Chciałbym się Polsce odpłacić
Z Janem Milunem, śpiewakiem operowym, niestrudzonym mecenasem i ambasadorem polskiej muzyki i kultury w Stanach Zjednoczonych, prezesem Towarzystwa Muzycznego im. Stanisława Moniuszki w Bostonie, odznaczonym medalem George’a Washingtona, organizatorem międzynarodowego koncertu z okazji 325. rocznicy Odsieczy Wiedeńskiej, który odbędzie się 12 września na Jasnej Górze, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Jak wspomina Pan swój dom rodzinny na Wileńszczyźnie?
– Z wielkim sentymentem. Powinienem spłacać wielki kredyt moralny mojemu ojcu i matce za stworzenie ogniska rodzinnego, w jakim wzrastałem. W czasie wojny, która przypadła na moje dzieciństwo, i tuż po niej na Litwie panowało powszechne ubóstwo: nie było elektryczności, radia, książek, a wnętrza oświecały prymitywne łuczywa. Nie mieliśmy także rozrywek, jakie mają współczesne dzieci. Rodzice wychowywali nas – trzech synów (ja urodziłem się w 1938 r., Franciszek w 1943 r., a Mieczysław w 1948 r.) – poprzez pracę i własny przykład. Pamiętam codzienny strach o życie braci i rodziców, którzy, narażając nas wszystkich na niebezpieczeństwo, pomagali naszym partyzantom w imię Polski, która miała wrócić… Był to również czas prześladowania kultury narodowej, a przede wszystkim wiary, która w naszej rodzinie była ostoją. Od dziecka pełniłem służbę ministranta w Koleśnikach. Księża przychodzili do kościoła w cywilnych ubraniach i dopiero w zakrystii przebierali się do Mszy Świętej. Był wśród nich obecny ksiądz biskup Juozas Tunaitis, Litwin który zarówno w przeszłości, jak i dziś jest podporą dla Polaków. W tamtym czasie przyjeżdżał do nas z Wilna z okazji różnych uroczystości.
Pana wspomnienia z tamtego okresu są więc pełne bólu…
– Tak. Choć byłem wtedy małym chłopcem, doskonale pamiętam smutny okres wojny, w którym cała nasza rodzina musiała się ukrywać. Później po opanowaniu Litwy przez reżim komunistyczny i przejęciu władzy przez Sowietów w 1948 roku zaczęły się wywózki księży i nauczycieli na Sybir. Litwinów na naszym terenie było bardzo mało, 99 procent stanowili Polacy, reszta to Żydzi. Najbardziej smutne było to, że nasi żydowscy sąsiedzi od razu przeszli na stronę rosyjską i zaczęli współpracować z komunistycznymi władzami. Muszę powiedzieć, że w tym czasie mniej ucierpieliśmy od Niemców niż od Rosjan.
Co Pan ma na myśli?
– Mieszkaliśmy w Dowgidańcach koło Koleśnik i Ejszyszek, gdzie mieliśmy sporo ziemi. Panowała tu silna opozycja wobec władz rosyjskich, bardzo mocno działali na naszym terenie AK-owcy. Sowieci przysłali więc z Moskwy masę przeszkolonych enkawudzistów, którzy ich wyłapywali. A nasi sąsiedzi pochodzenia żydowskiego, którzy byli w NKWD, pomagali im w tym. Na Litwie władze komunistyczne kolektywizowały życie i zakładały kołchozy. Cokolwiek więc mieliśmy, zabierali nam. Osoby, które nie chciały się podporządkować, były wywożone natychmiast na Sybir.
Czy cała Pańska rodzina była muzykalna?
– Tak. Ze strony mamy cała rodzina była związana z muzyką. Razem z braćmi od dziecka często śpiewaliśmy przetłumaczoną na język polski ukraińską pieśń „Jęczy i wyje Dniepr szeroki”. Znaliśmy tylko tę pieśń, ponieważ inne były zakazane. Jako uczniowie braliśmy z bratem Frankiem udział we wszystkich festiwalach i koncertach, jakie odbywały się w ejszyskim domu kultury. Potem wciągnęliśmy też najmłodszego brata, Mietka. Stawaliśmy na scenie i śpiewaliśmy aż grzmiało, bo Bóg nas wszystkich obdarzył dobrymi głosami. Jeden brat do tej pory śpiewa, jest solistą Teatru Wielkiego Opery Narodowej w Warszawie, drugi śpiewał w gliwickiej operetce. Mama jednak chciała, żebym został księdzem. W dzieciństwie nawet przejąłem się tą zacną rolą i wraz z braćmi i dziećmi z sąsiedztwa bawiłem się w kościół. Ja, jako najstarszy, ubierałem sukienkę mamusi – niby sutannę, nauczałem, a oni musieli się „spowiadać”… Bóg widocznie chciał inaczej i księdzem nie zostałem. Zależy mi jednak, żeby za pomocą muzyki siać dobroć, żeby służyła ona dobrym celom.
Jak z kołchozu trafił Pan do szkoły muzycznej?
– Po zrobieniu matury, ponieważ mieszkałem na wsi, musiałem według ówczesnego prawa odpracować trzy lata w kołchozie. Pewnego razu dopuściłem się „karygodnego” wybryku: wziąłem z gospodarstwa dwa samochody pod pozorem, że jadę z ludźmi do Wilna po chleb, a pojechaliśmy… do Kalwarii Wileńskiej. Chciałem bowiem podzielić się z ludźmi uczuciami i miłością do Chrystusa Pana. Ktoś jednak doniósł, że wyprowadziłem dwa ciężarowe samochody kołchoźników do Kalwarii, natychmiast straciłem pracę, a do świadectwa wpisano mi: „wierzący, o przesądach religijnych…”. Z takim świadectwem żadna szkoła nie chciała mnie przyjąć… tylko muzyczna. Zdałem więc do technikum muzycznego im. Tallat-Kelpszy w Wilnie, na wokalistykę i dyrygenturę. W trakcie nauki włączyłem się do zespołu „Wilia”. Poznałem profesora Konradasa Kaveckasa, który przyjął mnie do Filharmonii Państwowej. Byłem wówczas jedynym Polakiem, który tam śpiewał. W czasie studiów pracowałem jako nauczyciel w Korwiu, u pana Ludwika Młyńskiego, jednocześnie byłem dyrektorem Domu Kultury w Mejszagole. Śpiewałem też w chórze w Ostrej Bramie aż do momentu naszego wyjazdu do Polski, czyli do 1959 roku.
Jak doszło do tego wyjazdu?
– Do ostatniego transportu mój ojciec czekał, że „Polska tu wróci”. W 1959 roku wyjechaliśmy przez Grodno bydlęcym wagonem do Polski. Nie było to takie proste, gdyż Litwini stwarzali nam ogromne problemy z powrotem do Polski. Byliśmy jednak zdecydowani, że jedziemy do Ojczyzny, do Polski, że nasze miejsce jest tam.
Pozostanie na Litwie groziło więc zsyłką na Syberię?
– Tak. Zostać, oznaczałoby narazić rodzinę na represje. Rodzice stale bowiem odczuwali, że są „na celowniku”, że tylko się czeka na odpowiednią chwilę… Podobnie było z naszymi bliskimi krewnymi – rodziną Juchniewiczów, których wywieziono na Sybir. My nigdy nie podporządkowaliśmy się władzy rosyjskiej, nigdy nie byliśmy też w organizacjach młodzieżowych: pionierach czy w Komsomole. Nie mielibyśmy więc nawet szans na przetrwanie. Pamiętam, że przyjechaliśmy do Białej Podlaskiej w Wielką Sobotę. Mieliśmy przy sobie niewiele, jedynie trochę chleba, bo wszystko musieliśmy zostawić. Wspólnie z innymi ludźmi trafiliśmy do kościoła, gdzie ksiądz powitał nas słowami: „Drodzy parafianie, wracają Polacy z Syberii, pomóżmy im”. Nie trzeba było długo czekać, ludzie przychodzili do nas z wiadrami kawy, ciastem, jajkami, etc. Odczuliśmy wielką ulgę, że tutaj przyjechaliśmy i ludzie to docenili. Nigdy tego nie zapomnę, chciałbym się Polsce odpłacić po latach.
Jednak wtedy nie była to Polska z Pana marzeń, wkrótce Pan wyemigrował…
– Tak, ale po przyjeździe do Polski największą radością dla mnie było to, że przyjechałem do kraju, w którym wszyscy mówili po polsku. Nie mogłem się przyzwyczaić, że człowiek na co dzień słyszy język polski. To nas napawało wielką radością. Po przyjeździe studiowałem na Uniwersytecie Warszawskim języki słowiańskie i w Akademii Muzycznej w Krakowie muzykę i śpiew. Okazało się jednak, że w tym czasie w Ojczyźnie było bardzo dużo ludzi, którzy działali przeciwko Polsce. Nie mogłem znieść tych ograniczeń, że nie pozwala mi się robić tego, co robić pragnę i potrafię. W 1971 roku wyemigrowałem więc do Stanów Zjednoczonych. Zarabiałem na chleb i dalej się uczyłem: języka angielskiego na uniwersytecie harwardzkim i w akademii wojskowej, w której parałem się przekładami. Pracowałem też fizycznie, aż mocno stanąłem na nogi i dobrze opanowałem angielski. Z muzyką jednak nigdy nie zerwałem. Kiedy w 1978 roku założyłem w Bostonie Towarzystwo Muzyczne im. Stanisława Moniuszki, mogłem już sobie pozwolić na zajmowanie się wyłącznie działalnością muzyczno-kulturalną.
Czemu akurat Moniuszko tak Pana zafascynował?
– W tym czasie, kiedy Polska była podzielona, grabiona i niszczona, jak pamiętamy z historii, Chopin, Mickiewicz i cała intelektualna Polska wyjechała za granicę. A Moniuszko jako zwykły, prosty organista pozostał w Ojczyźnie i zrobił tak wiele dla ludzi. Przygotowywał śpiewniki domowe, tworzył wspaniałe pieśni, m.in. „Litanię Ostrobramską”, „Kozaka”, „Prząśniczkę”, „Znasz li ten kraj”, utwory symfoniczne, msze. Gdy przeniósł się do Warszawy, od razu ją podbił jako wielki kompozytor. Wystawiał „Halkę”, „Straszny dwór”. Dlatego bardzo wysoko oceniłem jego działalność i zapragnąłem promować jego muzykę na świecie, gdzie nie jest tak znany jak powinien. W Stanach Zjednoczonych jest doceniana melodyjność tej muzyki i dusza słowiańska.
Dopiero więc w Ameryce rozwinął Pan skrzydła?
– Chyba tak Bóg chciał. Kiedy wyjechałem do Ameryki, stwierdziłem, że poziom życia kulturalnego Polonii nie stoi na wysokim poziomie. Teraz przyjeżdżają tu Polacy, którzy mają już jakieś naukowe osiągnięcia, kiedyś jednak tak nie było. Poziom życia kulturalnego trzeba było odbudować.
Dlatego stworzył Pan wspomniane towarzystwo muzyczne?
– Tak. W pierwszej wersji zaczęliśmy upowszechniać muzykę Stanisława Moniuszki. Organizowaliśmy bożonarodzeniowe koncerty w Bibliotece Johna Kennedy’ego, w których do udziału zapraszałem przedstawicieli wszystkich krajów bałtyckich. Ludzie przychodzili na nie setkami, każdy czuł dumę, że pochodzi z tych krajów, które się prezentowały. Od momentu, kiedy ksiądz kardynał Karol Wojtyła został Papieżem, postanowiliśmy zająć się również upowszechnianiem idei i filozofii Jana Pawła II, tym bardziej że miałem wielki zaszczyt poznać Ojca Świętego, czterokrotnie bowiem byłem w Rzymie.
Jak wyglądały Pana kontakty z Ojcem Świętym?
– W 1976 roku, jeszcze jako kardynał, przyszły Papież był na Kongresie Eucharystycznym w Filadelfii, skąd przyjechał do Bostonu. Nie miałem wówczas nadziei, że kiedykolwiek przyjadę do Polski, ponieważ zawsze byłem przeciwnikiem reżimu komunistycznego. Wyjechałem i już nie wróciłem do kraju. Dostawałem nawet od czasu do czasu pogróżki z konsulatu, szczególnie nasilały się one w miarę mojego popierania „Solidarności” po ogłoszeniu stanu wojennego. Kiedy przybył do nas ks. kard. Karol Wojtyła, została odprawiona Msza św. w kościele św. Wojciecha w Bostonie. Tej uroczystości nigdy nie zapomnę. Ze wzruszenia nie mogłem przemówić słowa do ks. kard. Wojtyły. – Eminencjo – mówię – bardzo tęsknię, tyle lat nie byłem w Polsce – powiedziałem w końcu do niego. Poklepał mnie po ramieniu i powiedział: – Proszę pana, nic nie jest wieczne, także ten ustrój w Polsce. Jego dni są policzone i jeszcze będzie pan wracał… Poczułem wtedy, że obcuję z wielkim człowiekiem. Tymi słowami przywrócił nam nadzieję. Do następnego spotkania doszło w 1979 r., kiedy Jan Paweł II przyjechał do Ameryki. Przyciągnął uwagę milionów ludzi, w tym w szczególności młodzieży. Wszyscy skandowali, składali mu hołd, również protestanci i prawosławni. Amerykanie zaakceptowali go jako głowę Kościoła i jako Polaka. Gdy podszedłem do Ojca Świętego, poznał mnie. Proszę sobie wyobrazić, że pamiętał nawet strój Zbigniewa z opery „Straszny dwór” Moniuszki, w który byłem ubrany, gdy wcześniej miałem możliwość spotkania się z nim. – A to pan był w tym stroju Zbigniewa – powiedział. To nie do pomyślenia, jaką miał niesamowitą pamięć. W 1988 r. na 10-lecie pontyfikatu Papieża zrobiłem wielki koncert w katedrze św. Patryka w Nowym Jorku, który był pierwszym i jedynym takim koncertem w całej Ameryce.
Co wniósł Jan Paweł II w Pana życie?
– Bardzo wiele. Przede wszystkim dobroć, mądrość i sprawiedliwość. Kiedy się rozmawia z ludźmi w Chicago, w Salwadorze czy na Wyspach Karaibskich lub wszędzie tam, gdzie organizuję koncerty na cześć Jana Pawła II, wszyscy go bardzo ciepło wspominają. Papież był zawsze dla mnie największym Polakiem i największym autorytetem.
W czym tkwi sekret niezwykłej atmosfery koncertów organizowanych na cześć Ojca Świętego?
– Za pomocą muzyki staramy się przekazywać naszą miłość i oddanie Janowi Pawłowi II. Choć nie ma go już na tym świecie, nie ustaję w rozsławianiu jego imienia, utrwalaniu przykładu jego życia i osobowości. Stworzyć ciekawy program jest wielką sztuką. Nie organizujemy koncertów tylko dla samej muzyki. Wprowadzamy do nich szereg dodatkowych elementów, np. obraz Matki Bożej Częstochowskiej, nagrania słów Jana Pawła II, księdza Prymasa Wyszyńskiego, czy bicie dzwonów z Jasnej Góry. Słuchacze są pod wielkim wrażeniem tych spotkań muzycznych. Pragnę, aby organizowane przeze mnie koncerty były jak najbardziej uroczyste, a przybyli na nie ludzie przeżywali ten dzień inaczej niż każdy inny, żeby koncerty te wiązały nas wszystkich poprzez wielką miłość do Ojca Świętego Jana Pawła II.
Taki był chociażby pamiętny koncert w Kaliningradzie w 2005 roku na 750-lecie miasta, który okazał się triumfem polskości…
– To prawda. Koncert odbył się w Kaliningradzie, gdzie wydawało się, że takie akcje mogą kończyć się fiaskiem. A tam był triumf chrześcijaństwa, zrozumienia przez Rosjan naszego polskiego patriotyzmu. To orkiestra rosyjska grała koncert poświęcony warszawskim powstańcom. Na dźwięk „Gaude Mater Polonia” Rosjanie jak jeden mąż wstali. Potem wsłuchiwali się w słowa Jana Pawła II. Po zakończeniu koncertu podszedł do mnie jakiś wysokiej rangi oficer rosyjski, dość młody wiekiem, i z ubolewaniem powiedział, że wie o tym, iż w czasie, gdy warszawscy powstańcy walczyli o swoją Warszawę, wojska sowieckie stały na drugim brzegu Wisły i czekały aż padnie polska stolica. Powiedział, że wszystkiemu był winien stalinowski reżim i bardzo mu wstyd za takie zachowanie się wojsk sowieckich. Uważam, że skrucha ludzi jest dziś bardzo wymowna. I po to również robimy takie koncerty. Dostałem po nim list od konsula generalnego RP w Kaliningradzie Jarosława Czubińskiego, w którym pisał m.in.: „Nigdy wcześniej w Rosji nie wykonywano niektórych utworów zawartych w programie koncertu. Nie zdarzało się też, aby w wydarzeniu poświęconym pamięci Papieża-Polaka wzięło udział tak wielu rosyjskich uczestników i gości honorowych, w tym wysocy przedstawiciele władz i duchowni Cerkwi Prawosławnej”. Muszę dodać, że z Kaliningradem byłem związany już wcześniej. Jako dziecko w 1953 roku pracowałem tutaj przy układaniu torów kolejowych do granicy polskiej. W niedzielę, bo kościoły były tu zamknięte, podchodziliśmy do granicy i słuchaliśmy, jak w Polsce biją dzwony. To była najpiękniejsza melodia, jaką pamiętam.
Za krzewienie kultury polskiej w Stanach Zjednoczonych otrzymał Pan medal George’a Washingtona. Czym jest dla Pana to odznaczenie?
– Jest to dla mnie bardzo ważne odznaczenie, przyznawane przez Polsko-Amerykańską Fundację Wolności, ponieważ jestem jedynym Polakiem w Ameryce, który je dostał, a to zobowiązuje. Tam, gdzie organizuję koncerty na świecie, poprzez muzykę szukam podobieństwa między ludźmi. Choć różni nas wiele spraw, to zawsze łączy Bóg.
12 września o godz. 18.00 w bazylice na Jasnej Górze odbędzie się organizowany przez Pana międzynarodowy koncert poświęcony 325. rocznicy Odsieczy Wiedeńskiej. Co według Pana dało Polsce i światu zwycięstwo Sobieskiego pod Wiedniem?
– 12 września 1683 roku król Jan III Sobieski pobił Turków pod Wiedniem i dzień ten Papież Innocenty XI ustanowił świętem kościelnym. Chciałbym w tym jubileuszowym koncercie pokazać, że pamiętamy ten dzień nie tylko my – Polacy w naszej Ojczyźnie, ale także za granicą. Zwycięstwo bowiem w tej jednej z najważniejszych bitew w dziejach Europy Środkowej i Wschodniej ocaliło Austrię i Rzeczpospolitą przed podbojem, a ludność przed wzięciem w jasyr. Również dzięki temu zwycięstwu kultura chrześcijańska została ocalona przed islamem. W liście do Papieża Innocentego XI Jan III Sobieski w dzień po batalii napisał: „Venimus, vidimus et Deus vicit” (Przybyliśmy, zobaczyliśmy i Bóg zwyciężył). To było wielkie zwycięstwo Polaków. Triumf pod Wiedniem przyniósł Polakom ogromną sławę wśród narodów Europy.
A klęskę Turkom. Pan jednak chce uhonorować ich podczas koncertu, dlaczego?
– Wiadomo, że pod Wiedniem miała miejsce największa klęska Turków. Niezależnie od tego jednak uznali wielkość naszego kraju, potęgę wojska polskiego, wojowniczość i oddanie chrześcijaństwu. Poza tym Turcja nigdy nie uznała rozbiorów Polski. Dlatego mam szacunek dla kraju, który wykazał dla nas zrozumienie. Po raz pierwszy w historii Jasnej Góry znajdzie się tutaj flaga turecka i prawdopodobnie po raz pierwszy przybędą na Jasną Górę dyplomaci tureccy. Obok flagi tureckiej znajdzie się także flaga austriacka, niemiecka, polska i amerykańska. Ta ostatnia została podarowana nam przez Amerykanów na znak solidarności w 1956 roku. Przywiozłem ją do Polski w 1990 roku i obecnie znajduje się w Muzeum Piastów Śląskich w Brzegu. Flaga ta była już w Gdańsku, Kaliningradzie, Wilnie, obecnie będzie po raz pierwszy na Jasnej Górze.
Jaka jest idea koncertu?
– Chciałbym oddać hołd Ojczyźnie, powiedzieć, że scaliła nas wszystkich i scala Madonna z Jasnej Góry. Chcę pokłonić się także królowi polskiemu, który przed bitwą modlił się na Jasnej Górze i błagał Maryję o pomoc. Na swoich sztandarach wypisał hasła maryjne. Koncert ma na celu upamiętnienie również naszego ukochanego Papieża Jana Pawła II, który był w Wiedniu, kiedy obchodzono 300-lecie Odsieczy Wiedeńskiej. Podkreślił wówczas, że musimy zadbać o naszą tożsamość.
Co szczególnego znajdzie się w programie?
– Koncert odbędzie się w bazylice jasnogórskiej, nie na wałach, jak pierwotnie zamierzaliśmy, ze względu na niepewną pogodę. W programie znajdą się m.in. światowe prapremiery utworów, takich jak: „Gloria” Jarosława Gołembiowskiego, utworu poświęconego pamięci Jana Pawła II, Jana Botora „Agnus Dei” na chór mieszany i orkiestrę oraz „Deus Vicit” do Psalmów Wespazjana Kochowskiego, „Wiedeńska Odsiecz, marsz na cześć Króla Jana III Sobieskiego” Leona B. Landowskiego, „Victoria” Wojciecha Kilara, a także „Epitafium Katyńskie” Andrzeja Panufnika. Wystąpi Śląska Opera w Bytomiu, Reprezentacyjna Orkiestra Wojsk Lądowych RP, chóry: Cantus Cantores Opoliensis „Legenda” z Opola, Politechniki Wrocławskiej, św. Maksymiliana z Brzegu, „Talis Cantus” z Otmuchowa, Jasnogórska Szkoła Chóralna oraz „Pochodnia” z Częstochowy.
Czy ma Pan jakieś pasje poza muzyką?
– Bardzo lubię sport, w szczególności lekkoatletykę. Swego czasu uprawiałem kolarstwo i biegi na dziesięć kilometrów.
Nie założył Pan rodziny…
– Niestety, nie, choć bardzo lubię i cenię kobiety. Mam wielkie uznanie dla matki, która rodzi dziecko i wychowuje je, dając mu tak wiele od siebie. Miłość do muzyki jest jednak dla mnie tym samym, czym miłość do kobiety. To dwa elementy, które się ze sobą jakby absolutnie stykają. Kiedyś się ożenię… w tej chwili jestem żonaty z muzyką.
A tęskni Pan za Polską?
– Oczywiście…
Czy chciałby Pan wrócić tutaj na stałe?
– Myślę, że na pewno wrócę. Muszę powiedzieć, że Polska jest Narodem wybranym przez Maryję. Tak bardzo chciałem, żeby kiedykolwiek być w Częstochowie w czasie pielgrzymki i akurat dane mi było w tym roku uczestniczyć na Jasnej Górze w tych uroczystościach. Widziałem tysiące ludzi, którzy z krańców Polski przychodzili tu jako pątnicy, zmęczeni, ale szczęśliwi. Byłem poruszony ich postawą. Pokonali tyle setek kilometrów, a nikt nie narzekał. W żadnym kraju na świecie tego się nie spotyka. To jest ta wielka siła, która płynie z Jasnej Góry. Madonna łączy wszystkich ludzi.
Chciałbym tutaj przy okazji bardzo serdecznie podziękować wspaniałemu księdzu infułatowi Ireneuszowi Skubisiowi, który okazał mi dużo serca, dał wiele inspiracji i pomógł rozwiązać pewne problemy. Chciałbym podziękować także „Naszemu Dziennikowi” za wspaniałe artykuły, którymi żyje cała Polonia Amerykańska. Codziennie czytam wydanie internetowe „Naszego Dziennika”. O godzinie 21.00 naszego czasu, czyli o 3.00 godzinie nad ranem czasu polskiego, kiedy w Ojczyźnie wszyscy jeszcze śpią, my w Ameryce wiemy już wszystko, co się dzieje.
Dziękuję Panu za rozmowę.
