Komunistyczna bezpieka końca PRL

Ukazał się ostatni tom IPN-owskiego informatora o UB – SB

Przed trzema laty IPN wydał pierwszy tom zbiorowego opracowania „Aparat bezpieczeństwa w Polsce. Kadra kierownicza”. Obejmował on okres od początku instalacji systemu sowieckiego w Polsce do przełomu roku 1956. Nazwano to opracowanie „informatorem personalnym o kadrze kierowniczej aparatu bezpieczeństwa”, bo w swej podstawowej części zawierało chronologiczny wykaz stanowisk, od Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego do powiatowych Urzędów Bezpieczeństwa w całej Polsce oraz nazwisk ludzi, którzy te stanowiska zajmowali w różnych okresach.

O tym, że ipeenowski „Aparat…” nie stał się tylko „informatorem personalnym”, lecz wartościowym opracowaniem dotyczącym komunistycznej bezpieki w sowietyzowanej Polsce, zadecydowały kompetencje redaktorów 1. tomu, dr. hab. Krzysztofa Szwagrzyka i dr. Zbigniewa Nawrockiego, autorów szkiców poprzedzający właściwy informator, poświęcony bezpiece spod znaku UB, de facto filii bezpieki sowieckiej. Dwa lata później ukazał się 2. tom, pod redakcją Pawła Piotrowskiego z oddziału wrocławskiego IPN, obejmujący lata 1956-1975.

Obecny, 3. tom, również pod redakcją Pawła Piotrowskiego, zawiera ciekawy wstęp o strukturze i zadaniach SB okresu schyłku Gierka, czasów „Solidarności” i dekady lat 80., oraz – w swej głównej części – informacje personalne dotyczące SB w ostatnich 15 latach jej istnienia, czyli od roku 1975 do maja 1990 r., gdy ta przestępcza instytucja została formalnie zlikwidowana, na podstawie uchwały Sejmu z 6 kwietnia 1990 roku. Wtedy też powołano Urząd Ochrony Państwa.

W roku 1989 – gdy kończyła się PRL, bezpieka liczyła 24 000 funkcjonariuszy. Więcej niż pracowników Stoczni Gdańskiej w okresie pełnego zatrudnienia! Do weryfikacji przystąpiło tylko 14 000, spośród nich 3500 odrzucono, pozostali trafili w większości do UOP, który w roku 2002 przekształcono w ABW (Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego) i AW (Agencję Wywiadu).

Trzeci tom informatora jest plonem żmudnej pracy kilkudziesięciu historyków i archiwistów IPN. Ustalono obsadę stanowisk kierowniczych w latach 1975-1990 w całym aparacie SB, począwszy od ministrów i wiceministrów, poprzez funkcjonariuszy pełniących funkcje kierownicze w centrali MSW i w komendach wojewódzkich, aż do zastępców szefów do spraw SB w 329 rejonowych urzędach spraw wewnętrznych. Zidentyfikowano i zewidencjonowano ponad 3 tysiące esbeków.

Dopełnieniem trzytomowego dzieła, jego medialną projekcją dla szerokiego grona zainteresowanych tematem, był cykl wystaw organizowanych w ostatnich dwóch latach przez wszystkie oddziały IPN pod wspólnym tytułem:


„Twarze bezpieki”


Pokazano tam fotografie i biogramy wybranych funkcjonariuszy, fragmenty dokumentów, ciekawostki charakteryzujące genezę, charakter tej służby i typowych jej przedstawicieli. Nie obyło się bez skandali, prób zniszczenia części wystaw czy ich wykradzenia, jak na przykład w Bydgoszczy, gdzie jednym z bohaterów esbeckiej menażerii okazał się obecny radny miasta, więc jego miejscowi przyjaciele wykradli planszę, by nie narazić na szwank „dobrego imienia” radnego…


„Upartyjnienie”


Zdaniem Pawła Piotrowskiego, najbardziej charakterystycznym zjawiskiem dla bezpieki lat 70. i 80. było jej niemal całkowite „upartyjnienie”. Wyrażało się to w dwojaki sposób. Z jednej strony – egzekutywy KC PZPR i wojewódzkie zatwierdzały kandydatów na stanowiska w SB, dokonywały też ocen jej działania pod kątem zabezpieczenia interesów „władzy ludowej”. Z drugiej strony – niemal wszyscy funkcjonariusze i pracownicy SB należeli do partii! Sekretarze komitetów zakładowych PZPR w poszczególnych komendach mieli w praktyce decydujący głos w najważniejszych sprawach. Można powiedzieć, że bezpieka była mieczem i tarczą państwa totalitarnego, jak pisał w tytule swojej znakomitej, niedawno nagrodzonej książki (Historyczna Książka Roku 2008 w konkursie im. prof. Oskara Haleckiego) prof. Ryszard Terlecki („Miecz i tarcza komunizmu. Historia aparatu bezpieczeństwa w Polsce 1944-1990”. Wyd. Literackie, Kraków 2007). Bezpieka nie działała więc w próżni. Była ściśle kontrolowana przez rządzącą partię komunistyczną. Była też tej partii bezwzględnie posłuszna. Tendencję do ścisłego i formalnego podporządkowania bezpieki partii wiąże redaktor tomu z działalnością Stanisława Kani (od września 1980 r. I sekretarza KC PZPR), który nadzorował Wydział Administracyjny KC PZPR. Ten zaś wydział nadzorował całe MSW. Tu nasuwa się nieodparcie wniosek: skoro bezpieka tak dogłębnie była kontrolowana przez PZPR, skoro niemal wszyscy jej funkcjonariusze, łącznie z tymi odpowiedzialnymi za zbrodnie polityczne, byli partyjnymi „towarzyszami” rządzących, to może należałoby mówić raczej o zbrodniach PZPR, a SB traktować jako jej integralną część, jako „ramię partii”, swego rodzaju wydział? Jaki jest sens dociekania, czy byli funkowie PZPR współpracowali z bezpieką jako tajni współpracownicy, skoro faktycznie byli jej nadzorcami, wytyczali jej program działania? Wraca znów niezabliźniona rana, jaką jest brak w Polsce po roku 1990 dekomunizacji. Byli aparatczycy, odpowiedzialni za politykę i działalność wszystkich instytucji komunistycznego państwa, nie czują się odpowiedzialni za zbrodnie swojej tarczy – bezpieki. Pełnią często wysokie funkcje publiczne, szydzą z ofiar, każą się nazywać „lewicą”, choć z tradycjami polskiej lewicy niepodległościowej nie mają nic wspólnego, ich antenatem jest bowiem bolszewicka KPP, śmiertelny wróg polskiej niepodległości. Obecnemu procesowi Wojciecha Jaruzelskiego towarzyszą nie tylko bezmyślne wypowiedzi „humanistów” pokroju pani Magdaleny Środy, zatroskanych o to, że sądzi się „starego człowieka”, ale także publicznie wyrażane pseudodylematy w rodzaju „zdrajca czy bohater” (!). Oto bohater Jaruzelski! Uratował nas przed wkroczeniem Sowietów. Człowiek „radziecki”, który obronił nas przed „radzieckimi”, którym służył i do tej służby zaganiał innych! O ludziach, którzy polegli za Polskę w grudniu 1970 r. czy w okresie stanu wojennego, nie mówi się nic w komentarzach do procesu. A przecież gremia, w których zasiadał Jaruzelski w różnych latach (KC PZPR, Politbiuro PZPR, WRON), decydowały o użyciu przeciwko opornym broni w imię sowieckiej, a nie polskiej racji stanu. Do tego był Jaruzelski od roku 1981 sowieckim namiestnikiem na Polskę (I sekretarz KC PZPR). Nigdy nie był realnym, lecz tylko nominalnym prezydentem Polski. Polacy wybierają prezydenta w powszechnych wyborach, on został wybrany przez grupę ludzi, którzy nie stanowili nawet Zgromadzenia Narodowego, bo nie był to Sejm, lecz gremium złożone z umawiających się ponad głowami ogółu Polaków stron, w którym 2/3 „posłów” pochodziło z nominacji partii komunistycznej, a nie z żadnych demokratycznych wyborów. W relacjach z procesu używa się bezrefleksyjnie jakiejś współczesnej odmiany nowomowy, mówiąc o procesie „autorów” stanu wojennego. To nie żadni „autorzy”, tylko sprawcy!


Bezpieka lat 70. i 80.


była równie okrutna jak UB. Nie musiała już zrywać paznokci i sadzać na nodze od stołka, jej funkcjonariusze byli wykształceni i cyniczni, stosowali bardziej wyrafinowane metody, choć chętnie też wracali do wypróbowanych metod swoich ojców i dziadków z UB. Wystarczy przypomnieć umęczone, skrępowane ciało księdza Jerzego Popiełuszki. Już w roku 1962 władze komunistyczne wykreowały złowrogi Departament IV, który podjął bezpardonową walkę z Kościołem katolickim. Bandyckie grupy „D” (dezintegracja), tworzone w latach 70., były nielegalne nawet w świetle naciąganego do potrzeb ideologicznych prawa peerelowskiego. Częścią tej „dezintegracji” było zabójstwo księdza Jerzego Popiełuszki oraz do dziś niewyjaśnione i nieukarane zbrodnie na innych kapłanach.


Walka z „Solidarnością”


W roku 1979 utworzono Departament III A, który miał „chronić gospodarkę”. Przemianowano go w roku 1981 na Departament V, a „ochrona gospodarki” polegała w praktyce na zwalczaniu „Solidarności”, od początku traktowanej przez Polaków nie tylko jako związek zawodowy, lecz przede wszystkim jako ruch prowadzący nas ku niepodległości, „bo lepiej byśmy, stojąc, umierali, niż mieli klęcząc, na kolanach żyć” (z hymnu NSZZ „Solidarność” Jerzego Narbutta – 1981). Jaruzelski w swoich zeznaniach przed sądem w dalszym ciągu realizuje zadania dawnego Departamentu V, wmawiając Polakom po raz nie wiadomo który, że nielegalny stan wojenny uchronił nas przed gospodarczą ruiną i przed interwencją sowiecką. Historycy – zarówno polscy, jak i rosyjscy – stwierdzają zgodnie, że takiej interwencji Sowieci nie planowali.


Agonia i rozbudowa


W obiegowej opinii wielu ludzi, bezpieka lat 80. była już niegroźna, a jej represyjność nieporównywalna z okresem stalinowskim. Warto tym ludziom uświadomić, że nawet w latach 50. inwigilacja społeczeństwa nie była tak głęboka jak w czasach Jaruzelskiego. Liczba konfidentów i donosicieli różnych kategorii przekroczyła 100 tysięcy ludzi, co tworzyło powszechny klimat zniechęcenia, bezradności i niewiary w przyszłość. Także niebezpiecznej dla każdego społeczeństwa deprawacji, która dziś objawia się niegodziwymi oświadczeniami zdemaskowanych konfidentów, którzy mówią „przepraszam, że musiałem” (!), albo bagatelizują swoją działalność, zapewniając, że donosili, ale nikomu nie zaszkodzili. Czy na takim myśleniu można tworzyć fundamenty zdrowego moralnie społeczeństwa?

SB lat 80. „wzbogacała” się nie tylko o nowych konfidentów. Rozbudowywała także swoje struktury. Przecież w roku 1982 powstało Biuro Studiów SB MSW, które było bezpieczniacką elitarną służbą, przeznaczoną do zwalczania społecznego oporu przeciwko trwaniu zbankrutowanego politycznie i gospodarczo systemu. Jeszcze w roku 1984 „umacniano władzę ludową”, tworząc kolejny, kosztowny Departament VI, „czuwający” nad „zabezpieczeniem wsi i rolnictwa”.


„Reforma” trupa


Prawdziwym majstersztykiem była jednak ostatnia „reforma” bezpieki, już na jesieni 1989 r., w okresie „rządu przełomu” Tadeusza Mazowieckiego, gdy wicepremierem i ministrem spraw wewnętrznych był stary komunistyczny działacz, funkcjonariusz komunistycznego wywiadu i kontrwywiadu, członek nielegalnej WRON, odpowiedzialnej za stan wojenny i za śmierć górników z kopalni „Wujek”, ciągle jeszcze wówczas członek Politbiura PZPR (!) – Czesław Kiszczak. Zbrodniczy Departament III, zwalczający przez lata opozycję polityczną, stał się z dnia na dzień Departamentem Ochrony Porządku Konstytucyjnego Państwa. Z tymi samymi ludźmi! Antykościelny Departament IV stał się nominalnie bardzo poważnym Departamentem Studiów i Analiz… Żaden rozsądny człowiek w Polsce nie spodziewał się, że w ciągu jednego dnia komunistyczna bezpieka i jej kadry odejdą w nicość. Trzeba jednak przyznać, że ten proces, łagodzony obecnością Kiszczaka i innych funków PZPR w „pierwszym niekomunistycznym (?) rządzie”, służył nie tyle przekształcaniu bezpieki w organa służące polskiemu interesowi narodowemu i polskiej racji stanu, co raczej maskowaniu prosowieckiej, zbrodniczej formacji przez mnożenie struktur o nazwach neutralnych, naśladujących na poziomie nazewnictwa instytucje funkcjonujące w państwach demokratycznych.


Bolesny rozdział


powojennego półwiecza w Polsce stanowią ciągle zbrodnie popełnione przez funkcjonariuszy komunistycznej bezpieki, bezpośrednio zależnej od odpowiednich struktur sowieckich, na wysokich szczeblach hierarchii, szkolonych zresztą w Moskwie. Sądu nad bezpieką, oczekiwanego przez ogół Polaków, nie było i chyba już nie będzie. Na ipeenowskiej wystawie „Twarze bezpieki” można było przeczytać fragment notatki z posiedzenia peerelowskiej Rady Ministrów, po ujawnieniu zbrodni popełnionej na księdzu Jerzym (październik 1984 r.): „Towarzysz premier [Jaruzelski], podzielając dezaprobatę zebranych dla działalności towarzysza Milewskiego i nie podając w wątpliwość [jego] odpowiedzialności za uprowadzenie, a być może i za morderstwo na ks. Popiełuszce, sprzeciwił się jednocześnie podejmowaniu decyzji personalnych”. Mowa o Mirosławie Milewskim, białostockim ubeku w okresie tzw. obławy augustowskiej i licznych zbrodni NKWD – UB, popełnionych na oficerach i żołnierzach Armii Krajowej i Narodowych Sił Zbrojnych, ministrowi spraw wewnętrznych w okresie pierwszej „Solidarności”. To znamienna wypowiedź, jasno zdefiniowane memento dla naszych oczekiwań sprawiedliwości. W Polsce postkomunistycznej, tak samo jak w końcówce Peerelu, można jedynie „wyrażać dezaprobatę”. Nie można sięgać zbyt głęboko po prawdę o zbrodniach sowieckiej formacji, służącej obcemu państwu i zniewalającej cały kraj.


Deklaracje


Sąd nad komunistyczną bezpieką w Polsce wyrażał się zawsze tylko w deklaracjach, które nie niosły żadnych konsekwencji. Już Sejm drugiej niekontraktowej kadencji lat 1993-1997 przyjął uchwałę „w sprawie zbrodniczych działań aparatu bezpieczeństwa państwowego w latach 1944-1956” (16 XI 1994 r.). Wyraził w niej „dezaprobatę” wobec tych działań. Niewiele z tego wynikało, tak samo jak z późniejszych, połowicznych działań. Komunistyczna bezpieka jest bezpieczna, bo podobno od tego zależy także nasze bezpieczeństwo…


Piotr Szubarczyk

IPN Gdańsk

Aparat bezpieczeństwa w Polsce. Kadra kierownicza. T. I 1944-1956, pod red. Krzysztofa Szwagrzyka, IPN 2005, cena 35 zł. T. II 1956-1975, pod red. Pawła Piotrowskiego, IPN 2007, cena 25 zł. T. III 1975-1990, pod red. Pawła Piotrowskiego, IPN 2008, cena 35 zł. Do nabycia w Gospodarstwie Pomocniczym IPN, tel. (022) 581 88 72, lub w sieci księgarń współpracujących z IPN w całej Polsce, także przez internet: www.ipn.poczytaj.pl.

drukuj