Przyciemniony obraz Kościoła katolickiego

Osobną, szokującą kwestię stanowi kreślony przez Daniela Beauvois w jego książkach nader ciemny obraz roli Kościoła katolickiego w dziejach Polski. Pan Beauvois, domniemany przyjaciel Polski i doktor honoris causa trzech naszych wielkich uniwersytetów, zadał sobie najwyraźniej wiele trudu, by maksymalnie przyczernić dzieje Kościoła, eksponować głównie cienie i pomijać blaski. Można podziwiać staranność, z jaką francuski autor odpowiednio stara się selekcjonować fakty historyczne, tak aby w nieproporcjonalny sposób przeważały w nich różne informacje i określenia negatywne na temat roli Kościoła katolickiego w Polsce. W parze z tym idzie nader skąpe informowanie o jakichkolwiek pozytywnych przykładach działań Kościoła katolickiego i poszczególnych znaczących duchownych katolickich w naszej historii.

Z książki Beauvois „La Pologne” francuscy czytelnicy nie dowiedzą się niemal nic o ogromnej pozytywnej roli Kościoła katolickiego w umacnianiu polskiej państwowości i naszej roli jako przedmurza chrześcijaństwa. Nie dowiedzą się nic o niebywale silnej więzi Kościoła z Narodem w dobie Polski rozbiorowej 1772-1918, o bardzo silnym udziale dużej części duchownych w działaniach dla przygotowania wskrzeszenia niepodległej Polski. Nie dowiedzą się też prawie nic o ogromnej roli Kościoła w podtrzymaniu ducha Narodu w czasach komunistycznych i o cenie, jaką Kościół za to zapłacił.

Ze starannie dobranego zestawu faktów w 500-stronicowej książce Beauvois francuski czytelnik wyciągnie raczej mniemanie, że Kościół katolicki w Polsce odgrywał wręcz szkodliwą rolę. Bo jak wynika z dokonanej przez francuskiego historyka selekcji faktów, był to Kościół nietolerancyjny, wciąż pragnący wywołać wojnę z „heretykami”, wielki posiadacz ziemski, grabiący kościoły i dobra prawosławnych. Szczególnie ciemny jest kreślony przez Beauvois obraz współczesnego Kościoła katolickiego w Polsce po 1989 roku. „Postępowiec” Beauvois stara się najwyraźniej przekonać francuskich czytelników, że „zacofany” Kościół katolicki w Polsce jest tylko niepotrzebnym zawalidrogą na drodze do „postępu” i „nowoczesności”.

Fałsze i przekłamania

Niebywałą tendencyjność pisarstwa Daniela Beauvois wyraźnie odkrywamy już na pierwszych 198 stronach jego książki, poświęconych obrazowi dziejów dawnej Polski aż do jej upadku w 1795 roku. Znajdujemy tam nader wielką liczbę negatywnych stwierdzeń na temat roli Kościoła katolickiego w poszczególnych stuleciach rozwoju dawnej Polski. Przytoczę tu konkretne przykłady. Na s. 61 Beauvois pisze o fobii wyższego duchowieństwa katolickiego wobec husytów i o „ogromnych fortunach wielkich dygnitarzy kościelnych, z których często korzystały ich rodziny”. Na s. 72 czytamy o rozpętaniu przez kardynała Zbigniewa Oleśnickiego „tragicznej awantury węgierskiej” (tak nazywa Beauvois pospieszenie przez Władysława Warneńczyka z pomocą Węgrom napadniętym przez Turków), Beauvois akcentuje „totalne fiasko” (s. 73) głoszonej przez kardynała Oleśnickiego idei krucjaty antytureckiej. Całkowicie przemilcza, z jaką nadzieją podbite przez Turków chrześcijańskie narody Bałkanów spoglądały na postępy wojsk polsko-węgierskich pod wodzą Warneńczyka, widząc w nim szansę swego wyzwolenia. Na s. 116 czytamy o „zajadłej opozycji biskupów” przeciw Konfederacji Warszawskiej ustanawiającej pokój religijny. Na s. 126 Beauvois pisze o stawianiu przez jezuitę Piotra Skargę „interesów Kościoła ponad interesami narodu” i jego dążeniu do ograniczania tolerancji wobec „heretyków”. Na stronach 126-127 czytamy o rosnącej presji kontrreformacji na protestantów za czasów króla Zygmunta III, o gwałtach przeciwko ich świątyniom w Krakowie, o tym, że król nie podejmował żadnych środków dla położenia kresu tym tumultom i ograniczył stopniowo liczbę senatorów niekatolickich.

Na s. 127-128 czytamy krytyczne sądy Beauvois o Unii Brzeskiej, który twierdzi, że wprowadzenie unii wywołało natychmiast wielkie powstanie kozackie (s. 128). Na s. 136 Beauvois pisze o gloryfikowaniu przez jezuitów „złotej wolności” i wspieraniu ich w tym gloryfikowaniu przez biskupów wywodzących się z kręgów magnackich. Według Beauvois (s. 136): „Sukces kontrreformacji przyczynił się do osłabienia pozycji Polski w Europie i umieścił ją bardzo wyraźnie w zależności od Rzymu”. Na s. 137 dowiadujemy się o rozpowszechnieniu się w Polsce nietolerancji wobec innych religii, niszczeniu świątyń protestanckich w Poznaniu i w Lublinie, na s. 138 o zamknięciu Akademii Braci Czeskich w Rakowie, o zakazaniu im działalności szkolnej i edytorskiej i oddalaniu się Polski od ideałów Złotego Wieku. Na s. 151 Beauvois pisze, że triumf kontrreformacji w Polsce zmienił ducha tolerancji we wspomnienie. Dodaje tam uwagi o zamknięciu akademii w Rakowie, o wypędzeniu arian, o rzekomym karaniu śmiercią za odejście od wiary katolickiej, począwszy od 1668 roku. Na s. 152 pisze, że religia greckokatolicka (unicka) stała się instrumentem dominacji w walce z ortodoksami, o kontynuowaniu grabieży kościołów i dóbr prawosławnych, o straceniu Żyda Kalahory za pamflet przeciw Matce Bożej, o straceniu ateisty K. Łyszczyńskiego. Pisze (s. 152) o utrzymywaniu się przesądów w ówczesnym katolicyzmie, co pociągnęło za sobą śmierć tysięcy „czarownic”. Ciekawe, skąd Beauvois wziął dane o rzekomych straceniach czarownic w Polsce na tak wielką skalę?! Na s. 154 czytamy o „nietolerancji i ślepej zemście” wobec J.A. Komensky’ego oraz o opublikowaniu przez niego „donośnej relacji o ździerstwach katolików polskich”. Na s. 164 czytamy o coraz bardziej nietolerancyjnych postawach religijnych polskiej szlachty w XVII wieku, o nauczaniu jezuitów, którzy widzieli w nieszczęściach Polski karę Bożą za ośmielanie herezji, o odrzuceniu na Sejmie w 1733 r. wybieralności szlachciców dysydentów na wszystkie funkcje sądowe. Na s. 169 Beauvois akcentuje rolę Kościoła jako jednego z największych właścicieli ziemskich.

Zdeformowany, nieproporcjonalny obraz Kościoła, nieprawdziwe zarzuty, nieuprawniona krytyka – tego opisu nie zmieniają w niczym bardzo nieliczne pozytywne wzmianki o blaskach czy zasługach Kościoła. Do tych rzadkich jaśniejszych punktów w książce Beauvois należą uwagi o roli arcybiskupa Jakuba Świnki w polonizowaniu Kościoła (s. 55), stwierdzenie na s. 36 (mało rozwinięte w tekście), że Kościół katolicki był wyraźnie katalizatorem pierwszych „uczuć narodowych i odrodzenia idei królestwa”, o roli biskupów J. Radlicy i P. Wysza w rozwoju uniwersytetu w Krakowie (s. 67), o roli struktur kościelnych na Śląsku w utrzymaniu polskości (s. 166), pozytywne wzmianki o pijarze Stanisławie Konarskim (s. 169) i o braciach Załuskich, którzy otworzyli w Warszawie „pierwszą bibliotekę publiczną” (s. 170). Beauvois nie pisze jednak, że była to pierwsza biblioteka publiczna nie tylko w Polsce, lecz w całej Europie (por. N. Davies „Boże igrzysko”, Kraków 1998, t. I, s. 558). Nie dowiemy się również od Beauvois, że Komisja Edukacji Narodowej, reformowana głównie przez duchownych, m.in. księdza Grzegorza Piramowicza (jej sekretarza) i księdza Hugona Kołłątaja, była pierwszym w Europie ministerstwem edukacji narodowej. Beauvois nigdzie nie pisze zresztą, że tacy reformatorzy jak G. Piramowicz, H. Kołłątaj czy S. Staszic byli duchownymi, co wygląda na świadome pominięcie. Z książki Beauvois nie dowiemy się ani słowa o tak wielkich duchownych polskich, jak arcybiskup lwowski Grzegorz z Sanoka, pierwszy przedstawiciel myśli renesansowej w Polsce, czy kardynał Stanisław Hozjusz, najwybitniejsza chyba postać w dziejach Kościoła katolickiego w Polsce przed 1795 rokiem. Nie dowiemy się nic o słynnych hierarchach katolickich, którzy zdecydowanie przeciwstawiali się jakimkolwiek akcjom przeciw reformacji: Prymasie Janie Łaskim, protektorze Andrzeja Frycza Modrzewskiego, i Prymasie Jakubie Uchańskim. Nie dowiemy się o wkładzie niektórych polskich duchownych w nasz rozwój gospodarczy, np. o roli ks. bp. Andrzeja Stanisława Załuskiego jako pioniera w dziedzinie kopalnictwa rud żelaza, metalurgii i mineralogii czy o roli ks. Stanisława Staszica w rozwoju badań geologicznych.


Przemilczane ekscesy


Tak chętnie piętnujący rzekomą katolicką nietolerancję wobec innych wyznań D. Beauvois wykazuje zupełną niewiedzę o nietolerancji przedstawicieli innych wyznań wobec katolicyzmu. Gdyby zaś zajrzał do książki najwybitniejszego polskiego badacza dziejów tolerancji prof. Janusza Tazbira („Państwo bez stosów”, Warszawa 1967 r;, s. 89-91, 93), dowiedziałby się mało budujących faktów o ekscesach antykatolickich ze strony protestantów. Tazbir pisze m.in. (na s. 89), że: „W czasie świąt Wielkanocy 1551 r. Stanisław Słabosz Mężyk zrzucił po pijanemu w błoto krzyż z kościoła św. Jadwigi na Stradomiu (w Krakowie), a następnie go podeptał. W pięć lat później, przed świętami Bożego Narodzenia, również pijani dworzanie luteranina Jana Bonera wtargnęli do katedry wawelskiej, zelżyli i wyszydzili duchownych, a zerwawszy niektóre wota, wiszące nad grobem św. Stanisława, połamali je i wyrzucili ze świątyni. (…) W samym Krakowie szlachta protestancka wdzierała się dwukrotnie do klasztorów, gdzie wszczynała krwawe burdy. Szczególną niechęcią otaczała ona przedmioty kultu religijnego: nawet tak tolerancyjni skądinąd arianie w swoich posiadłościach nie tylko zamieniali kościoły na spichrze czy stajnie, ale i obalali figury przydrożne oraz palili krzyże. Urządzano również bluźniercze w oczach katolików pochody, parodiując ich procesje”. Dochodziło czasami do bezkarnych profanacji rzeczy świętych. Na przykład kalwin Marcin Kreza w 1580 r. podeptał publicznie Eucharystię nogami, a następnie rzucił ją psom na pożarcie (por. J. Tazbir, op.cit., s. 91). Nic dziwnego, że Tazbir, komentując te ekscesy, pisał: „Wiele było wolno szlachcicowi w ówczesnej Polsce, daleko więcej niż każdemu z obywateli współczesnego państwa, w którym obraza uczuć religijnych jest surowo karana”.

W innej książce, „Arianie i katolicy” (Warszawa 1971, s. 11), Tazbir pisał: „Sporo źródeł z drugiej połowy XVI wieku i początków następnego stulecia stwierdza, że arianie ścinali figury przydrożne i palili wystawione na polach krzyże. Nie wszystkie z tych relacji zasługują na wiarę, tym niemniej należy stwierdzić, że Bracia Polscy dość nietolerancyjnie odnosili się do przedmiotów kultu katolickiego. Co więcej, już w r. 1626 mamy do czynienia ze znieważeniem krucyfiksu przez uczniów szkoły ariańskiej. 10 września 1626 r. chłopcy ze szkoły Braci Polskich w Lachowicach na Wołyniu 'za rozkazaniem starszego swojego crucifix Męki Pańskiej, za miastem postawiony, kupą wyszedłszy, kamieniami potłukli i wniwecz obrócili, bałwanem nazywając i bluźniąc’ (…)”.

Aż w dwóch miejscach (na s. 138 i na s. 151) Beauvois piętnuje zamknięcie przez władze ariańskiej Akademii Rakowskiej, całkowicie przemilczając to, co sprowokowało jej zamknięcie. Jakże inaczej pisze o tej sprawie N. Davies (op.cit., s. 214), stwierdzając, że „z nakazu sejmu zamknięto Akademię Rakowską po tym, jak kilku z jej studentów nierozważnie zniszczyło okoliczny przydrożny krzyż (…)”.

Oddajmy głos w tej sprawie badaczowi tamtej epoki prof. Januszowi Tazbirowi. W książce „Arianie i katolicy” Tazbir pisze: „Według relacji ariańskich (Samuela Przypkowskiego) uczniowie zaczęli lekkomyślnie rzucać kamieniami i trafili w krzyż, wystawiony przez księdza Rokickiego. Strwożeni zniszczeniem, zakopali krzyż w ziemi i zaprzysiągłszy tajemnicę, wrócili do miasta. Natomiast według źródeł katolickich uczynili to umyślnie: najpierw rzucali kamieniami czy też strzelali z łuku, następnie obaliwszy krucyfiks na ziemię poczęli go lżyć, deptać, bić kijami w końcu zaś cały zniszczyli. Mieli przy tym krzyczeć: 'Jeśliś prawdziwy Bóg, usuwaj nóg’. Przekazy obu stron są zgodne co do tego, że studenci rakowscy zniszczyli z rozmysłem (czy też przypadkiem) graniczny krucyfiks. Jako głównych winowajców wymieniano dwóch spośród obecnych, mianowicie znanych z zuchwalstwa Babińskiego i Falibowskiego, których zachowanie było już nieraz w kościele karcone” (s. 12-13).


Uproszczony obraz Kościoła w dobie rozbiorowej


Z okresu rozbiorowego nie dowiemy się od Beauvois nic o bohaterskiej roli jakże wielu polskich duchownych w walkach o niepodległość, postaciach takich księży, jak dowódcy oddziałów powstańczych w Powstaniu Styczniowym – księża Antoni Mackiewicz czy Stanisław Brzóska, straceni przez Rosjan. Nader jednostronnie przedstawia Beauvois postać jednego z najsłynniejszych polskich hierarchów katolickich bł. ks. abp. Zygmunta Felińskiego. Pisze o nim na s. 259, że „angażował się w zakazanie mszy patriotycznych”. Beauvois milczy o tym, że ten sam arcybiskup Feliński, przeciwny wybuchowi powstania, po jego rozpoczęciu skierował do cara Aleksandra II list z postulatami przyznania różnych swobód narodowych Polakom, za co zesłano go na wiele lat na Wschód. Tak jednostronnie pokazany przez Beauvois jako „antypatriota” arcybiskup Feliński już w młodości uczestniczył w spisku Szymona Konarskiego, a w 1848 r. odniósł ranę, walcząc za Polskę w bitwie pod Miłosławiem. Beauvois przemilcza również rolę innych biskupów w obronie polskości, np. nie wspomina ani słowem o takich hierarchach, ukaranych zesłaniem za swą patriotyczną postawę, jak biskup wileński Adam Krasiński (1810-1891), biskup płocki Wincenty Popiel (1825-1912) czy biskup sejneński Konstanty Łubieński (1825-1869), który zmarł na skutek złego traktowania w transporcie zesłańców do Rosji (por. N. Davies „Boże igrzysko”, Kraków 1998, t. I, s. 245).

W kilku miejscach (s. 236 i 271) Beauvois pisze o prześladowaniach Kościoła katolickiego przez władze carskie. Robi to jednak w sposób bardzo ogólnikowy, unikając podania konkretów, które tak bardzo skłonny jest podawać, kiedy chodzi o pokazanie „zła” Kościoła katolickiego (np. spalenie Żyda Kalahory, zamknięcie Akademii Rakowskiej czy stwierdzenie o zniszczeniu 127 cerkwi w rejonie Chełma w 1937 r.). Warto porównać styl pisarstwa Beauvois ze stylem informowania o tych samych sprawach przez N. Daviesa. Beauvois pisze o prześladowaniach unitów do pierwszej połowy XIX wieku jednym, jedynym zdaniem (s. 236): „W 1839 r. jeden z symboli obecności polskiej na zachodzie Imperium kościół unicki, stworzony w 1596 r., został zakazany i jego dwa miliony wiernych (skupionych zwłaszcza na Litwie i na Białorusi) musiały powrócić do prawosławia”. Zwróćmy uwagę na dość dziwne słowo Beauvois w tym kontekście – „powrócić”. Porównajmy, jak tę samą sprawę przedstawił prawdziwie obiektywny historyk prof. Norman Davies w „Bożym igrzysku” (s. 233-234): „(…) Natomiast w przypadku unitów polityka caratu zmierzała do całkowitej eksterminacji. Ponieważ ich przodkowie odrzucili swego czasu prawosławie, traktowano ich jak zdrajców i renegatów. Ulubioną metodą było przymusowe nawracanie unitów na prawosławie. Kampania rozpoczęła się w 1773 r., gdy Katarzyna proklamowała dekret o wolności religijnej. W ciągu następnych dziesięcioleci dawne polskie prowincje, Wołyń, Podole i Ukrainę odwiedzała prawosławna 'misja’, niosąc za sobą ogień i miecz. W stawiających opór wsiach kwaterowano oddziały Kozaków, którym dawano pełną swobodę urządzania grabieży, hulanek i rzezi, dopóki nie wymogli na chłopach posłuszeństwa. Unickich duchownych stawiano do wyboru między uległością i gwałtem. Rodzicom grożono uprowadzeniem lub okaleczeniem dzieci. Tych, którzy stawiali opór, torturowano i zabijano [podkr. – J.R.N.]. Apostatom udzielano hojnych nagród. Posuwając się szlakiem znaczonym krwią i upokorzeniem, szlakiem masowych zabójstw i nigdzie nie odnotowanego męczeństwa, 'misjonarze’ carycy przeprowadzili konfiskatę większości kościołów unickich oraz dokonali nominalnego nawrócenia mniej więcej czterech piątych ogółu ludności unickiej”.

Porównajmy z kolei, jak bardzo odmiennie D. Beauvois i N. Davies przedstawiają prześladowania unitów przez carat w końcowych dziesięcioleciach XIX wieku. Beauvois pisze (s. 271): „Pewni unici, którzy jeszcze utrzymali się w Królestwie dookoła Chełma, po wcieleniu do prawosławia w 1839, znosili prześladowania religijne w 1874 r. Prowadzili ukryty opór do 1905 r.”. Tę samą sprawę prof. N. Davies opisuje w następujący sposób: „(…) Unicestwienie społeczności unickiej w prowincjach polskich posłużyło jako konieczny wstęp do polityki rusyfikacji. Jak zwykle, akcję podjęto pod groźbą kozackich dzid”. Dalej cytuje N. Davies fragment relacji ks. Martinoffa z 1875 r.: „We wsi Pratulin w okręgu janowskim wojska otworzyły ogień, zabijając trzynaście osób. (…) Tych, którzy ocaleli, zakuto w łańcuchy i odesłano do więzienia. (…) Kiedy pewnej kobiecie kazano podpisać dokument o przyjęciu prawosławia, grożono jej cierpieniem zsyłki na Syberię, kobieta odmówiła. 'Wobec tego zabierzemy ci dziecko’. 'Bierzcie’, powiedziała, 'Bóg się nim zaopiekuje’. Pobłogosławiwszy zaś dziecko, oddała je w ręce zbójów (…)”. Profesor Davies pisał (s. 234): „Podobne sceny rozgrywały się w jednej wsi za drugą. Wreszcie Kościół unicki został tak bardzo wyniszczony, że nie był już niemal w stanie skorzystać z dobrodziejstwa krótkiego okresu tolerancji, jaki nastąpił w latach 1906-14. (…) terror, jakiemu ich [unitów – J.R.N.] poddawano – spowodowany krańcowym fanatyzmem prześladowców – był swego rodzaju duchowym poprzednikiem czystek ideologicznych, przeprowadzanych za czasów sowieckich”.


Prawda o o. Kolbem i Z. Kossak


Bardzo uproszczony jest również kreślony przez Beauvois obraz Kościoła katolickiego w okresie II RP i czasach wojny. Od Beauvois nie dowiemy się nic o roli duchowieństwa katolickiego w tworzeniu Polski niepodległej po listopadzie 1918 r. i walce o granice, o bohaterskim księdzu Ignacym Skorupce, etc. Beauvois określa (s. 336) Kościół katolicki w okresie międzywojennym jako „bardzo konserwatywny”, chociaż nieakceptujący nacjonalistycznego totalitaryzmu. Pisze jednak, że mniejszość Akcji Katolickiej dawała się wciągnąć w ekscesy antysemityzmu, czasami spotykane w „Małym Dzienniku” ojca M. Kolbego, później kanonizowanego przez Jana Pawła II za swą bezprzykładną śmierć w niemieckim obozie. Beauvois nie zadał sobie najwyraźniej trudu sprawdzenia, że zarzuty rzekomego antysemityzmu ojca Kolbego zostały już dawno obalone. W książce „Origins of the Holocaust. Christian anti-semitism” (New York 1986, s. 79) można znaleźć stwierdzenia dr. Fishera, który wyjaśnia, że w ramach procedury kanonizacyjnej ojca Kolbego przeprowadzono badania spraw związanych z jego postawą wobec Żydów. W badaniach brali udział zarówno naukowcy chrześcijańscy, jak i żydowscy. Na blisko 785 prac o. Kolbego znaleziono zaledwie cztery krótkie i kontrowersyjne teksty na temat Żydów. Zestawiając ten fakt z danymi o jednoznacznym zaangażowaniu ojca Kolbego w pomoc dla żydowskich uchodźców (1500 takich osób znalazło, począwszy od grudnia 1939 r., schronienie w Niepokalanowie) odrzucono zarzuty o „antysemityzmie” ojca Kolbego. Dodajmy, że w „Encyclopedia Britannica” (wyd. 1988, t. 8, s. 838) można przeczytać, że ojciec Kolbe został aresztowany pod zarzutem pomagania Żydom i polskiemu podziemiu (por. szerzej: „Prawda o ojcu Kolbe”, [w:] J.R. Nowak: „Spory o historię i współczesność”, Warszawa 2000, s. 402-405).

Pisząc o czasach wojny, Beauvois w jednym króciutkim zdaniu na s. 369 przyznaje, że Kościół katolicki uratował dziesiątki tysięcy Żydów. Wkrótce jednak snuje dłuższe, kilkunastowierszowe rozważania (na s. 370-371) na temat „złych tonów” rozbrzmiewających w kręgach inteligencji katolickiej, które „niemal unieważniały apele” o ratowanie Żydów. I tu Beauvois cytuje słowa Zofii Kossak, która apelując o pomoc dla Żydów, pisała, że: „Nasze uczucia wobec Żydów się nie zmieniły. Nie przestajemy ich uważać za wrogów”. Beauvois cytuje dalej inny tekst Z. Kossak – z maja 1943 r., wyrażający, jego zdaniem, „niewiarygodną i odrażającą nadzieję” w stosunku do tych, którzy przeżyli, że oni przyjmą wiarę chrześcijańską. Według Beauvois, Z. Kossak wyrażała osąd, że „aktualne cierpienia Żydów stworzą wielki stos pokutny, który uwolni ten naród od ciążącego na nim przekleństwa i sprawi, że będą zbawieni w chwili śmierci, pragnąc chrztu i prawdziwej wiary”. Zdaniem Beauvois, w postawie Z. Kossak, w tym „duchu nawracania”, było coś z Torquemady. Przyrównując Z. Kossak do Torquemady, Beauvois „zapomniał” poinformować francuskich czytelników, że Zofia Kossak wielokrotnie występowała ze skutecznymi (!) apelami przezwyciężenia niechęci do Żydów i o ich maksymalne ratowanie w tragicznej sytuacji, że była inicjatorką i współzałożycielką słynnej organizacji „Żegota” dla ratowania Żydów, że wielokrotnie ryzykowała życie w tej sprawie. „Zapomniał” również napisać, że piętnowana przezeń Z. Kossak pośmiertnie odznaczona została medalem „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata” przez izraelski Instytut Yad Vashem.


Zafałszowany obraz dziesięcioleci powojennych


Z książki D. Beauvois nie dowiadujemy się prawie nic o ogromnej roli Kościoła katolickiego w podtrzymywaniu obrony wiary, tożsamości narodowej i oporu wobec komunizmu w czasach rządów komunistycznych. Nader zdawkowo Beauvois pisze o tym w króciutkim zdaniu, już w odniesieniu do okresu po 1989 r. (s. 465), wspominając o poprzedniej roli Kościoła katolickiego jako „schronienia prześladowanych” i „bodźca do oporu”. Rzecz w tym, że nigdzie wcześniej nie daje żadnej, ale to żadnej informacji o tak ważnej roli Kościoła jako schronienia dla prześladowanych i w ogóle opozycji, a zaledwie w kilku zdawkowych zdaniach (na 104 strony poświęcone czasom powojennym) informuje o przejawach oporu Kościoła wobec reżimu. I tak na s. 413-414 czytamy króciutkie zdanie, że kazania z okazji Milenium były regularnie wrogie wobec reżimu. Na s. 437 czytamy o głodówce w kościele św. Marcina, a na s. 448 o „kulcie antykomunistycznym, pełnym emocji” wokół męczeństwa ks. J. Popiełuszki. Beauvois nic nie pisze o buntach w obronie Kościoła w Nowej Hucie, Zielonej Górze, Przemyślu czy Toruniu w latach 60. czy o roli kościołów jako schronienia dla opozycji w latach 80.

Beauvois pisze o znaczeniu listu biskupów w 1965 r., ale równocześnie zaciemnia późniejszy obraz Kościoła przez twierdzenie (s. 450), że wewnątrz Kościoła pojawiły się „ziarna nietolerancji”, gdy „w październiku 1984 r. nierozważnie podjęto decyzję o budowie Karmelu w pobliżu dawnego obozu w Auschwitz. Oburzenie Światowego Kongresu Żydów wywołały niedyskretne deklaracje duchownych, które sprowadziły Kościół do roli zapomnianej po wojnie”.

Szczególnie ciemny, wręcz jednoznacznie fałszywy jest kreślony przez Beauvois obraz Kościoła w ostatnich 19 latach, od 1989 roku. Tu już mamy wyłącznie same negatywy. Na s. 465 dowiadujemy się, iż po 1989 r. „spadło znaczenie Kościoła, gdyż Kościół, schronienie prześladowanych i bodziec oporu, stracił swe funkcje. Społeczeństwo, bardzo otwarte na mody życia zachodniego, zmęczyło się w pewien sposób porządkiem moralnym z innego wieku, które duchowieństwo próbowało uwiecznić. Sondaże, które dawały obraz pozytywny Kościoła na 83 proc. w 1989 r., obniżyły się do 58 proc. ocen pozytywnych w 1991 roku. Powołania kapłańskie, tak długo masowe, zmniejszyły się (…)”.

Według Beauvois, nie pomogło Kościołowi „wszechobecne miejsce w telewizji”, gdyż jego zasady etyki seksualnej nie odpowiadały młodym. Słodką tajemnicą D. Beauvois pozostaje to, skąd wziął twierdzenie o rzekomej „wszechobecności Kościoła w telewizji” po 1989 roku. Za dobrze pamiętamy, jak Kościół był negowany i ośmieszany choćby w telewizji Janusza Zaorskiego (nader agresywnie antykościelne programy Olgi Lipińskiej czy skandal z bluźnierczym wielkanocnym programem Magdy Umer, etc.). Dwie strony dalej (s. 467) Beauvois z przekąsem pisze o tym, że Prymas Glemp ciskał gromy z powodu spadku rozrodczości. Stronę dalej (s. 468) czytamy o rzekomych „ksenofobicznych czy antysemickich komentarzach Radia Maryja”. Kolejne trzy strony dalej (s. 472) znajdujemy ostrą krytykę „wszechobecności Kościoła” jako „często niezdolnego do przyhamowania ekscesów żarliwości najbardziej ekstremistycznego duchowieństwa”. Zdaniem Beauvois, ta rzekoma „wszechobecność Kościoła nadała społeczeństwu oblicze, w którym stwarzano fakultety teologii na wszystkich uniwersytetach państwowych, w którym wyeliminowano edukację seksualną ze szkół publicznych, w którym aborcja kobiet, przyzwolona w 1994 r., była ponownie praktycznie zakazana. Ta tolerancja dla integrystycznych aspiracji kleru zamanifestowana została pod koniec stulecia smutną aferą krzyża z Auschwitz. Nacjonalizm niektórych stworzył przesłanki do myślenia, że nadal szaleje 'antysemityzm bez Żydów’ (…)”.

Beauvois nie ma dosłownie jednego dobrego słowa na temat Kościoła katolickiego w ostatnich paru dziesięcioleciach. Dodajmy do tego jeszcze podjętą przez niego krytykę rzekomego ekspansjonizmu watykańskiego. Beauvois zarzuca na s. 480, że Watykan jakoby „nie umiał się powstrzymać od powrotu do stałych tendencji ekspansjonistycznych: mnóstwo polskich księży zostało posłanych na Ukrainę i do Rosji”.


Na tle „zwierzeń” Hansa Franka


Z oczerniającej Kościół katolicki książki Beauvois francuscy czytelnicy nie dowiedzą się prawdy o tak wielkiej duchowej roli Kościoła katolickiego dla Polaków w ostatnich stuleciach, o tym, jak religia katolicka podtrzymywała duchowo nasz Naród w najcięższych dla niego chwilach dziejowych. Nie dowiedzą się o ogromnym, niezwykle ścisłym związku katolicyzmu z polskim patriotyzmem. Ciekawe, że to, co przemilcza i zaciera w swej książce Beauvois, potrafił jakoś zauważyć nawet śmiertelny wróg Polski, nazistowski generalny gubernator Hans Frank. Pisał w swoim dzienniku w czasie wojny: „Jestem również tak mądry i wiem, że klechy są naszymi śmiertelnymi wrogami (…). Kościół pozostawał zawsze w rezerwie, jako ostatni ośrodek polskiego nacjonalizmu, jak długo były jeszcze inne środki działania. Kościół jest dla umysłów polskich centralnym punktem zbornym, który promieniuje stale w milczeniu i spełnia przez to funkcje jakby widocznego światła. Gdy wszystkie światła dla Polski zgasły, to wtedy jeszcze była Święta z Częstochowy i Kościół. Nacjonalizm nie jest bowiem w tym kraju żadnym wyznaniem, a tylko koniecznością duchową” (cyt. za: S. Piotrowski „Dziennik Hansa Franka”, Warszawa 1956, s. 46 i 147). W sytuacji, gdy nawet śmiertelny wróg Polski H. Frank zauważył ogromną rolę Kościoła w dziejach Polski, „dziwnie” nie docenił jej nasz domniemany przyjaciel prof. D. Beauvois, doktor honoris causa trzech bardzo ważnych polskich uniwersytetów. Może się jednak mylę i profesor Beauvois aż nadto docenia ogromne znaczenie Kościoła katolickiego dla Polaków i polskości… i dlatego tak mu dowala z grubej rury!

W wywiadzie udzielonym Jarosławowi Kurskiemu z „Gazety Wyborczej” 27 stycznia 2007 r. D. Beauvois stwierdził m.in.: „Nawiązując do dawnej tradycji Montaigne’a i Woltera, starałem się podchodzić do świata dawnej Rzeczypospolitej z konstruktywnym krytycyzmem”. To stwierdzenie oznaczało faktycznie całkowitą kompromitację Beauvois. Okazało się, że wzorem dla jego pisania o Polsce jest niezwykle cyniczny i zajadły wróg Polski i Kościoła katolickiego, osiemnastowieczny filozof Wolter. Przypomnę tu, że sławiony przez D. Beauvois jako wzór Wolter był nader sprzedajnym intelektualistą, który w zamian za bardzo hojne prezenty (futra sobolowe i szkatuły z kości słoniowej i złota) od Katarzyny II i porcelanę od Fryderyka II gotów był do wychwalania wszelkich matactw i zbrodni politycznych popełnianych przez owych możnych protektorów. Jeśli prof. Beauvois uważa te chwalby za „konstruktywny krytycyzm”, to można tylko litościwie popukać się w czoło ze współczuciem dla takiego rozumowania głośnego francuskiego profesora!

Warto tu dodać, że udzielony „Gazecie Wyborczej” wywiad prof. Beauvois wywołał bardzo ostrą polemikę znanego badacza dziejów Polski w XVII wieku prof. Jana Dzięgielewskiego z UW. W wywiadzie udzielonym Jakubowi Brodackiemu z redakcji „Glaukopisu” prof. Dzięgielewski odniósł się bardzo krytycznie do tez prof. Beauvois podważających znaczenie wielowiekowej tolerancji religijnej w Polsce i demokracji szlacheckiej w Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Obalając różne, mało rozsądne tezy prof. Beauvois, prof. Dzięgielewski wyraził wątpliwość, czy prof. Beauvois, historyk XIX wieku, ma prawo snuć uogólnienia na temat polskiej historii XV-XVIII wieku bez rzetelnej znajomości źródeł z tamtego okresu. W swojej polemice z prof. Beauvois prof. Dzięgielewski konkludował: „Nie sądzę, aby UE musiała narzucać nam interpretację epoki staropolskiej (…). Do trwania 'czarnej legendy’ naszych dziejów przykładają się także artyści i intelektualiści zagraniczni, w większości zapewne bezwiednie. (…) ocena prof. Beauvois, dotycząca polskiej historiografii, jest bardzo nieobiektywna” (por. wywiad z prof. J. Dzięgielewskim – www.glaukopis.pl).


Czy ktoś jeszcze uhonoruje pana D. Beauvois?


Żałosna tendencyjność Daniela Beauvois idzie niestety w parze z poważnymi błędami merytorycznymi, niedopuszczalnymi w pracy jakiegokolwiek poważnego, liczącego się historyka. Na przykład na s. 369 książki Beauvois znajdujemy przedziwne stwierdzenie o „powszechnym powstaniu 60 000 osób, żyjących jeszcze w getcie” (warszawskim). Tu Beauvois pobił swoisty rekord nieprawd, zawyżając sto parędziesiąt razy liczbę żydowskich powstańców. Odsyłam p. Beauvois do lektury wywiadu z Markiem Edelmanem „Życie. Po prostu” (Warszawa 2008, s. 152). Edelman stwierdza tam: „Takich, co się bili, było w ŻOB dwustu dwudziestu”. Jeśli dodamy do tej liczby bojowników z Żydowskiego Związku Wojskowego, oceniam ich na 300, to razem było około 500 powstańców żydowskich”. W „Słowniku judaistycznym” (Warszawa 2003, t. 2, s. 349-350) czytamy o „oporze ok. 500 słabo uzbrojonych powstańców”. A więc 500 zamiast skrajnie wyolbrzymionej liczby 60 000 podanej przez Beauvois. Przypomnijmy jeszcze raz, że Beauvois fałszywie podaje również – za Grossem – liczbę 1600 żydowskich ofiar spalonych w Jedwabnem, pomimo jej kilkakrotnego obniżenia do 250-300 osób w rezultacie ekshumacji w Jedwabnem. Czyżby „poważny” historyk D. Beauvois nie czytał o wynikach ekshumacji? A może świadomie kłamie? Trudno uwierzyć też, żeby „znawca stosunków polsko-ukraińskich” D. Beauvois nie wiedział, że na Wołyniu nie było w 1943 r. „dzikich konfrontacji Polaków i Ukraińców w 1943 r.”, jak napisał na s. 372, zafałszowując fakt, że chodziło o ludobójstwo Polaków dokonane przez nacjonalistów ukraińskich. Stwierdzenie Beauvois o polskim „zwycięstwie” pod Legnicą (s. 32) można już tylko wytłumaczyć jego niedouczeniem. Zastanawiam się, czy po moich artykułach wyliczających tak liczne przejawy godzącej w nasze dzieje tendencyjności Beauvois, a także jego rażącej ignorancji, znajdą się jeszcze jakieś liczące się polskie uczelnie gotowe uhonorować zakłamanego historyka z Paryża kolejnym polskim doktoratem honoris causa. Być może zrobi to Senat KUL pod sławetnym protektoratem ks. abp. Józefa Życińskiego. Niedawno hierarcha ten wybraniał Władysława Bartoszewskiego, niedorzecznie wysławiającego b. kanclerza Niemiec Helmuta Kohla, twierdząc, że przecież kanclerz Kohl też ma polski doktorat honoris causa. Przypomnę więc tak mocno rozpolitykowanemu hierarsze, że kanclerz Kohl wcale nie był żadnym przyjacielem Polski, lecz politykiem, który do końca wszelkimi sposobami starał się zablokować uznanie granicy z Polską na Odrze i Nysie. Uległ dopiero pod wzmożonym naciskiem premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher i prezydenta USA Ronalda Reagana, stymulowanego przez presję wielomilionowej Polonii amerykańskiej.


Prof. Jerzy Robert Nowak
drukuj