Egzamin z miłości bliźniego
Latające w powietrzu bydło, maszyny rolnicze, dachy, płoty i meble – to nie scenariusz filmu katastroficznego: tego doświadczyli tydzień temu mieszkańcy kilku miejscowości w całej Polsce, między innymi Kolonii Jaryszów, Zimnej Wódki, Balcarzowic i Sieroniowic w powiecie strzeleckim na Opolszczyźnie. Wiele osób straciło dorobek całego życia, mimo to dziękują Bogu za cud, że żyją, że nikt z ludzi nie ucierpiał. Ta tragedia uruchomiła łańcuch solidarności – do odbudowywania zrujnowanych gospodarstw włączają się wszyscy, którzy są w stanie choć trochę pomóc.
Tamtego piątkowego popołudnia nic nie zwiastowało nadchodzącej katastrofy. Był upalny dzień, nie spadła ani kropla deszczu, ludzie żyli swoim życiem. – Dziwna i niepokojąca była tylko ta cisza – wspomina pani Marzena z Zimnej Wódki. – Nawet ptak się nie odezwał, pies nie szczeknął.
Po południu pojawiły się chmury, zanosiło się na deszcz. Ludzie szykowali się do kolacji. – Spojrzałam w okno. Nie wierzyłam oczom, widząc, co się dzieje. Powiedziałam do mamy: „Mamo, patrz, trąba powietrzna idzie”. Już schodziła z tej góry na dół – taki lej, że nie było widać końca, szeroki na mniej więcej 300 metrów. Zaczęliśmy krzyczeć: „Szybko, wszyscy uciekać do piwnicy”. To była chwila. Huk był potworny! Dopiero jak przycichło, wyszliśmy na zewnątrz, widok był straszny: domy zniszczone, nie ma dachów, nie ma nic. Widzieliśmy w domu, że jesteśmy cali, więc pobiegliśmy do sąsiada, czy tam się nic nie stało.
Przejście trąby trwało może kilkanaście sekund. Wystarczyło, by kataklizm zmiótł domy, garaże, auta. Rodzina pani Marzeny straciła zabudowania gospodarcze i piętro domu, ale wszyscy uważają, że mieli dużo szczęścia: o mały włos nie zginęło trzyletnie dziecko pani Marzeny. Ledwo wyjęła synka z łóżeczka i uciekła do piwnicy, przez okno wleciała potężna gałąź, przebijając na wylot miejsce, w którym chwilę wcześniej spało dziecko. Synek pani Marzeny jest wciąż w szoku, budzi się w nocy i krzyczy: „Mama, uciekać, piwnicy”.
O cudzie może mówić też inna rodzina. Matka karmiła dwuipółmiesięczne dziecko, nie zdawała sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Nagle podmuch trąby dosłownie wyciągnął z pokoju, w którym siedziała, wszystkie meble. W pomieszczeniu została jedynie figura Matki Bożej oraz przewrócony stół, za który schowała się matka z niemowlęciem. To ich ocaliło. – Dla ludzi, którzy przeżyli te druzgocące chwile, to jest cud. Kiedy przyszedłem do tej rodziny, wszystkie potrzaskane meble leżały na podwórku razem z dachówkami, a ta matka z dzieckiem była uratowana – opowiada ksiądz Józef Żyłka, proboszcz parafii Klucz, do której należy zniszczona wioska.
Zaskakujące, ale w całej wsi Zimna Wódka, w żadnym z 21 poszkodowanych gospodarstw w katastrofie nie ucierpiał fizycznie ani jeden człowiek. – 87-letnia kobieta, która nie mogła się ruszać, siedziała na wózku inwalidzkim. Nikogo nie było w domu. Spadło na nią szkło z wybitych okien, ale nawet nie została draśnięta. Wiele jest takich niewytłumaczalnych zdarzeń. Nawet nikt nie został zadrapany! – podkreśla ksiądz Żyłka.
Trąba powietrzna niszczy w jednej chwili wszystko, co spotka na swojej drodze. Nie można przewidzieć jej nadejścia ani pomyśleć o ratowaniu dobytku. – Ludzie zdążyli tylko uciec do piwnic. Ale nie wszyscy – w Balcarzowicach dzieci fruwały pod sufitem. To jest nie do opowiedzenia, co się działo: bale słomy, które ważą 250 kg, bombardowały następne wsie, autostradę. Okoliczne pola wyglądają jak po wojnie – blachy, zniszczone maszyny rolnicze – opowiada Krystian Muszkiet, sołtys Zimnej Wódki.
Jego własny dom cudem ocalał. – Zobaczyłam, że trąba leci prosto na nasz dom – relacjonuje Magdalena Muszkiet, żona sołtysa. – Spojrzałam na figurę Maryi i zapaliłam gromnicę. Trąba na chwilę zatrzymała się… i zmieniła kierunek – dodaje, płacząc ze wzruszenia.
Łańcuch solidarności
Gruzy domów, połamane płoty, dziury po garażach czy stodołach – to okropny widok, ale ofiary katastrofy się nie poddają. Chociaż reakcje na tragedię są bardzo różne i niektórzy czują się bezradni, to jednak zdecydowana większość zakasuje rękawy i rozpoczyna intensywną odbudowę: trzeba zdążyć przed zimą.
– Na razie nikt nie odmówił pomocy – podkreśla sołtys Zimnej Wódki. – Skala robót, które zostały wykonane w ciągu dwóch dni, po prostu przerasta ludzkie wyobrażenia. Uprzątnięto tysiące ton rzeczy. Nie da się policzyć powyrywanych drzew, których trzeba było się pozbyć, żeby był swobodny transport, a ludzie mogli się przemieszczać. Energetyka stanęła na wysokości zadania: wszystkie betonowe słupy wysokiego i średniego napięcia leżały, jakby były z papieru. Cała sieć została wymieniona w ciągu dwóch dni – wylicza sołtys.
Cała gmina Ujazd, do której należą zniszczone miejscowości, współpracuje ze sobą. Bardzo aktywni są poszczególni sołtysi, chociaż każdy z nich ma inne pomysły i działa w odmienny sposób.
– Radzimy sobie nieźle, chociaż już powoli zaczyna brakować czasu, nie nadążam z tym wszystkim, przydałby mi się ktoś jeszcze – mówi szczerze Jacek Nadziałek, sołtys Sieroniowic. – W tej chwili najbardziej potrzebujemy ciężkiego sprzętu wyburzeniowego, ładowarek i paliwa do ciągników. Z jedzeniem, ubraniami i całą resztą dajemy sobie radę. Również każda pomoc finansowa jest przydatna, ale od tego jest sztab antykryzysowy, tam bardzo chętnie przyjmujemy pieniądze. Później będą one rozdzielane dla wszystkich. Pierwszy szok minął i ludzie powoli zaczynają patrzeć do przodu i ostro działają – podsumowuje minione dni Nadziałek.
Nikt nie stoi z założonymi rękami, wszyscy dzielnie pracują, nie poddając się rozpaczy. – Mamy jedzenie i dach nad głową, to są najważniejsze rzeczy. A teraz jest wielkie sprzątanie – mówi Teresa Ćwieląg, sołtys wsi Balcarzowice.
Pomoc dla ofiar trąby powietrznej ma głównie charakter społeczny: przyjeżdżają ludzie z okolicznych miejscowości, nawet tych dość oddalonych oraz z innych województw. – Pomoc jest ze wszystkich stron: sąsiedzi, ludzie z innych miejscowości – z Zalesia, Nogowczyc, z Prudnika, z Brzegu, z Olesna, strażacy i policja z terenu całej gminy i całego powiatu… W pierwszym dniu nie zabrakło również pomocy z województwa dolnośląskiego – mówi sekretarz gminy Ujazd Roman Więcek.
Wielkie nieszczęście obudziło równie wielką solidarność z poszkodowanymi mieszkańcami. Ze wsparciem spieszą też mieszkańcy wsi, które oszczędził żywioł. Tak jest np. w Jaryszewie. – Załatwiłem cztery traktory z przyczepami, które pojechały do Balcarzowic. Codziennie jeżdżę, pytam ludzi, czego potrzebują, co mógłbym im załatwić – jakieś napoje, jedzenie – mówi Alojzy Kamiński, sołtys Jaryszewa.
Jedzenie dostarczane jest z różnych źródeł – częściowo pomaga gmina Ujazd, jak również wojsko, ośrodki pomocy społecznej oraz prywatni sponsorzy. Do Balcarzowic ciepłe obiady dowozi codziennie Dom Pielgrzyma z Góry Świętej Anny. Jednakże teraz najważniejsza jest pomoc finansowa, żeby było za co zakupić niezbędne materiały budowlane (więźby, okna, drzwi, rynny itp.), brakuje również konkretnych artykułów, wspomagających prace porządkowe i budowlane, takich jak taczki, miotły, drabiny, piły czy gwoździe. Potrzebna jest konkretna pomoc, która wspomoże odbudowę budynków mieszkalnych i gospodarczych. W tym momencie ubrania czy koce są niepotrzebne – póki ludzie nie wyremontują swoich domów, nie mają tego gdzie trzymać.
– Teraz zaczyna się najgorszy moment – ostrzega sołtys Zimnej Wódki. – Wieś, co potrafi zrobić sama, to robi. Ale tutaj goni czas – jeśli coś po tych budynkach zostało, to trzeba to maksymalnie zabezpieczyć, po prostu zadaszyć, bo gdyby przyszły opady, wszystko będzie do wyrzucenia. Dlatego teraz się okaże, jak cały kraj zachowa się wobec tych ludzi. Ubezpieczenie da im tylko i wyłącznie za budynki, ale to nie będzie pomoc, która na tyle pokryje ich straty, żeby mogli do zimy mieć jakiś dach nad głową, żeby mogli przetrzymać zwierzęta.
– To jest taki kapitalny wakacyjny egzamin z miłości bliźniego – uważa ksiądz Józef Żyłka, niezwykle aktywnie wspierający odbudowę Zimnej Wódki.
Ksiądz proboszcz zachęca swoich parafian do jak najszybszego, zdecydowanego działania. Przekonuje, że niedługo sprawa ucichnie i trzeba będzie czekać kilka tygodni na pozwolenia na budowy i remonty. Kilka domów już jest odbudowywanych, ludzie się spieszą, bo przecież trzeba gdzieś mieszkać, a lato powoli zbliża się do końca. W połowie września może już być zimno. Ksiądz Żyłka ufa w ludzką dobroć, a nie w zapewnienia polityków. Jego zdaniem, jeśli wszystko nie zostanie skończone odpowiednio szybko, ludzka tragedia utonie w morzu biurokracji i pustych zapewnień. – Ja z natury jestem niewierzący w ludzkie obiecanki – podsumowuje ksiądz proboszcz.
Tekst i zdjęcia Maria Cholewińska
