Armia zawodowa, ale nie profesjonalna?

Od 2010 roku nasza armia będzie profesjonalna, w pełni zawodowa, zniknie obowiązkowy pobór – takie są główne założenia programu reformy Sił Zbrojnych przedstawionego przez ministra Bogdana Klicha. Wojsko, które będzie liczyło 120 tysięcy ludzi, ma być przygotowane do prowadzenia działań obronnych i misji pokojowych. Zapowiadana jest jego modernizacja, wyposażenie w coraz nowocześniejszy sprzęt. Plan ministra Klicha jest ambitny, ale jeśli bliżej się mu przyjrzeć, to powstaje pytanie, czy realny do wykonania. Czy możliwe jest osiągnięcie tych celów, które zapowiada minister obrony, w tak krótkim czasie, jak to przedstawił? Rodzą się poważne wątpliwości.



Profesjonalizacja wojska, jak definiuje MON, to „proces jakościowej i ilościowej transformacji zasobów kadrowych i sprzętowych polskiej armii”. A „celem profesjonalizacji jest zastąpienie służby obowiązkowej ochotniczą służbą zawodową i służbą kontraktową, przy jednoczesnym dostosowaniu liczebności, struktury i wyposażenia armii zarówno do nowych wyzwań i zagrożeń, jak i oczekiwań społecznych w zakresie bezpieczeństwa narodowego”. Trzeba przyznać, że o profesjonalizacji armii mówiono od początku lat 90. Już wtedy było wiadomo, że stary model armii nie przystaje do współczesności. Ludzie, czołgi, samoloty, okręty, artyleria – to wszystko oczywiście istniało i nikt nie zamierzał likwidować żadnych z rodzajów broni. Chodziło jednak o to, że wojsko na całym świecie stawało się coraz nowocześniejsze, wyposażano je w nowe generacje broni. Polska armia pozostawała niestety mocno w tyle pod tym względem, co było wówczas związane głównie z problemami gospodarczymi. W latach 90., gdy cięto wydatki na wszelkie dziedziny, także na armię, nie było warunków do przeprowadzenia procesu profesjonalizacji. Teraz, gdy jako państwo jesteśmy bogatsi, ten proces można w końcu przeprowadzić.


Armia coraz mniejsza


Pod koniec PRL nasze wojsko liczyło 300 tysięcy żołnierzy, głównie z poboru. Służba w armii trwała 2-3 lata i przede wszystkim z tego powodu wielu młodych ludzi jej unikało. Poza tym sami dowódcy przyznawali, że wielu rekrutów stanowiło kiepski materiał na żołnierzy. Biorąc zaś pod uwagę, że z powodu ograniczeń finansowych zmniejszano zakres szkoleń żołnierzy, ograniczano ćwiczenia, wyjazdy na poligony, wartość naszego wojska systematycznie malała. Tym bardziej że i sprzęt się zużywał, a nowego kupowano niewiele. Dopiero po 2000 roku, gdy rozstrzygano duże przetargi na samolot wielozadaniowy, transporter opancerzony, nowoczesne rakiety, sytuacja zaczęła się zmieniać. Ale też potrzeby kadrowe armii stopniowo malały. Liczebność wojska, która w 2000 roku wynosiła jeszcze 200 tys. żołnierzy, stale się zmniejsza. W tej chwili w armii służy nieco ponad 124 tys. ludzi, z czego ponad 38 tys. to żołnierze z poboru. Poborowych jest jednak procentowo coraz mniej, bo zastępują ich w głównej mierze żołnierze kontraktowi. Ten proces ministerstwo obrony planuje teraz gwałtownie przyspieszyć.


Tylko ochotnicy


Minister obrony Bogdan Klich chce już w przyszłym roku przeprowadzić ostatni pobór, aby praktycznie od 2010 roku armia była w pełni zawodowa, ze stanem osobowym mniej więcej na obecnym poziomie. Trzon sił zbrojnych będzie stanowić 90 tys. żołnierzy zawodowych, których będzie wspierać 30 tys. wojska w Narodowych Siłach Rezerwowych. Siły rezerwowe byłyby uruchamiane na potrzeby reagowania kryzysowego czy też dla wzmocnienia jednostek wojskowych w sytuacjach kryzysowych. Służba rezerwowa byłaby odbywana głównie przez żołnierzy zwolnionych z czynnej służby wojskowej w oparciu o zawarte kontrakty. Będzie to więc formacja o dużo mniejszej wartości bojowej od zawodowych oddziałów.

Główną ideą profesjonalizacji, ale i jednocześnie problemem, jaki napotka MON, jest zastąpienie żołnierzy z poboru ochotnikami. To jest jeden z tych elementów, bez którego cały ten proces może spalić na panewce: po prostu, jeśli do wojska nie zgłosi się potrzebna liczba ochotników, armia nie osiągnie wymaganych stanów osobowych. I zamiast wzmocnienia naszej obronności, dojdzie do osłabienia militarnego państwa. To byłoby zaś kompletne fiasko programu i kompromitacja rządu oraz ministra obrony. Niestety, ale takie niebezpieczeństwo istnieje. Dlaczego?

Po pierwsze, słaba jest promocja wojska wśród młodych ludzi. To prawda, że teraz nasze ulice są obstawione billboardami zachęcającymi do wstąpienia do armii. Ludzi do założenia munduru nie skłoni tylko reklama. To bardzo żmudny proces, który trzeba zaczynać już w szkole podstawowej, a jednym z jego istotnych elementów jest wychowanie patriotyczne. Tymczasem z tą kwestią jest u nas akurat nie najlepiej. Przez wiele lat zachowania i postawy patriotyczne były wyszydzane, ośmieszane i nie da się tego ot tak odrobić w rok czy dwa. To prawda, że Polacy lubią mundur, wojsko, mamy sentyment do naszych tradycji wojskowych, ale nie na tyle, aby masowo wstępować w szeregi armii. Wprawdzie uczelnie wojskowe nie narzekają na brak kandydatów na studia, ale one kształcą oficerów i podoficerów, tymczasem ochotnicy będą w znacznym stopniu obejmować niższe szarże i tu ich może zabraknąć.

Pamiętajmy też o tym, że sytuacja gospodarcza Polski jest coraz lepsza, spada bezrobocie i wojsko przez to nie jest atrakcyjnym miejscem pracy. Jeszcze do niedawna część poborowych chętnie podpisywała kilkuletnie kontrakty i zostawała dłużej w koszarach właśnie po to, aby uniknąć bezrobocia. Teraz nie muszą się do tego uciekać. Także zarobki w wojsku nie są na tyle zachęcające (średnie wynagrodzenie w tym roku to 3,7 tys. zł), aby stanowić alternatywę dla dobrze wykształconych ludzi. A przecież współczesne wojsko potrzebuje inżynierów, informatyków i specjalistów w wielu innych dziedzinach, którzy lepsze warunki finansowe mają choćby w sektorze prywatnym.

Poza tym trzeba uwzględnić i to, że być może wielu młodych ludzi byłoby nawet skłonnych zgłosić się do koszar, ale powstrzymuje ich przed tym groźba wyjazdów na niebezpieczne misje zagraniczne. Wojna w Iraku, Afganistanie i ryzyko wysłania przez dowódców w inne miejsca konfliktów, wielu potencjalnych żołnierzy odstrasza przed pójściem do wojska. Wiadomo, że żołnierz zawodowy nie ma wyboru: dostaje rozkaz i musi jechać. Ale znowu wracamy do pierwotnego problemu: wiele lat pacyfistycznej propagandy zrobiło swoje, bo została wypaczona rola i idea armii i wielu, którzy do niej może by trafili, chcieliby w spokoju, bez żadnego ryzyka odsłużyć swoje i przejść do rezerwy. Oczywiście, można się zastanawiać, czy zaangażowanie militarne Wojska Polskiego poza granicami było potrzebne, ale to zupełnie inny problem.

Optymizm ministra Bogdana Klicha, że uda się szybko zapełnić wojsko ochotnikami, nie ma podstaw, biorąc też pod uwagę doświadczenia innych krajów. Wszędzie tam, gdzie pobór zastępowano zawodowym wojskiem, armia miała przez wiele lat problemy kadrowe. Ostatnim przykładem jest choćby Hiszpania, gdzie profesjonalizacja trwa dłużej niż w Polsce, a zapełnianie stanów osobowych odbywa się w dużej mierze przez podpisywanie kontraktów z Marokańczykami, bo Hiszpanie niezbyt garną się do wojska. My chcemy wszystko zrobić w dwa lata, ale czy w razie kłopotów sięgniemy po podobne rozwiązanie?

Minister Bogdan Klich zachowuje urzędowy optymizm, ale ani on nie jest na tyle naiwny, ani współpracujący z nim wojskowi, żeby nie dostrzegać tych niebezpieczeństw. Dlatego, choć powszechny pobór ma być niedługo wstrzymany, to nie zniknie on z ustawy o obronności. Obowiązkowa zasadnicza służba wojskowa może być przywrócona w każdym momencie. Co prawda, jest to tylko ewentualność i będzie uruchamiana w wyjątkowych sytuacjach, ale oprócz jakiegoś kryzysu wewnętrznego do takich wyjątkowych sytuacji zaliczono też „przejściowy brak chętnych do służby kontraktowej” – czyli po prostu w momencie braku ochotników państwo wznowi pobór. Niestety, choć ministerstwo zapowiada uruchomienie wielu instrumentów finansowych, które będą zachęcały do służby w wojsku z powodów, o których wspominałem wyżej, tych ochotników może być niewielu.

Jednak zasadne jest pytanie o to, czy rzeczywiście warto całkowicie rezygnować z poboru. Przecież nawet w bogatszych niż Polska krajach (choćby Niemcy) pobór jest utrzymywany. I nie chodzi tu nawet o kwestie bezpieczeństwa państwa (chociaż ma to znaczenie, bo jest ryzyko, że nasze zdolności obronne przez długi czas będą słabsze niż teraz), ale chodzi o to, że powszechna służba wojskowa jest częścią wychowania i umacniania wartości patriotycznych, jest to także element spajający społeczeństwo.


Za mało na broń


Jeśli nawet założymy, że bez większych kłopotów uda nam się zastąpić poborowych żołnierzami zawodowymi, to nie oznacza to jeszcze sukcesu całego procesu. Niektórzy czytelnicy zapewne pamiętają, jak w latach 90. politycy przekonywali nas do tej idei, argumentowali, że lepiej mieć 150 tys. dobrze wyposażonych i wyszkolonych komandosów niż 300 tys. poborowych. Na pewno żołnierz zawodowy przedstawia większą wartość od rekruta, ale pod warunkiem, że jest też lepiej uzbrojony. Tymczasem to uzbrojenie pozostawia wiele do życzenia. Chwalimy się zakupem 48 samolotów F-16, jednak stan naszych sił powietrznych pozostawia wiele do życzenia. Ich trzon stanowią nadal samoloty MiG-29 i Su-22, a część z nich pamięta jeszcze czasy Związku Sowieckiego. Modernizacji, i to pilnej, wymagają także śmigłowce. Podobnie jest zresztą z innymi rodzajami broni, na czele z Marynarką Wojenną.

To prawda, że dokonujemy co roku nowych zakupów, jednak miejmy też świadomość, że są one niewystarczające. Nie tak dawno minister Klich informował, że do 2018 roku na zakup uzbrojenia wydamy 65 mld zł, podczas gdy potrzeby zgłaszane przez wojsko opiewają na sumy o 100 mld wyższe. Minister rozwiał od razu nadzieje na to, że uda się znacząco zwiększyć budżet MON w tym zakresie.

Teoretycznie nakłady Polski na wojsko nie są katastrofalnie niskie, ponieważ wynoszą 1,95 proc. PKB. Ale to jest też pewne minimum, jakiego żąda od nas NATO. Te procenty przekładają się na prawie 24 mld zł w tym roku (razem z wydatkami na zakup F-16). Niestety, od lat fatalna jest struktura wydatków na Siły Zbrojne. Tylko nieco ponad 20 proc. funduszy jest przeznaczonych na zakupy uzbrojenia i nie można tego zmienić głównie z tego powodu, że ponad połowa pieniędzy idzie na pensje wojskowych i emerytury mundurowe. Minister Bogdan Klich zapowiedział przeznaczenie dodatkowych funduszy na realizację programu profesjonalizacji, jednak pójdą one tylko na wydatki osobowe. Na nowy sprzęt i modernizację obecnego większych funduszy nie będzie.

To prawda, że obecna sytuacja jest i tak lepsza niż jeszcze na początku obecnej dekady, gdy wydatki na broń w budżecie wojska stanowiły tylko 9-10 procent. Tym niemniej wielu ekspertów przekonuje, że bez zwiększenia nakładów na uzbrojenie cały proces profesjonalizacji zakończy się klapą. Będzie to bowiem tylko uzawodowienie wojska przez likwidację poboru, ale jakość Sił Zbrojnych zwiększy się niewiele. To był zresztą, przypomnijmy, główny powód odejścia z MON doradcy ministra Klicha generała Stanisława Kozieja. Ten wybitny ekspert mówi otwarcie, że proces profesjonalizacji wojska wymaga zwiększenia nakładów na zakup uzbrojenia do 30-33 proc. budżetu MON. Część wojskowych przekonuje nawet, że ten współczynnik powinien być jeszcze wyższy z uwagi na nasze wieloletnie zaniedbania w tej dziedzinie, ale te 30 proc. wydaje się pewnym minimum. Tym bardziej że przecież potencjalne zagrożenia dla naszego bezpieczeństwa rosną, chcemy być też krajem aktywnym w rozwiązywaniu międzynarodowych konfliktów, więc musimy mieć silną i nowoczesną armię. Bez pieniędzy tego się nie uda zrobić.


Znowu propaganda


Niestety, mamy podstawy przypuszczać, że ministerialny i rządowy program profesjonalizacji armii ma wiele luk, aby uznać go za optymalny. To prawda, że teraz ustawami zajmą się posłowie i senatorowie i oni zdecydują o ich ostatecznym kształcie, ale niewiele będą mogli wyjść poza propozycje rządu, który po prostu „trzyma kasę”. A ponieważ resort finansów raczej jest skłonny ciąć niż zwiększać wydatki publiczne, o wyraźnym zwiększeniu budżetu MON nie mamy co marzyć. Co więcej, z nieoficjalnych informacji wynikało, że są nawet plany uszczknięcia nieco pieniędzy planowanych na wojsko. Minister Klich miał nawet z tego powodu grozić dymisją. To pokazuje, jak trudne zadanie stoi przed MON.

Podkreślmy, posiadanie zawodowej, profesjonalnej armii jest niezbędne w obecnych warunkach, ale nie uda się jej utworzyć tak szybko, jak chciałby tego minister Klich i premier Donald Tusk. Oby to nie był tylko kolejny chwyt reklamowy i realizowanie tanim kosztem obietnic wyborczych. Bo ceną za to będzie osłabienie Polski.


Krzysztof Losz
drukuj