Przegramy, jeśli Rosja rozbije Europę
Z prof. Andrzejem Nowakiem, historykiem, redaktorem naczelnym
dwumiesięcznika „Arcana”, rozmawia Mariusz Bober
Wybuch wojny między Rosją i Gruzją to spontaniczna, niekontrolowana eksplozja czy zaplanowana akcja którejś ze stron?
– Z tego, co wiemy, wydaje się, że konflikt gruziński został zaplanowany przez obie strony. Od dłuższego czasu Rosja starała się wszelkimi sposobami sprowokować prezydenta Micheila Saakaszwilego do podjęcia działań w Osetii Południowej. Naruszenia gruzińskiej przestrzeni powietrznej, wzmacnianie sił rosyjskich i osetyjskich oraz pogarszająca się sytuacja resztek ludności gruzińskiej w Osetii i Abchazji miały niewątpliwie na celu wywołanie ostrych reakcji Tbilisi. Jeszcze na początku lat 90. największą grupę ludności w obu prowincjach stanowili Gruzini, nie Osetyjczycy i nie Abchazowie. Stopniowo, po wspieranym przez Rosję buncie Abchazji i Osetii Płd. Gruzini zaczęli stamtąd uciekać. Dlatego dziś stanowią tam mniejszość, i to prześladowaną.
Na swoich rdzennych ziemiach? Gruzini uważają, że tak, Osetyjczycy i Abchazowie mówią coś innego.
– Nie chciałbym wchodzić w spór na ten temat, który ciągnie się od wieków. Wracając zaś do wcześniejszego pytania – prowokacje rosyjskie w Osetii, ale także w Abchazji, wywarły oczekiwany skutek. Prezydent Saakaszwili wyobraził sobie, sądząc z przebiegu wydarzeń, że najłatwiej będzie przeciąć ten wrzód właśnie wtedy, gdy akurat zaczynała się olimpiada letnia w Pekinie. Zakładał zapewne, że świat zajęty tym wydarzeniem nie zareaguje na szybkie przejęcie kontroli nad maleńką (wielkości polskiego powiatu) Osetią. Rosja osiągnęła swój bezpośredni cel. Saakaszwili dał się sprowokować. Moskwa wystąpiła w roli obrońcy uciśnionej Osetii, atakując wojska gruzińskie. Gdyby jednak Rosjanie poprzestali na wyparciu sił gruzińskich z tej prowincji i pozostawili swoje oddziały na granicy od lat odseparowanej faktycznie od Gruzji Osetii, mogliby znaleźć usprawiedliwienie dla pozostawienia swoich wojsk w tej prowincji (część z nich stacjonowało tam jako siły rozjemcze na mocy uprzedniego porozumienia gruzińsko-osetyjsko-rosyjskiego). Znaczna część opinii publicznej na Zachodzie uwierzyłaby, że celem Rosji jest tylko odsunięcie sił gruzińskich od Osetii. Jednak Moskwa zrobiła co innego – weszła głęboko na terytorium Gruzji. Celowo zagroziła samemu Tbilisi, wytwarzając nastrój niepewności.
Jaki miała w tym cel?
– Prawdopodobnie była to próba obalenia rządu Micheila Saakaszwilego. Ten cel na razie nie został zrealizowany, ale Rosja straciła szansę na uzyskanie akceptacji jej polityki przez wspólnotę międzynarodową, a w każdym razie na dalsze występowanie w roli rozjemcy. Od momentu, gdy zajęła miasto Gori i zagroziła Tbilisi, bombardowała port Poti, i od kiedy zaczęły się dziać dziwne rzeczy wokół rurociągu Baku-Tbilisi-Ceyhan [z wybrzeża Morza Kaspijskiego do wybrzeża Morza Śródziemnego – przyp. red.] Rosja stała się ewidentnym agresorem. W ten sposób zmienił się charakter tego konfliktu.
Powiedział Pan, że właściwie obie strony planowały ten konflikt. Do czego on miał prowadzić? Jakie cele miał osiągnąć?
– Zacznijmy od celów Gruzji, czy może – prezydenta Saakaszwilego. Najprostszym do zrozumienia celem byłoby odzyskanie suwerenności państwowej na terytorium kraju. Sytuacja bowiem wyglądała trochę tak, jakby, powiedzmy, w Polsce siły niemieckie występowały jako rozjemcy na terenie Śląska, a władze w Warszawie zdecydowały się odzyskać te ziemie. Jednak odzyskanie Osetii Południowej to cel bardzo trudny do osiągnięcia. Zapewne Saakaszwili liczył się z tym, że Rosja może zareagować ostro. W takiej sytuacji drugim celem gruzińskiego prezydenta, który możemy przyjąć jako prawdopodobny, mogło być skoncentrowanie wokół siebie poparcia społeczeństwa, które powinno wzrosnąć w przypadku zagrożenia zewnętrznego. Kiedy Rosja wystąpiła z brutalną reakcją, stając się agresorem, Saakaszwili liczył zapewne na zwiększenie sympatii na Zachodzie dla Gruzji i pomnożenie tym samym szans dla osiągnięcia strategicznego celu tego kraju – wstąpienia do NATO. Dziś mówi się o tym w sposób o wiele bardziej poważny niż np. podczas szczytu Sojuszu w Bukareszcie, gdzie niektóre duże kraje europejskie, głównie Niemcy i Włochy, blokowały tę kandydaturę. Ten drugi cel Saakaszwilemu udaje się obecnie realizować.
A jakimi celami kierowała się Rosja?
– Pierwszy, geopolityczny cel to wzmocnienie kontroli nad Zakaukaziem, podkreślenie roli Moskwy jako jedynego kontrolera tego obszaru i usunięcie z niego wpływów Zachodu. Najważniejszym przyczółkiem tych wpływów jest Gruzja. Uderzenie w nią prowadzi więc do zmniejszania wpływów zachodnich. W tej geopolitycznej grze chodzi także o ekonomię. To jest drugi cel, być może najważniejszy. Chodzi o podważenie stabilności tej jedynej nitki łączącej Europę ze złożami ropy i gazu z obszaru Morza Kaspijskiego i Azji Środkowej, alternatywnej wobec sieci, którą oplata Europę rosyjski dostawca. Oznaczałoby to przyznanie Rosji totalnej kontroli nad bezpieczeństwem energetycznym Europy i odcięcie jej od jedynej alternatywy gruzińsko-azersko-kazachskiej.
A więc uzależnienie – w krótkiej perspektywie czasowej – energetyczne, a także polityczne Europy?
– Europa już jest uzależniona od rosyjskich dostaw, ale chodzi o to, by nie miała żadnego innego ruchu, żadnej alternatywy wobec Rosji.
Uniezależnienie miał zapewnić Europie m.in. rurociąg gazowy Nabucco, łączący państwa Starego Kontynentu przez Turcję ze złożami położonymi w basenie Morza Kaspijskiego.
– Ale realizacja tego projektu ślimaczy się strasznie, spowalniana sprytnie przez rosyjskie lobby działające w Europie. Wiadomo jednak, że na razie funkcjonuje rurociąg naftowy Baku – Tbilisi – Ceyhan. Uderzenie przez Rosję w najważniejszy dla transportu surowców port Poti i – jak wspomniałem – dziwne incydenty w pobliżu rurociągu BTC służą właśnie paraliżowaniu lub groźbie paraliżu niezależnych od rosyjskich dostaw z basenu Morza Kaspijskiego. Są też następne cele. Przecież prezydent Dmitrij Miedwiediew sprawuje władzę od kilku miesięcy. Jest to postać bez porównania słabsza od jego poprzednika, Władimira Putina. Potrzebuje więc wzmocnienia swojej pozycji. Tak jak nikomu nieznany przed 8 laty, „wyciągnięty z kapelusza” premier Putin budował swoją pozycję na drugiej wojnie czeczeńskiej, tak obecnie władza rosyjska sięga do taktyki, którą świetnie oddają słowa wypowiedziane przez ministra spraw wewnętrznych Rosji z 1904 roku. Wiaczesław Plehwe powiedział wtedy, przed wojną z Japonią, że „Rosji potrzebna jest mała, zwycięska wojenka”. Tak wtedy myślał minister, choć rzeczywistość okazała się inna. Rosyjskich celów jest jednak więcej.
Są jeszcze jakieś?
– Oczywiście. Niektóre z nich sprowadzają się do partykularnych interesów m.in. lokalnych grup osetyjskich, wręcz mafii osetyjskiej. Pierze ona setki milionów dolarów na obszarze Osetii. Wojna, a następnie odbudowa tych ziem przy pomocy rosyjskich pieniędzy jest dla niej kolejną okazją do zwiększenia stanu jej posiadania. O wiele większe pieniądze wchodzą jednak w grę w związku z Abchazją. Jest to jedno z najatrakcyjniejszych turystycznie miejsc w sąsiedztwie Rosji.
A w dodatku pozbawia Gruzję około połowy jej wcześniejszego dostępu do morza?
– Nawet nie chodzi o dostęp do morza, ale o najatrakcyjniejsze w byłym Związku Sowieckim nadmorskie obszary turystyczne. Współcześni rosyjscy oligarchowie zainwestowali tam w ostatnich latach gigantyczne pieniądze. Największym inwestorem jest mer Moskwy Jurij Łużkow. Oligarchowie kupują i budują tam hotele.
Rosyjscy oligarchowie stworzyli sobie tam coś w rodzaju prywatnej republiki?
– To nie jest tak, że mer Łużkow może rządzić Kremlem. Jest jednak na tyle potężny, podobnie inni rosyjscy oligarchowie inwestujący na tym obszarze, że do pewnego stopnia może wpływać na politykę Kremla. Przez te inwestycje niejako popycha politykę Rosji w tym kierunku, by uczynić te inwestycje opłacalnymi, co oznacza wcielenie tych ziem do Rosji. Symbolicznym podkreśleniem owego stanu jest wskazanie przez Moskwę Soczi jako miejsca organizacji zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2014 roku. To paradoks, że w Rosji, kraju położonym na północy Eurazji wybrano na miejsce organizacji zimowej olimpiady miasto wysunięte najbardziej na południe. Myślę, że powodem takiej decyzji mogło być właśnie to, że miasto to bezpośrednio sąsiaduje z Abchazją. W połączeniu z tą republiką tworzy kompleks gigantycznych inwestycji, które zwrócą się nie w trójnasób, ale nawet kilkunastokrotnie albo kilkudziesięciokrotnie, gdy Abchazja stanie się w pełni własnością rosyjską. Ostatnim czynnikiem decydującym o polityce Rosji jest kultura czy może tradycja polityczna, a raczej jej potężny nurt imperialny, który został odnowiony przez prezydenta Putina podczas ostatnich 8 lat jego rządów. Rosjanie chcą pokazać siłę, pokazać, że mogą kontrolować sąsiednie kraje, że są panami na obszarze co najmniej dawnego Związku Sowieckiego.
A dzięki pieniądzom z Zachodu, zarobionym na eksporcie ropy i gazu, udaje im się zrealizować te plany?
– Realizują to, a czy w długofalowej perspektywie opłaci im się taka polityka, to już inna sprawa.
Wojna w Gruzji może przerodzić się w konflikt – również militarny – między Zachodem i Rosją? Agresywna polityka tego kraju może zagrażać nie tylko przyszłości kaukaskiego kraju, ale także – jak Pan powiedział – bezpieczeństwu niezależnych od Rosji dostaw surowców energetycznych do państw zachodnich.
– O konflikcie militarnym na szczęście nikt nie myśli, ani na Zachodzie, ani w Rosji. Natomiast konflikt polityczny, ostrzejszy niż można było sobie wyobrazić jeszcze kilka miesięcy temu, już ma miejsce. Jest to w dodatku konflikt, który przybiera na sile. Widać też, że Rosja nie stara się tej dynamiki wytracić. Wręcz przeciwnie, sama ją zwiększa swoimi posunięciami, m.in. decyzjami o oderwaniu od Gruzji Osetii Płd. i Abchazji. Konflikt co prawda nie przybierze formy militarnej, ale jego konsekwencje polityczne będą na pewno duże.
Czy te konsekwencje będą odczuwalne głównie na płaszczyźnie gospodarczej? Co by się stało, gdyby Rosja rzeczywiście przejęła kontrolę nad Gruzją, a co za tym idzie – nad transportem ropy i gazu z basenu Morza Kaspijskiego? Przecież przez Gruzję biegnie także budowany przez amerykańskie koncerny rurociąg BTC.
– Rzeczywiście, ale USA nie są tak uzależnione jak Europa od dostaw rosyjskich surowców – ropy i gazu. Już bardziej amerykańskie elektrownie atomowe uzależnione są od dostaw rosyjskich odpadów radioaktywnych. Rosjanie dostarczają aż jedną czwartą materiału, na którym pracują amerykańskie siłownie jądrowe. Wracając do pytania – w najbliższych miesiącach, a może latach rozegra się walka o to, czy Rosja przejmie całkowitą kontrolę nad transportem surowców z tego regionu, czy nie. Jeśli jej się to uda, przejmie kontrolę nad dostawami do Europy głównie gazu, ale w dużej mierze także ropy. Złoża tych surowców na Morzu Północnym nie są żadnym ekwiwalentem dla rosyjskich dostaw. Ponadto Rosja weszła już ponad 2 lata temu w układ z innym dużym dostawcą gazu – Algierią. Zawarte porozumienie czyni z tego kraju de facto część gigantycznego rosyjskiego konsorcjum naftowo-gazowego. Jeśli więc Rosji udałoby się „odciąć” Gruzję, Europa miałaby gazowo-naftowy rosyjski stryczek na szyi.
A więc Rosja dzięki potędze swoich rurociągów i zasobów ropy sięgnie w XXI w. ponownie po władzę nad Europą?
– Jednak nie tylko Europie te plany się nie podobają. Wbrew pozorom główni eksporterzy ropy i gazu z Azji Środkowej, Kazachstan i Turkmenistan [obecnie Rosja w coraz większym stopniu sprzedaje surowce wydobywane właśnie w tych krajach – przyp. red.] również nie są skłonni do uzależniania się od rosyjskiego pośrednictwa w sprzedaży ropy i gazu. Starają się, co jest zrozumiałe, grać na różne strony.
Czyli gra pośrednio toczy się także o niezależność Kazachstanu i Turkmenistanu?
– Tak, oczywiście. I ostatecznie, jeśli Zachód tę grę, a raczej walkę podejmie – to znajdzie w tych krajach życzliwe przyjęcie. W Kazachstanie nie marzą o powrocie do układu z czasów carskich albo sowieckich, ani też o tym, by Rosja oderwała od tej ogromnej republiki połowę obszaru – pod pozorem obrony etnicznych Rosjan ją zamieszkujących…
I znów, podobnie jak podczas II wojny światowej, USA muszą pomóc Europie, która sama nie potrafi zadbać o swoje bezpieczeństwo, tym razem energetyczne?
– Nie przesadzajmy z tym uzależnieniem. Potrzeba jest matką wynalazków. Pamiętajmy, że w 1973 r. Zachód znalazł się pod wpływem szantażu naftowego, przede wszystkim cenowego, krajów arabskich. Wówczas w krajach zachodnich wiele wymyślono, by zmniejszyć uzależnienie od dostaw ropy naftowej. Powstało wówczas więcej elektrowni atomowych, powstały spalające znacznie mniej paliwa silniki samochodowe, itd. Teraz również są brane pod uwagę różne technologie – jako alternatywa – dla ropy i gazu, zarówno dla potrzeb grzewczych, jak i dla transportu. Oczywiście nie jest to rewolucja, której można dokonać z roku na rok, jednak gdyby Zachód doświadczył rosyjskiego szantażu energetycznego, przyspieszyłoby to, np. w perspektywie 10 lat, uniezależnienie od tego gazowo-naftowego lobby. Szybciej przeszlibyśmy wtedy na paliwo wodorowe, więcej wykorzystywalibyśmy paliw pochodzenia roślinnego itd. Rosja może więc przez jakiś czas wygrywać na swoim szantażu, ale tylko do pewnego stopnia.
Co może Rosję powstrzymać?
– Przede wszystkim zjednoczenie Zachodu, a najpierw zjednoczenie Europy. Jeśli będzie ona występowała jako całość, możliwości rosyjskiego szantażu drastycznie spadną. Bowiem Rosja nie może tak po prostu zakręcić kurków ropy i gazu całej Europie naraz. Nie jest bowiem w stanie wyeksportować tego surowca w krótkiej perspektywie czasowej gdzie indziej. Nie ma innych odbiorców na taką skalę. W tym wypadku to Moskwa potrzebowałaby ok. 10 lat na budowę rurociągów do Indii i Chin. Ale nawet gdyby je zbudowała, mimo szybkiego wzrostu tych gospodarek, nie potrzebują one aż tyle ropy i gazu, ile zużywa Europa. Bez europejskich odbiorców rosyjska gospodarka musiałaby upaść. Dlatego rosyjska gra polityczna polega na dzieleniu Europy. Jak do tej pory ta technika okazała się skuteczna. Rosja opiera się na swoich wypróbowanych „przyjaciołach” (mówię z przekąsem, bo w tych relacjach chodzi oczywiście o interesy, a nie prawdziwą przyjaźń) w Niemczech, Włoszech i w mniejszym stopniu we Francji. Zwłaszcza w tych trzech krajach rosyjskie lobby próbuje działać, usiłując wykorzystywać swoje wpływy do rozbijania jedności Unii Europejskiej.
Atak na Gruzję nie przebudził UE?
– Na pewno utrudni działanie tego lobby. Dlatego obecnie może ono w 100 procentach liczyć właściwie tylko na premiera Włoch Silvio Berlusconiego, którego firmy prowadzą interesy z rosyjskimi koncernami, i prezydenta Czech Vaclava Klausa, z zupełnie innych powodów. Jeśli Moskwie uda się podzielić Europę, to wygra ona konflikt na Kaukazie, jeśli nie – przegra go.
Odpowiedź na to pytanie zdecyduje również o przyszłości polityki partnerstwa między Rosją a UE i zawarcia ścisłego sojuszu? Na poniedziałkowym szczycie Unia wstrzymała prace nad dokumentem w tej sprawie.
– Unia jako całość nie projektowała nigdy ścisłego sojuszu z Rosją. Zaś Moskwa nigdy nie traktowała UE w całości jako swojego partnera. Stawia ona konsekwentnie na stosunki bilateralne z wybranymi państwami – Niemcami oraz Francją i Włochami. Jeśli Rosja rozbije jedność UE, zrealizuje o wiele bardziej niebezpieczny plan – współpracy dwustronnej z Niemcami na rzecz podziału wpływów w Europie Środkowowschodniej i Wschodniej. Ta perspektywa jest jeszcze bardziej dla nas niebezpieczna.
Czyli reanimacja paktu Ribbentrop – Mołotow z 1939 roku?
– Bardziej polityki Rapallo. Nie chodzi jednak o interwencję zbrojną, ale o powstanie sojuszu, którego skutki mogłyby przypominać skutki paktu Ribbentrop – Mołotow, przynajmniej w sprawie losu republik nadbałtyckich. Przypomnę słowa byłego prezydenta Władimira Putina z 2005 r., który w wywiadzie dla jednej z niemieckich stacji telewizyjnych powiedział, że „to my, Rosjanie i Niemcy” daliśmy tym „małym kraikom” niepodległość traktatem brzeskim w 1918 roku, więc „my również mieliśmy im prawo zabrać suwerenność innym traktatem”, traktatem Ribbentrop – Mołotow. Zabrzmiało to szokująco, złowieszczo i groźnie. Jeśli przywódcy Rosji myślą w ten sposób, to jest to niebezpieczne. Wówczas nie znaleźli życzliwych dla tych pomysłów słuchaczy w Niemczech, ale gdyby w przyszłości znaleźli, to byłoby to nie tylko niebezpieczne, ale wręcz tragiczne w konsekwencjach.
W takim razie obecne władze Rosji są zagrożeniem dla Europy?
– Na pewno są one nastawione na rozbicie Europy i podporządkowanie jej interesom gospodarczym i politycznym Rosji. Jeśli ktoś traktuje taką politykę jako ograniczenie suwerenności, nie może reagować inaczej niż wyrażeniem obaw. Chciałbym też podkreślić, że za obecne wydarzenia odpowiedzialność ponoszą rosyjskie władze, nie naród rosyjski. Posunięć Kremla nie należy utożsamiać z wolą społeczeństwa. Znaczna część Rosjan, zwłaszcza elit, które często wyjeżdżają na Zachód, chce być traktowana jako część cywilizowanego świata. Odebranie takiego poczucia Rosjanom byłoby przyjęte przez nich bardzo boleśnie, to znaczy powrót do takiej konfrontacji, w której wróciłyby określenia z czasów prezydenta USA Ronalda Reagana jak „imperium zła”, a Rosja byłaby przedstawiana jako dzikie, niebezpieczne imperium atakujące bezpardonowo sąsiadów i traktowane jako parias świata. Trzeba to jasno uświadomić politykom europejskim.
Ale przecież ktoś wybrał obecne władze Rosji, nie zrobili tego Polacy ani np. Brytyjczycy.
– Oczywiście. Zastanówmy się jednak, co działoby się w Polsce, gdyby przez 18 lat od odzyskania niepodległości nie było nie tylko Radia Maryja ani „Naszego Dziennika”, ani żadnych innych gazet, tylko jedna mega-gazeta-telewizja „Gazeta Wyborcza”? Jedna telewizja rozpisana na ileś kanałów nadająca identyczne treści. Myśli pan, że społeczeństwo polskie odrzuciłoby całkowicie taką indoktrynację? Raczej nie. Jeśli działa szczelna indoktrynacja, a w Rosji od 8 lat jest całkowicie szczelna, ponieważ wszystkie telewizje właściwie mają charakter totalitarnej propagandy (zwykli Rosjanie nie oglądają innych stacji niż rosyjskie), to poddani jej działaniu odbierają obraz świata, jaki dyktuje ekipa na Kremlu. Olbrzymia część informacji, o których my mówimy, nie dociera do Rosjan. Dominuje tylko jedna interpretacja: „Zachód nas atakuje, dziesiątki tysięcy Osetyjczyków zostało zamordowanych przez Gruzinów, itd.”. Propaganda nielicząca się z faktami jest przez 24 godziny na dobę, rok w rok, wtłaczana w głowy Rosjan. To przekłada się na wynik wyborów.
Tym bardziej że nie widzą alternatywy dla obecnych rządów. Co w takim razie powinien zrobić Zachód?
– Jeśli Rosjanie zobaczą, że na arenie międzynarodowej polityka silnej ręki nie przynosi efektów, a do tej pory przynosi, niestety, efekty, podobnie jak likwidacja w Rosji demokracji rozumianej na sposób zachodni, z wolnością mediów na czele, i jeśli kraj ten stanie się obiektem oskarżeń o działalność niebezpieczną, prowadzenie imperialnej polityki, wówczas ona przestanie działać w Rosji. W ten sposób społeczeństwo cofnie mandat dla władz. Społeczeństwo rosyjskie bardzo boleśnie odebrałoby np. cofnięcie prawa organizacji Zimowej Olimpiady w Soczi w 2014 r. albo wyrzucenie Rosji z Grupy G-8.
Czy to rzeczywiście miałoby realny wpływ na zachowanie Kremla? Czy Moskwa bardziej nie odczułaby np. rezygnacji przez Niemcy z ułożenia rurociągu po dnie Bałtyku lub szybkiej budowy gazociągu Nabucco omijającego Rosję? Oczywiście przy założeniu, że Gruzja zachowałaby niepodległość.
– To oczywiście uderzyłoby w część interesów rosyjskich, ale nie zmieniłoby rosyjskiej polityki. Nie widziałbym tu żadnych środków nacisku na Rosję. Ona po prostu musi eksportować ropę i gaz do Europy, a Unia musi je kupować, przynajmniej przez najbliższe 10-15 lat. Natomiast ugodzenie w prestiż Rosji przyniesie efekt. W tej dziedzinie Moskwa już bardziej nie może upokorzyć Zachodu. Może co prawda wypierać jego wpływy z dawnej tzw. przestrzeni Związku Sowieckiego. Widać jednak, że Unia i USA nie reagują całkiem biernie. Bardzo ładnie ujął to minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii David Miliband, który oświadczył, że trzeba przypomnieć politykom rosyjskim, że coś takiego jak przestrzeń Związku Sowieckiego już nie istnieje w polityce międzynarodowej. Tylko polityka twarda, zdecydowana, jak np. wyrzucenie Rosji z Grupy G-8 i już teraz ogłoszenie warunkowego bojkotu Olimpiady Zimowej w Soczi odniesie skutek.
Więc szansa na podporządkowanie Europy jest tak kusząca, że Rosja nie waha się nawet ryzykować konfliktu ani z Unią, ani z USA?
– Nie chodzi tu na pewno o konflikt militarny, zresztą gdyby nawet wchodził w grę, UE nie prowadziłaby go, bo nie ma czym. Rosyjska armia jest mimo wszystko silniejsza od sił państw Unii. Natomiast jest wielokrotnie słabsza od Stanów Zjednoczonych. Mimo to Rosja może bardziej zaszkodzić USA niż Waszyngton Moskwie. Krótko mówiąc, Kreml może wyrugować z Azji Centralnej zdobyte przez USA w ciągu ostatnich lat przyczółki. Częściowo już udało się to Moskwie – np. w Uzbekistanie.
Co zachowanie Rosji w Gruzji oznacza dla innych krajów w większym lub mniejszym stopniu uzależnionych od Moskwy? Największe powody do obaw mają chyba obecne władze Ukrainy? Pojawiają się tam ostrzeżenia przed powtórzeniem „wariantu gruzińskiego”, bo południowo-wschodnia część tego kraju jest zdecydowanie prorosyjska, a nie raz pojawiały się groźby podziału Ukrainy.
– Polskim czytelnikom warto przypomnieć, że nie chodzi o „wariant gruziński”, to jest „wariant polski”. Przypomnijmy sobie historię I Rzeczypospolitej. Od czego zaczął się pierwszy rozbiór Polski? Od delegacji białoruskich biskupów prawosławnych, którzy przybyli z prośbą o objęcie przez wstępującą na tron carycę Katarzynę opieką „ludu prawosławnego Rzeczypospolitej”, rzekomo jęczącego pod jarzmem „polsko-katolickim”. Później znaleziono jeszcze inne argumenty. Jednak ten sposób odrywania jakiegoś terytorium suwerennego państwa pod pretekstem opieki nad jakąś mniejszością Rosja praktykuje od wieków. W największej skali wykonała go właśnie ponad 200 lat temu w I Rzeczypospolitej. Jeśli zaś chodzi o Ukrainę, to rzeczywiście jest ona zagrożona przez taką politykę rosyjską, jednak może nie tyle w całej południowej części kraju, ile na samym Krymie. W tym miejscu znów wraca postać mera Moskwy Jurija Łużkowa, który od kilkunastu lat stale powtarza, że Krym ma wrócić do Rosji. Mówi to mer stolicy Rosji i były kandydat na prezydenta, podważając w ten sposób suwerenność Ukrainy na Krymie. Pamiętajmy przy tym, że ludność rosyjska stanowi większość na tym strategicznym półwyspie, gdzie siedzibę ma rosyjska Flota Czarnomorska.
Co konflikt w Gruzji i powstała sytuacja geopolityczna oznacza dla Polski?
– Konflikt oczywiście dotyka problemu bezpieczeństwa naszego kraju.
Tylko energetycznego, z powodu obaw o niezrealizowanie połączenia rurociągowego z Odessą?
– To również ma znaczenie. Być może konflikt zmusi władze ukraińskie do przywrócenia odpowiedniego kierunku transportu ropy, a więc z Odessy do naszej granicy. Jednak nie mniej ważne od współpracy gospodarczej z Ukrainą są zabiegi Polski w UE dotyczące wspólnej europejskiej polityki wobec Rosji. Dlatego tak istotna jest sprawa jedności Unii. Bez niej nie będzie ani bezpieczeństwa Polski, ani Ukrainy. Jeśli bowiem Rosja rozbije jedność UE, za naszą zachodnią granicą będziemy mieli nie część Unii, ale partnera rosyjskiej polityki imperialnej.
Dziękuję za rozmowę.
