Tendencyjny doktor honoris causa
Tak stronniczy w obrazie polskiej współczesności i historii XX wieku prof. Daniel Beauvois jest równie świadomie tendencyjny przy przedstawianiu wcześniejszych polskich dziejów. U tego doktora honoris causa trzech słynnych polskich uniwersytetów zauważamy wyraźne uprzedzenia do Polski, swoistą manię deformowania i pomniejszania najbardziej nawet chlubnych osiągnięć polskiej przeszłości. Ze szczególnym zapałem, godnym lepszej sprawy, Beauvois od lat próbuje podważać, traktując jako mity, twierdzenia o wielowiekowej polskiej tolerancji czy o demokracji szlacheckiej w Rzeczypospolitej Obojga Narodów.
Niszczyciel „mitu” o polskiej tolerancji
W omawianej przeze mnie książce „La Pologne. Histoire, société, culture” (Paris 1995) Beauvois kolejny raz zabiera się za negowanie rzekomego „mitu” o polskiej tolerancji. Robi to z jednej strony przez wyraźne minimalizowanie obrazu wyjątkowej w Europie polskiej tolerancji w XVI wieku i przez twierdzenia, jak bardzo rzekomo tolerancja ta zanikła w następnych stuleciach. W książce znajdujemy wprawdzie zdawkowe informacje o polskiej tolerancji religijnej w XVI wieku (s. 104-105), ale Beauvois przemilcza wiele nader ważnych jej przejawów tolerancji, np. słynne słowa króla Zygmunta Augusta: „Nie będę królem waszych sumień, jeno stróżem waszych praw!”. Bardzo szybko Beauvois przechodzi do kreślenia skrajnie przesadzonego, czarnego obrazu polskiej kontrreformacji i nietolerancji, datując ją już na lata dwudzieste XVII wieku. Pisze (na s. 136-138): „Podczas gdy jezuici rozpowszechniali teksty mistyków hiszpańskich XVI wieku i upowszechniali strach przed śmiercią poprzez modę na tańce makabryczne, katolicyzm polski czasami wpadał w aberrację: Adam i Ewa, twierdzono, mówili po polsku (…), szybko pojawiła się nietolerancja wobec innych religii. W 1616 r. ostatnie świątynie protestanckie zostały zburzone w Poznaniu, a w 1627 roku w Lublinie. Luteranie z miast Prus Królewskich jednak jeszcze byli bezpieczni, chronieni dzięki swej podstawowej roli w handlu. Niektóre ogniska kalwinizmu przetrwały także na Litwie pod protekcją Radziwiłłów”. Nie wiadomo, skąd Beauvois wziął swą sensacyjną opowieść o powtarzaniu się „katolickich aberracji” o Adamie i Ewie, mówiących w raju po polsku.
Na s. 151-152 książki Beauvois czytamy w odniesieniu do kolejnych dziesięcioleci XVII wieku: „Kontrreformacja triumfowała. Ona rozpoczęła skostnienie katolicyzmu, i duch tolerancji, zapisany w 1572 r. w przysiędze królewskiej, nie był już czymś więcej, niż wspomnieniem (…). Władysław IV kazał zamknąć w 1638 r. wspaniałą Akademię Rakowską (sarmackie Ateny), prowadzoną przez antytrynitarzy (czyli Braci Polskich lub arian lub socynianów), a także ich drukarnię. Potem w 1658 roku wszyscy zwolennicy tej sekty zostali wygnani (…). Na terytoriach ruskich i litewskich religia grecko-katolicka wyrażała się jako instrument dominacji przeciw prawosławnym: rabunek kościołów i dóbr prawosławnych był kontynuowany i zmniejszało się miejsce prawosławnego duchowieństwa w życiu Rzeczypospolitej (…)”.
Warto zastanowić się dłużej, jak wyglądała prawda o rozmiarach polskiej kontrreformacji i nietolerancji w XVII i XVIII wieku, tak mocno uwypuklanych w książce prof. Beauvois. Przyjrzyjmy się zwłaszcza jego oskarżycielskim twierdzeniom, jakoby „w XVII wieku w rezultacie kontrreformacji duch tolerancji w Polsce pozostał li tylko wspomnieniem”. Chyba najlepszą podstawą do wyciągania ocen na ten temat stanowiłoby porównanie sytuacji Polski XVII i XVIII wieku pod względem stosunków wyznaniowych z sytuacją w czołowych państwach zachodnich. Przypomnę najpierw opinię znakomitego znawcy XVIII-wiecznej historii profesora Władysława Konopczyńskiego. W jego „Dziejach Polski nowożytnej” (Warszawa 1986, t. II, s. 183) czytamy, że położenie różnowierców w Polsce było nawet w XVIII wieku bez porównania lepsze niż we Francji, Hiszpanii lub Austrii, a tym bardziej niż położenie katolików w Anglii, Szwecji i Danii albo sytuacja unitów i starowierców w Rosji. Co więcej, w latach 1768 i 1773 zniesiono w Polsce wszystkie poprzednie ograniczenia wobec różnowierców, poza utrzymaniem jedynie zamknięcia przed nimi drogi do stanowisk ministerialnych, krzeseł senatorskich i wyższych urzędów państwowych. Na tle sytuacji różnowierców w Polsce nadal czarno przedstawiał się obraz stosunku do nich we Francji. W 1658 r. doszło tam do odwołania przez Ludwika XIV tolerancyjnego edyktu nantejskiego i wydania postanowień wprowadzających zakaz nabożeństw kalwińskich i wygnanie pastorów. Francję opuściło wówczas aż 100 tys. protestantów uciekających przed represjami. Przez całe lata trwały okrutne prześladowania protestantów, tzw. dragonady. Bezwzględne kary wobec hugenotów spowodowały wybuch tzw. powstania kamizardów trwającego w latach 1702-1705. Przypomnijmy tu, że w „tolerancyjnej” Francji protestanci odzyskali prawa cywilne dopiero w 1787 roku. Przypomnijmy również, że w tak „tolerancyjnej” ojczyźnie prof. Beauvois podczas rewolucji w latach 1792-1793 doszło do wybuchu prawdziwego amoku antyreligijnego (topienia setek księży w Loarze, gilotynowania karmelitek, rzezi kilkuset tysięcy katolickich chłopów w Wandei, barbarzyńskiego niszczenia jakże wielu katolickich katedr i kościołów).
Przypomnijmy, że w Anglii jeszcze w 1719 roku wydano barbarzyńskie prawa karne przeciwko katolikom irlandzkim, zabraniające im w ogóle nabywania ziemi w drodze kupna lub daru, a nawet dzierżawienia jej dłużej niż przez 31 lat. Inne postanowienie zamykało katolikom drogę nawet do najdrobniejszych urzędów i funkcji publicznych i bardzo wielu zawodów (np. nauczyciela, drukarza, księgarza). Dodajmy, że za pobyt biskupów czy zakonników w Irlandii groziła kara śmierci (por. S. Grzybowski: Historia Irlandii, Warszawa 1977, s. 277). Dodajmy, że główną przyczyną wybuchu największego węgierskiego powstania narodowego pod wodzą księcia Franciszka II Rakoczego w 1703 r. był nader okrutny sposób, w jaki „tolerancyjna” Austria prześladowała węgierskich protestantów pod rządami despotycznego cesarza Leopolda I. Wspomnijmy również o okrutnych prześladowaniach ludzi w Rosji z innych niż prawosławne wyznanie carów w XVIII i XIX wieku, począwszy od bestialskiego mordu bazylianów w Połocku w 1705 r. za cara Piotra I, poprzez bezwzględne prześladowania starowierców, których tysiące uciekły przed represjami do Polski.
Dodajmy fakt, jak się zdaje nieznany głośnemu francuskiemu profesorowi, że w ostatnim ćwierćwieczu istnienia Rzeczypospolitej szlacheckiej nie odnotowano w niej dosłownie żadnych śladów zatargów między katolikami a przedstawicielami innych wyznań. Symbolem panującej wówczas w Polsce tolerancji religijnej był wzniesiony w Warszawie w latach 1777-1781 okazały budynek zboru luterańskiego, zbudowany przez słynnego architekta Szymona Bogumiła Zuga. Wielki Sejm Czteroletni uchwalił 3 maja 1791 r. pełną swobodę kultu dla wszystkich wyznań, nie wyłączając nawet kwakrów, menonitów czy anabaptystów. Wszyscy przedstawiciele innych wyznań uzyskali, podobnie jak katolicy, pełnię praw obywatelskich, a w tym prawo posłowania na sejmy i sejmiki, udziału w trybunałach sądowych, etc. (Tylko stanowiska ministrów zastrzeżono dla katolików). Beauvois milczy o tych postanowieniach Konstytucji 3 Maja. Za to z tym większą werwą zarzuca jej, że określiła religię katolicką w Polsce jako religię państwową, co pokazywało „ograniczenie tolerancji w Polsce”. Te zastrzeżenia prof. Beauvois przypominają mi opowiastkę o człowieku, który bez chwili namysłu skoczył do wody, by ratować tonącego chłopca. Kiedy go wyprowadził na brzeg, ojciec uratowanego spojrzał na niego srogo, pytając: „A gdzie berecik, który chłopiec miał na głowie?”.
Przypomnijmy na tym tle, że w takiej np. Anglii ograniczenia prawne wobec katolików istniały jeszcze do 1829 roku, a w Szwecji nawet 20 lat dłużej. Dodać można przy tym, że np. w Szwajcarii uprzedzenia na tle religijnym jeszcze w 1847 roku doprowadziły do krwawej wojny domowej między kantonami katolickimi a protestanckimi. W Hiszpanii XIX wieku dochodziło do przeróżnych wybuchów fanatyzmu religijnego i antyreligijnego (np. palenia kościołów), a jeszcze w 1936 roku fanatyzm antyreligijnej polityki republikanów był jedną z głównych przyczyn wybuchu krwawej wojny domowej. W Związku Sowieckim z kolei od 1918 roku wymordowano 280 tysięcy duchownych różnych wyznań, w tym kilkuset biskupów. Nie trzeba dodawać, co się działo jeszcze pod koniec XIX wieku w północnej Irlandii w stosunkach między protestantami a katolikami.
Profesor Janusz Tazbir pisał: „Z kilkunastoma śmiertelnymi ofiarami prześladowań wyznaniowych [w Polsce – J.R.N.] nie da się porównać olbrzymiej ilości zgładzonych w tym czasie zwolenników innych religii w zachodniej Europie. W Anglii za panowania Marii 'Krwawej’, a więc tylko w latach 1553-1558, stracono 273 protestantów za to, iż nie chcieli uznać restauracji katolicyzmu. Pod rządami Elżbiety (1558-1603) zginęło tam 189 katolików, z czego 62 świeckich oraz 127 księży. Około 40 osób umarło zaś w więzieniu (…). Za czasów Marii 'Krwawej’ palono heretyków wszędzie: we Francji, Szwajcarii, Niderlandach (…). Na 877 powieszonych, uduszonych czy też spalonych w Niderlandach w ciągu XVI wieku protestantów – 617 (a więc blisko dwie trzecie) stanowili anabaptyści” (cyt. za: J. Tazbir: Państwo bez stosów, Warszawa 1967, s. 147). Profesor Tazbir podaje, że tylko w noc św. Bartłomieja w całej Francji zgładzono co najmniej 30 000 zwolenników Kalwina (por. J. Tazbir: Reformacja – tolerancja, Wrocław 1996, s. 64).
Kłamstwo o postawie króla Stefana Batorego
Z gruntu fałszywy jest kreślony przez Beauvois obraz postawy króla Stefana Batorego w sprawach wyznaniowych. Beauvois pisze (s. 119), iż: „Król, który ratyfikował artykuły henrykowskie, odnoszące się do tolerancji, nie ukrywał swoich preferencji dla kontrreformacji. Wyraźne poparcie, które dał jezuitom, nie było zrównoważone przez jego miękką naganę wobec 'tumultów’ antyprotestanckich, które wybuchały odtąd często w miastach”. Szczególnie ordynarnym kłamstwem jest twierdzenie D. Beauvois o „miękkiej naganie” dla tumultów antyprotestanckich. Jak pisał prof. Janusz Tazbir w książce „Państwo bez stosów” (op.cit., s. 129): „Batory wydał wówczas [w październiku 1578 r.] surowe rozporządzenie, nakazujące stawianie przed sądem wszystkich winnych jakichkolwiek rozruchów w mieście. (…) Za wszczynanie rozruchów (a więc i wyznaniowych) oraz napady na domy (czyli i na zbory) król polecił karać winnych śmiercią”. Od kiedy to karanie winnych śmiercią jest „łagodną naganą”, jak kłamliwie twierdzi Beauvois? Dodajmy, że według Tazbira (op.cit., s. 129): „(…) Aż do śmierci króla nie było już w Krakowie żadnych ważniejszych rozruchów wyznaniowych”. Dodajmy, że Batory surowo potępił sprawców zaburzeń wyznaniowych w Wilnie we wrześniu 1581 r., pisząc w skierowanym przeciw nim mandacie, że: „(…) We wszystkich królestwach, gdzie religia jest szerzona przy użyciu siły, ognia i miecza, nie zaś przy pomocy nauczania i dobrych przykładów, zawsze z tego wynika okropny rozlew krwi i zaraza wojny domowej” (por. J. Tazbir: Tradycje tolerancji religijnej, Warszawa 1980, s. 69-70).
Fałszywie przedstawiony francuskim czytelnikom przez Beauvois obraz króla Stefana Batorego jednoznacznie kłóci się z obrazem postawy tego monarchy w tak podstawowym zagranicznym dziele, jak „Historia tolerancji w wieku reformacji” Josepha Leclera (przekład polski Warszawa 1964). W tomie pierwszym tego dzieła (s. 400-401) Lecler pisał o Batorym: „Władca ten, którego szczere przywiązanie do katolicyzmu tak silnie kontrastowało z oziębłością ostatniego Jagiellona, umiał szanować jak nikt inny w jego czasach wolność sumienia swych poddanych (…). Pragnął stać na straży i wolności politycznej szlachty i wolności religijnej, których zachowanie poprzysiągł. Przetrwało do dziś jego słynne powiedzenie, które bardzo często powtarzali uczestnicy dysput podczas publicznych rozpraw: 'Jestem królem narodu, a nie sumień… Bóg trzy rzeczy zachował dla siebie: stwarzanie czegoś z niczego, znajomość rzeczy przyszłych i panowanie nad sumieniami’. W wydanym pod Pskowem w 1581 edykcie, potępiającym zamieszki religijne w Wilnie, Batory wyrażał dobitnie zarówno swe katolickie poglądy, jak i swój wstręt do przemocy w dziedzinie religii, pisząc m.in.: 'Oczywiście pragniemy z całego serca, aby wszyscy obywatele i mieszkańcy naszego królestwa wszelkiej kondycji czcili jedynego prawdziwego Boga i wyznawali jedną prastarą religię katolicką. Ale że Bóg przewidział, że przed końcem tego świata nie obejdzie się bez zgorszenia i herezji, życzymy sobie, aby nikt do wiary nie był przymuszany. Podczas naszej koronacji złożyliśmy przysięgę wszystkim stanom Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego, że strzec będziemy i utrzymamy pokój między dysydentami, dissidentes de religione (…). Powierzamy więc sumienie każdego Boskiemu sądowi, tolerujemy i ochraniamy w tym królestwie dissidentes de religione nie tylko z mocy urzędu, jaki nam został powierzony przez wszystkie stany naszego królestwa dla zabezpieczenia pokoju religijnego, ale również ze względu na bardzo stary obyczaj'” (cyt. za: Joseph Lecler: op.cit., t. I, s. 401). J. Lecler pisze również (op.cit., s. 401) o Batorym, iż: „Jego przyjaźń z biskupami i jezuitami nie przeszkadzała mu stawić im oporu, gdy radami swymi starali się go nakłonić do podjęcia surowych środków. W 1578 r. zebrany na synodzie episkopat domagał się od króla potępienia Konfederacji Warszawskiej (1573). Król nie uczynił tego i dotrzymał obietnic złożonych podczas swojej koronacji”.
Nieprawdziwa jest podana przez Beauvois na s. 151 informacja, że „w 1668 r. postanowiono, że każdy katolik zmieniający wiarę będzie karany śmiercią”. Według badającego przez wiele lat historię tolerancji religijnej w Polsce prof. Janusza Tazbira: „W 1668 r. sejm Rzeczypospolitej, idąc za przykładem krajów protestanckich (Anglii, Niderlandów oraz państw skandynawskich) zabronił porzucania panującego wyznania (w Polsce – katolicyzmu) pod karą banicji” (por. J. Tazbir: Tradycje tolerancji religijnej, Warszawa 1980, s. 138).
Obrońca zdrajcy J.A. Komensky’ego
Szczególnie groteskowe jest wystąpienie D. Beauvois z potępieniem Polaków za to, że zmusili do ucieczki z Leszna słynnego pedagoga, Czecha z pochodzenia, Jana Amosa Komensky’ego. Beauvois nazywa Komensky’ego (na s. 154) ofiarą nietolerancji (oczywiście ze strony Polaków) i „ślepej zemsty”. Przypomnijmy, że Komensky, uciekając przed prześladowaniami religijnymi z Czech, znalazł schronienie w Polsce – w Lesznie, gdzie przebywał z przerwami od 1628 do 1658 roku. Odpłacił się za to Rzeczypospolitej czarną niewdzięcznością, z całą siłą popierając szwedzki najazd na Polskę. Komensky był fanatykiem protestantyzmu. Nie znosił katolicyzmu, traktował Papieża jako Antychrysta i marzył o „protestanckiej krucjacie”. W tym celu dążył do stworzenia za wszelką cenę antykatolickiego sojuszu państw protestanckich. Jak pisał historyk Łukasz Kurdybacha, Komensky usilnie dążył do „stworzenia pod opieką Anglii sojuszu Szwecji i Siedmiogrodu, wymierzonego przeciw Polsce” (por. Ł. Kurdybacha: Działalność Jana Amosa Komensky’ego w Polsce, Warszawa 1957, s. 256). Komensky żarliwie wychwalał króla Szwecji Karola Gustawa. W panegiryku na jego cześć najazd szwedzki na Polskę „porównywał do uderzenia pioruna, od którego w ciągu trzech miesięcy rozpadła się potęga państwa polskiego” (wg Ł. Kurdybacha: op.cit., s. 263). Nazywał tam podbitą Polskę „trupem” (cadaver). Usilnie namawiał protestanckiego władcę Siedmiogrodu Jerzego II Rakoczego do napaści na Polskę w sojuszu ze Szwedami. Gdy książę Rakoczy nie spieszył się z przystąpieniem do wojny, Komensky wciąż go ponaglał, usiłując „go przekonać, że wojna z Polską przyniesie mu same korzyści” (wg. Ł. Kurdybacha: op.cit., s. 263). Namowy Komensky’ego ostatecznie przyniosły fatalny skutek – książę Rakoczy dokonał niszczącej napaści na Polskę, która jednak ostatecznie odbiła się rykoszetem – upadkiem państwa siedmiogrodzkiego.
Komensky popierał najeźdźców szwedzkich do końca. Nawet wtedy, kiedy Szwedzi zaczęli przegrywać, usilnie zachęcał ich i braci czeskich w Lesznie do rozpaczliwej obrony przeciw oddziałom polskim. W efekcie miasto zdobyto i spalono, a Komensky stracił swoje mienie, w tym cenne rękopisy. Po ucieczce z Polski skrajnie uogólnił swe ostatnie leszneńskie przeżycia, pisząc pełen antypolskiej mściwości pamflet „Excidium Leszno”. Przemilczając w nim własną wcześniejszą polityczną działalność przeciw Polsce, próbował swym pamfletem doprowadzić do jak najmocniejszego oczernienia Polaków w świecie. Paweł Jasienica w swej wspaniałej „Rzeczypospolitej Obojga Narodów” (Warszawa 1967, t. 2, s. 178) niedwuznacznie oceniał zachowanie Komensky’ego w słowach: „(…) Pismami swymi wybitnie się przyczynił do wyrobienia nam opinii kraju ciemnych, pozbawionych nauki fanatyków (…). Egocentryzm to ciężka choroba intelektualistów. Jedno przeżycie zabarwia im czasem obraz świata”. Zapytajmy p. Beauvois, co wspólnego z „nietolerancją i ślepą zemstą” miało przepędzenie z Polski Komensky’ego, który tak długo skutecznie knował przeciw Polakom. Ciekawe, jak – zdaniem Beauvois – polskie władze miały potraktować tego antykatolickiego fanatyka, wciąż żarliwie judzącego przeciw nam? Czy może w nagrodę za judzenia miały przyznać Komensky’emu szlachecki indygenat na wzór wysokiego odznaczenia przyznanego przez A. Kwaśniewskiego J.T. Grossowi? Jak D. Beauvois nie wstydzi się swych oskarżeń przeciw Polsce w obronie uczonego, który przyniósł tak wiele szkód Rzeczypospolitej?
Przemilczane polskie zasługi
Jaskrawym przykładem minimalizowania przez D. Beauvois zasług polskich w historii Europy jest sposób przedstawienia przez niego stosunków polsko-żydowskich w dawnej Rzeczypospolitej. Opisywałem już rolę D. Beauvois jako skrajnego tropiciela rzekomego „polskiego antysemityzmu”. Ten sam Beauvois posunął się do skrajnego minimalizowania tak wielkiego znaczenia faktu, że Polska była przez kilka stuleci jedynym schronieniem dla Żydów, prześladowanych w całej reszcie Europy. Pamięć o tym niejednokrotnie była eksponowana z ogromną wdzięcznością przez niektórych wybitnych żydowskich myślicieli, od krakowskiego rabina Mojżesza Isserlesa w XVI wieku poprzez największego XIX-wiecznego historyka żydowskiego Heinricha Graetza do współczesnego żydowskiego historyka, autora monumentalnego dzieła o antysemityzmie – Barneta Litvinoffa. Niejednokrotnie wskazywano również na fakt, że Żydzi w Polsce uzyskali nie tylko schronienie, które umożliwiło im przetrwanie narodu, lecz również ogromne, wręcz zbyt duże przywileje, np. niezależne sądownictwo. Beauvois nic o tych przywilejach nie pisze, ograniczając się (s. 45) do jednego zdawkowego zdania: „Bardzo liczni Żydzi, wygnani z Europy zachodniej, znaleźli tu [w Polsce – J.R.N.] azyl i prosperity”. Tym chętniej za to opisuje (s. 152) skrajnie odosobniony przypadek stracenia Żyda, żydowskiego aptekarza Kalahory z Krakowa, za pamflet przeciwko Matce Bożej, po oskarżeniu przez jakiegoś dominikanina. Warto tu przypomnieć „dziwnie” pominięty przez D. Beauvois fakt, że Kalahorę o obrazę Najświętszej Maryi Panny oskarżył również żydowski neofita (por. Polski Słownik Judaistyczny, Warszawa 2003, t. I, s. 742). Jak z tego wynika, zarzuty przeciw Kalahorze nie były sfingowane. Żydowski aptekarz, obrażając Matkę Bożą, tak bardzo czczoną w Polsce, nierozważnie sprowokował wystąpienie przeciw niemu z nader surowymi retorsjami. Przeczulenia D. Beauvois na temat domniemanego „polskiego antysemityzmu” dobrze ilustruje jego atak na Stanisława Staszica (na s. 191) za to, że jego pisma rzekomo wybuchają nienawiścią do Żydów. Staszic był daleki od nienawiści do Żydów jako takich i występował na rzecz ich „uobywatelnienia”. Nie ukrywał jednak bardzo negatywnej roli żydowskich arendarzy w ucisku chłopów w Polsce.
Beauvois poświęcił 522 strony swojej książki na ukazanie dziejów Polski od zarania do naszych czasów. Pomimo tak znaczącej objętości w książce Beauvois nie znalazło się nawet jedno zdanie na podkreślenie takiego fenomenu w dziejach świata, jakim była unia Polski z Litwą. Nie zauważył tak wyjątkowej roli Rzeczypospolitej Obojga Narodów jako dobrowolnej unii dwóch narodów, które skonfederowały się na absolutnie równych prawach. W tamtych wiekach znano na ogół federowanie się na drodze masowych egzekucji i zniszczeń. Tak na przykład „federowała się” Anglia z Irlandią, Szkocją czy Walią. Wyjątkowe znaczenie polskiej unii z Litwą na tle tego, co się działo w ówczesnym świecie, eksponowali liczni zagraniczni badacze naszych dziejów. Na przykład świetny historyk amerykański Robert Howard Lord (1885-1954) pisał o Rzeczypospolitej Obojga Narodów, że była to pierwsza przed zjawieniem się Stanów Zjednoczonych, na szeroką skalę podjęta próba republiki federacyjnej. Z kolei słynny angielski pisarz polskiego pochodzenia Joseph Conrad wysławiał w 1916 roku w tekście „Zbrodnia rozbiorów” unię polsko-litewską jako „jedyną w swoim rodzaju w historii świata spontaniczną i całkowitą unię suwerennych państw, świadomie wybierających drogę pokoju”. Dodajmy, że unia ta uratowała Litwę przed niechybnie grożącym jej upadkiem. Jak oceniają obiektywni autorzy litewscy, m.in. głośny publicysta niepodległościowy Anastas Terleckas, Litwa uległaby z pewnością zniszczeniu w sytuacji, gdyby nie połączyła się z Polską. Groziłaby jej zguba bądź od najazdów krzyżackich, bądź pochłonięcie jej przez o wiele liczniejsze księstwa ruskie.
Beauvois z wyraźnym przekąsem pisze na s. 32 o „micie” nazywającym Polskę przedmurzem chrześcijaństwa. Nie był to żaden mit, lecz realna ocena faktów. Przez stulecia, aż do wspaniałej odsieczy wiedeńskiej, Polska chroniła chrześcijańską Europę, znosząc rozliczne najazdy Tatarów czy Turków i powstrzymując ich dalszą ekspansję. Przypomnijmy, że nawet daleki od sympatii dla Polski wielki elektor Brandenburgii pisał w 1655 r. do Sejmu Rzeszy, bezpośrednio po najeździe Szwedów na Polaków: „(…) Korona Polska była zewnętrznym bastionem, który chronił Niemcy, a nawet całe chrześcijaństwo, przed złymi i niebezpiecznymi zamiarami różnych barbarzyńskich ludów” (cyt. za: S. Sopoćko: Krzyż i Orzeł Biały, Londyn 1966, s. 70). To właśnie w rodzimej Francji pana Beauvois rozbrzmiała jedna z najgłośniejszych pochwał roli Polski jako przedmurza chrześcijaństwa. Napisał ją na początku XVII wieku słynny twórca planu odrodzenia jedności chrześcijańskiej Maximilien de Sully. Już wtedy nazwał on Polskę „boulevard et rempart” (przedmurzem i szańcem) chrześcijaństwa (cyt. za: N. Davies: op.cit., s. 164). Parę stuleci później najgłośniejszy francuski historyk XIX-wieczny Louis Michelet pisał w książce „La Pologne Martyre” (Męczeńska Polska): „Polska umiejscowiła się na przyczółku Europy, uratowała ludzkość. Podczas gdy próżniacza Europa gadała (…) zatraciła się w drobiazgach, ci bohaterscy strażnicy chronili ją swymi lancami. Aby kobiety Francji i Niemiec mogły spokojnie prząść swoje fatałaszki (…) trzeba było, by Polak, całe życie na posterunku, dwa kroki od barbarzyństwa, czuwał z szablą w dłoni”.
Daniel Beauvois wyraźnie pominął znaczenie tej tak ważnej roli Polski jako „przedmurza chrześcijaństwa”, woląc zgryźliwie dobierać jak najczarniejsze barwy dla kreślenia obrazu Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Ciekawe, że i przy przedstawianiu polskich dziejów w XX wieku jakoś „zapomniał” umieścić choćby jedno zdanie doceniające znaczenie polskiego zwycięstwa w 1920 roku nad wojskami bolszewickimi dla ówczesnej Europy. A przecież zwycięstwo to na długo położyło kres eksportowi komunizmu do Europy i uratowało od nawały bolszewickiej co najmniej Europę Środkową (poza Polską Czechosłowację, Węgry i kraje bałtyckie).
Zdumiewa zapał, z jakim D. Beauvois stara się podważyć wielkość Konstytucji 3 Maja, najznamienitszego dzieła polskiego ducha obywatelskiego w XVIII wieku. Przeważająca część tekstu Beauvois o Konstytucji 3 Maja (s. 190-193) to wyraźna próba pomniejszania jej znaczenia. Beauvois, starając się podważyć rolę Konstytucji 3 Maja, pisze, jakoby „potwierdziła ona wszystkie przywileje szlachty w stosunku do miast”, wyrażała swoisty „maltuzjanizm społeczny” i była całkowicie „mglista” w odniesieniu do chłopów. Beauvois całkowicie mija się z prawdą, twierdząc, że Konstytucja potwierdziła „wszystkie przywileje szlachty”. Wyraźnie obaliła niektóre z nich, choćby liberum veto, prawo odmówienia społeczeństwa, konfederacje i „wolne” elekcje (por. N. Davies: op.cit., s. 496). Profesor Davies podkreśla wśród zasług Konstytucji 3 Maja to, że: „Mieszkańcom miast miały przysługiwać takie same prawa i przywileje, jak szlacheckim obywatelom Rzeczypospolitej”. O ileż wyżej od Beauvois oceniał, uchwaloną przez polską szlachtę, Konstytucję 3 Maja taki zajadły wróg szlachty, jak Karol Marks. Napisał o niej: „Przy wszystkich swoich brakach konstytucja ta widnieje na tle rosyjsko-prusko-austriackiej barbarii jako jedyne dzieło wolnościowe (als das einzige Freiheitswerk), które kiedykolwiek Europa Wschodnia stworzyła. A wyszło ono wyłącznie z klasy uprzywilejowanej, ze szlachty. Historia świata nie zna żadnego innego przykładu podobnej szlachetności szlachty”. Jakże inaczej od dzisiejszego pomniejszacza roli Konstytucji 3 Maja odnosili się do niej wybitni zagraniczni obserwatorzy w przeszłości! Jeden z najsłynniejszych brytyjskich mówców politycznych XIX wieku lord Henry de Brougham, współzałożyciel uniwersytetu londyńskiego, pisał o niej jako o „najdoskonalszym wzorze najtrudniejszej reformy”. Wysławiał Konstytucję 3 Maja jeden z najwybitniejszych historyków pruskich Friedrich Raumer w skonfiskowanym w Prusach z powodu swego obiektywizmu dziele „Polens Untergang” (Upadek Polski).
Prof. Jerzy Robert Nowak
