiej, społecznej, kulturalnej, społecznej. Natomiast u księdza Peszkowskiego natychmiast to owocowało konkretnymi dziełami. Kiedy Ojciec Święty Jan Paweł II był w Stanach Zjednoczonych, to ksiądz Peszkowski przypominał później jego nauczanie, wydawał książki po angielsku, żeby pokazać amerykańskim katolikom syntetyczne, najważniejsze tematy nauczania papieskiego. Aby pokazać wielkość Prymasa Wyszyńskiego, upowszechniał jego myśli, biografię, którą przygotował razem z paniami z Instytutu Prymasowskiego. To jest rewelacyjna książka – pierwsza bogato ilustrowana dokumentalnymi fotografiami – która pokazywała heroiczną posługę Prymasa Polski jako Ojca Narodu. Pod tym względem ksiądz Peszkowski był takim superkawalerzystą, czyli człowiekiem inteligentnym, bystrym, podejmującym natychmiast konkretne decyzje – rzucał się z szablą jak szwoleżerowie do szarży na Samosierrę, i wygrywał.
Niesamowite było to, że – choć schorowany – do ostatnich chwil życia stale coś pisał, z kimś się spotykał, podróżował, czy do Stanów Zjednoczonych, Anglii, czy do Ojca Świętego, nie mógł usiedzieć w miejscu…
– Tak. To upamiętnianie miejsc katyńskich i obecność księdza jako świadka przy odsłonięciu czy poświęceniu pomników katyńskich na całym świecie, to też było wielkie dzieło i spłacanie długu wobec pomordowanych kolegów. On to tak odczuwał, wielokrotnie mówił: – Słuchaj, ja tam muszę być, choć źle się czuję. – Ksiądz ledwo chodzi, to jak ksiądz chce jechać – mówię. – No wiesz, mnie tam przywiozą – odpowiadał. W ten sposób po całym świecie swoją postawą, swoją obecnością świadczył o prawdzie historycznej, stąd mój tytuł książki. Dla mnie ksiądz Peszkowski jest świadkiem prawdy rozumianej z wielkiej litery, czyli Prawdy Chrystusa, która się później przejawia w prawdzie historycznej, w prawdzie o człowieku.
Podobny był w tym do Ojca Świętego, szczególnie w cierpieniu, które znosił z godnością…
– On się nigdy nie skarżył. Ksiądz swoje cierpienia zawsze ofiarował w jakiejś wielkiej intencji, przeważnie w intencji Ojca Świętego i Kościoła. Rzeczywiście, on to znosił jako jakieś mistyczne wydarzenie – bez żadnego narzekania, czynił z tego wydarzenia właściwie fakt zbawczy. Uczył mnie, żeby bardziej zaufać Panu Bogu niż własnej przemyślności, zapobiegliwości, bo Pan Bóg nas kocha, wie, czego nam potrzeba; że Pan Bóg nie robi rzeczy niepotrzebnych i wszystko, co nas w życiu spotyka, tak naprawdę jest łaską. Podziwiałem bezgraniczne zaufanie księdza wobec Pana Jezusa Miłosiernego, totalne zawierzenie i powierzenie się Bożej Opatrzności i opiece Matki Bożej.
Pamięta Pan jakieś zabawne sytuacje związane z księdzem, miał przecież wielkie poczucie humoru…
– Ponieważ ksiądz był charyzmatycznym wychowawcą i harcerzem, kiedyś zabrałem ze sobą do niego swoje dzieci. – Ciekawe, czy ksiądz sobie z nimi w ogóle poradzi – pomyślałem. Ksiądz od razu zaczął rozmawiać z moją córką, która miała wtedy pięć czy sześć lat i natychmiast nawiązali ze sobą wspaniały kontakt. Zapytał ją, czy ma jakieś zwierzątko. Miała wtedy żółwia, więc natychmiast zaczęli o nim rozmawiać. Mówili tak chyba godzinę o tym, jak się go karmi, co robi. Moja Kasia była zachwycona, że ktoś z nią w taki sposób rozmawia. Innym razem nie miałem z kim zostawić dzieci, bo żona pracowała, a miałem coś pilnego napisać. Ksiądz mówi: – Słuchaj, przyprowadź mi ich, a ty będziesz miał wolne. Pół dnia ci wystarczy? – pyta. – Wystarczy – powiedziałem. Przyprowadziłem więc dzieci do księdza. Gdy wróciłem, wszyscy troje, czyli ksiądz, Michałek i Kasia byli nieludzko umorusani, dlatego że ksiądz wziął ich na strych. A na strychu, jak wiadomo, są różne tajemnice, skarby, dziwne przedmioty… więc dzieci do domu w ogóle nie chciały wrócić. Przekonałem się wtedy doświadczalnie, że ksiądz jest świetnym wychowawcą i doskonale potrafi się dogadywać zarówno z wielkimi tego świata, jak i z małymi dziećmi.
Nie uważa Pan, że księdzu Peszkowskiemu należy się pośmiertnie najwyższe odznaczenie państwowe? Nie rozumiem, dlaczego prezydent go nim nie odznaczył…
– Mam wrażenie obecności jakiegoś zła w tym, że osoba, która miała krystaliczny życiorys, nie została odznaczona najwyższym odznaczeniem, podczas gdy persony o przeszłości stalinowskiej takie odznaczenie mają. Nie rozumiem tego. Nikt nie jest tak jak ksiądz zasłużony w dziele pojednania z Rosjanami. Ksiądz Peszkowski promował autentyczne, szczere, chrześcijańskie pojednanie polsko-rosyjskie, był kandydatem Sejmu do Pokojowej Nagrody Nobla, a nie jest uhonorowany Orderem Orła Białego. Jest to dla mnie dziwne i niezrozumiałe. Ostatnio wystąpiłem z pismem do prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz z propozycją nazwania miejsca, w którym w Warszawie stoi pomnik Poległych i Pomordowanych na Wschodzie, placem księdza Peszkowskiego. Nie otrzymałem jeszcze żadnej odpowiedzi. Ufam, że stolica, której ksiądz był przecież honorowym obywatelem, będzie umiała okazać mu swą wdzięczność.
Dziękuję Panu za rozmowę.
