Terapia?
W polu dobra i zła
Marek Czachorowski
Po usłyszeniu zapewnień od rządu, że wreszcie damy sobie radę z przestępczością seksualną dzięki zastosowaniu środków farmakologicznych i terapii psychologicznych, podobno miażdżąca większość naszych obywateli (ok. 80 proc.) z radością przywitała te zapowiedzi. Serca wielu biją zatem mocniejszym poparciem także dla wszystkich innych przedsięwzięć aktualnie rządzącej formacji partyjnej. Tymczasem chłodne fakty wskazują raczej na kolejne wzbudzanie nadziei bez pokrycia. Z dokumentów polskiego Centralnego Zarządu Służby Więziennej wynika, że skuteczność prowadzonych na całym świecie terapii (łącznie z farmakologiczną) wobec „sprawców przestępstw seksualnych, którzy wykazują zaburzenia preferencji seksualnych”, jest nikła, a według niektórych badań – żadna. Tylko część tych badań „sugeruje, że terapia taka może być skuteczna”, ale tylko w 10 proc. przypadków. Prowadzi się je w Polsce na mocy wprowadzonych w życie od 1 stycznia 2006 roku nowych przepisów kodeksu karnego wykonawczego, obligujących więziennictwo. W polskich więzieniach prowadzi się nade wszystko terapię „poznawczo-behawioralną”, ale konkurencyjnych jest kilkanaście innych, bo młodziutka psychologia – której to zadanie zlecono – ma ogromne problemy z dogadaniem się we własnym gronie. Jak dowiadujemy się ze wspomnianego już dokumentu, owa terapia „poznawczo-behawioralna” posługuje się rozmaitymi technikami. Oszczędzę Czytelnikowi szczegółów, do czego konkretnie w ramach pewnej wersji tej terapii zachęca „terapeuta” swojego „pacjenta”, może zdziwionego jako istota rozumna, że funduje mu się w ramach kary to samo w swojej istocie, za co teraz siedzi w więzieniu. W ramach tych „terapii” również „przygotowuje się i ustnie prezentuje w grupie terapeutycznej swoją autobiografię seksualną”. Taka metoda zatem przeocza, że człowiek chcący zachować ludzki poziom takich zwierzeń nie powinien prowadzić, nawet jeśli w świecie medialnych VIP-ów jest to reguła. Trudno się więc dziwić, że owe terapie przestępców seksualnych mogą tylko pogłębiać ich brak panowania nad sobą, tak samo jak dolewanie benzyny do ognia tylko powiększa siłę owego żywiołu.
Aby sobie radzić w państwie z przestępcami seksualnymi, trzeba wpierw zapytać o przyczyny takich zachowań, w czym – wbrew szeroko rozpowszechnionym mniemaniom – nie jest kompetentna psychologia jako jedna z nauk szczegółowych, ale klasyczna filozofia, a w szczególności klasyczna antropologia filozoficzna i klasyczna etyka. Dopiero te nauki mogą określić ludzki sens i poziom sfery seksualnej.
Natomiast nauki szczegółowe – współpracując z klasyczną filozofią, dzięki której dowiedzą się na temat istoty sfery seksualnej – mogą wskazać na współwystępowanie zjawiska przestępstw seksualnych z innymi zjawiskami, dzięki czemu będzie można dobrać skuteczną – na miarę wolności człowieka – terapię. Dziwne zatem, że dzisiaj się nie zauważa, iż przestępcy seksualni zagrzewani są do swojego działania od rana do wieczora przez media. Chociaż może wprost nie zachęca się ich np. do pedofilii, to zachęca się ich do braku panowania nad sobą w dziedzinie seksualnej, z czym każdy pedofil ma główny problem. Zarówno Platon, jak i Arystoteles identyfikowali przyczynę pederastii właśnie w nieopanowaniu seksualnym, a to samo spostrzeżenie odnośnie do Persów uczynił w starożytności Herodot. Co do fenomenu tzw. zbrodni seksualnej, to pojawiła się ona niedawno, bo w wiktoriańskiej Anglii, czyli – jak twierdzi słynny historyk Paul Johnson – w oparach opium oraz zalewu pornografii.
Jeśli zatem zabierzemy się za odpowiednią „terapię” mediów szerzących seksualne opętanie, to i poradzimy sobie z przestępcami seksualnymi.
