Czuję się przede wszystkim księdzem, a nie muzykiem
Z wybitnym muzykologiem ks. prof. Karolem Mrowcem CM, współtwórcą Katedry Muzykologii Kościelnej na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, doktorem honoris causa Papieskiego Instytutu Muzyki Sakralnej w Rzymie, redaktorem kolejnych wydań słynnego „Śpiewnika Siedleckiego”, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Muzyka religijna, której Ksiądz Profesor poświęcił całe swoje życie, to jedna z fundamentalnych wartości kultury duchowej. Kiedy zaczął się Ksiądz nią interesować?
– W dzieciństwie byłem wychowywany w atmosferze religijnej, modliłem się codziennie rano i wieczorem, chodziłem w niedzielę do kościoła. Od 10. roku życia zapragnąłem zostać księdzem. Już wtedy miałem wewnętrzne przekonanie, że to jest moja życiowa droga. Księża mi imponowali i już wtedy mówiłem rodzicom, że też chciałbym zostać księdzem. Ponieważ mieszkałem na ulicy Radnej w Warszawie, całą rodziną przychodziliśmy do kościoła Świętego Krzyża. Tata powiedział mi, że powinienem porozmawiać o tym ze swoim katechetą, księdzem Bronisławem Niemkiewiczem. Zwróciłem się więc do niego, a on powiedział mi: „Najpierw musisz zrobić gimnazjum, a potem studia. Rozeznasz wtedy, czy naprawdę masz powołanie, czy tak ci się tylko wymarzyło. Dopiero wtedy, gdy odkryjesz w sobie powołanie i skończysz studia, będziesz mógł być wyświęcony na księdza. A może chcesz być misjonarzem?”. Odparłem, że chcę nim być. – No to pojedziesz do Krakowa, do gimnazjum – powiedział. I pojechałem. Był rok 1930.
Dlaczego właśnie do Krakowa?
– Bo tam Księża Misjonarze św. Wincentego a Paulo mieli swoją szkołę. Rodzice zgodzili się na mój wyjazd. „Zamieszkasz w małym seminarium, ale z możliwością przyjeżdżania na święta i wakacje. Będziesz zadowolony” – podkreślali. Pojechałem więc do Krakowa. Dawniej gimnazjum było ośmioletnie, klasyczny typ z łaciną i greką. Od 1930 r. do 1934 r. uczęszczałem do niego w Krakowie, a od 1934 r. do 1938 r. w Wilnie. Tam w 1938 r. zdałem maturę i z powrotem wróciłem do Krakowa, już na studia filozoficzne i teologiczne w Instytucie Teologicznym Księży Misjonarzy. Święcenia kapłańskie przyjąłem w 1943 r., podczas okupacji niemieckiej.
Czy studia odbywał Ksiądz Profesor w konspiracji?
– Tylko przez jakiś czas. Wykłady odbywały się wtedy na Kleparzu w Krakowie.
Dlaczego wybrał Ksiądz Profesor Zgromadzenie Księży Misjonarzy? Czy pociągały Księdza misje?
– Nie. Jak wspomniałem, w Warszawie mieszkałem na ulicy Radnej, gdzie Misjonarze razem ze Stowarzyszeniem Dzieci Maryi budowali swój dom. Do jego budowy ściągnęli z Rudy Śląskiej, gdzie się urodziłem, mojego ojca, który był świetnym ślusarzem. Po roku ojciec zadecydował, żebyśmy razem z matką też przyjechali do Warszawy. Ponieważ należałem do parafii Świętego Krzyża, dlatego wstąpiłem do Zgromadzenia Księży Misjonarzy. Obok byli także Księża Salezjanie, do których też od czasu do czasu chodziłem, a jednak zapragnąłem wstąpić do Misjonarzy.
W tym roku mija 150. rocznica ustawienia przed kościołem Świętego Krzyża pięknego pomnika Chrystusa dźwigającego krzyż. Czy jest on Księdzu Profesorowi bliski?
– O tak, oczywiście. Ukazuje Mękę Chrystusa.
Czy w domu Księdza Profesora muzyka zajmowała ważne miejsce?
– Oczywiście. Byłem muzykalny, podobno ładnie śpiewałem sopranem. Jak byłem w Krakowie, to ks. prof. Leon Świerczek uczył mnie przez cztery lata gry na fortepianie. Cieszyłem się, że mogę grać na tym instrumencie. Z kolei w Wilnie naukę gry na fortepianie oraz organach odbierałem u jego brata, ks. prof. Wendelina Świerczka, muzyka kościelnego. Warto przypomnieć, że słynny „Śpiewnik Siedleckiego” jest właśnie pod jego redakcją. Był on wówczas najbardziej popularnym śpiewnikiem w Polsce. To jest skarb dawnych, pięknych polskich pieśni, które do dziś śpiewa się w Kościele. Sam później byłem redaktorem tego śpiewnika. Był taki sławny misjonarz – ks. Michał Marcin Mioduszewski, który wydał wcześniej, bo w roku 1838, bardzo cenny śpiewnik kościelny. W czasie okupacji potajemnie uczyłem się muzyki, a po jej zakończeniu zapisałem się do Państwowej Średniej Szkoły Muzycznej, a potem do Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Krakowie. Na szczęście miałem protektora – misjonarza w Ameryce, który przysłał mi pieniądze na zakup pianina, na które nie było mnie stać. Kupiłem je w Krakowie i tak mi przez całe życie towarzyszy. Studia muzyczne skończyłem z trzema dyplomami: w zakresie gry na organach, w zakresie teorii muzyki i w zakresie kompozycji.
W 1956 roku trafił Ksiądz Profesor na Katolicki Uniwersytet Lubelski, gdzie wraz z ks. prof. Hieronimem Feichtem współorganizował Ksiądz Katedrę Muzykologii Kościelnej, przekształconą następnie w Instytut. Jak wspomina Ksiądz początki swojej pracy na KUL?
– Uniwersytet chciał założyć wydział muzyczny, więc dostałem tam propozycję pracy. Zaczynaliśmy od zera, warunki były prymitywne. Nawet nie było sali wykładowej, więc z początku spotykaliśmy się ze studentami w rektoracie. Potem instytut rozbudował się tak, że były już bardzo dobre warunki. Katedra Muzykologii powstała w 1958 r., czyli dwa lata po moim przyjeździe na KUL. Byłem współorganizatorem tego instytutu wraz z ks. prof. Hieronimem Feichtem, także misjonarzem. Po jego śmierci, w 1968 r., zostałem kierownikiem Instytutu Muzykologii, przejściowo był nim także profesor Chomiński, ale tylko przez rok. Od 1982 do 1990 r. byłem już etatowym profesorem Instytutu Muzykologii Kościelnej, który nosił wówczas taką nazwę. W 1991 r. przeszedłem na emeryturę i wróciłem do Warszawy. Ale jeszcze w latach 1991-1992 prowadziłem wykład zlecony w Lublinie.
Jaki wpływ na zainteresowania Księdza Profesora muzyką kościelną wywarł ks. prof. Hieronim Feicht?
– Bardzo duży. Odbyłem przecież studia pod jego kierunkiem. Zawsze jednak uważałem, że jako ksiądz nie będę uprawiał jazzu tylko muzykę religijną. Było to dla mnie zupełnie jasne. Z tego powodu muzyką kościelną byłem zainteresowany już od dzieciństwa. Zachwycała mnie. Wielką przyjemnością jest uczenie się takiej dziedziny wiedzy, którą się lubi. Wtedy nauka ma sens.
A jakie zdolności trzeba posiadać, aby być dobrym muzykologiem?
– Po pierwsze, trzeba znać się na muzyce, a po drugie, ciągle się uczyć. Jak już mówiłem wcześniej, zdobyłem trzy dyplomy w Akademii Muzycznej, byłem więc wszechstronnie przygotowany do tego, aby zostać muzykologiem. Prowadziłem nawet działalność międzynarodową. Należałem do stowarzyszeń muzyki kościelnej: CIMS (Consociatio Internationalis Musicae Sacrae) i IAH (Internationale Arbeitsgemeinschaft für Hymnologie), i brałem udział w kongresach międzynarodowych. Jeździłem z odczytami do Szwecji, Jugosławii, Austrii, Niemiec, Węgier, Anglii, Czech etc. Gdy chodzi o działalność nauczycielską, oprócz wykładów na KUL uczyłem także w seminarium Księży Misjonarzy w Krakowie, potem w seminarium diecezji tarnowskiej, seminarium diecezji częstochowskiej i w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Krakowie, do której dojeżdżałem w latach 1967-1969.
W Instytucie Muzykologii Kościelnej KUL zainicjował Ksiądz Profesor badania nad polską pieśnią kościelną utrwaloną w rękopisach i drukach, także żyjącą w tradycji ustnej. Jakie były rezultaty prac badawczych Księdza?
– Bardzo duże. Zwróciłem uwagę na wartość pieśni kościelnej, zarówno tę artystyczną, jak i liturgiczną. W kościele śpiewa się przecież polskie pieśni, czyli są one włączone w liturgię Mszy Świętej. Dzięki badaniom prowadzonym nad pieśnią kościelną ukazuje się przy okazji fenomen religijności ludu polskiego. W jakimś stopniu bowiem podstawą poszczególnych pieśni są treści teologiczne. Kolędy, czyli pieśni na Boże Narodzenie, pieśni na okres Wielkiego Postu, czy pieśni maryjne to są wspaniałe zbiory.
Czy jest taki okres w rozwoju pieśni kościelnej w Polsce, który szczególnie Księdza Profesora interesuje?
– Każdy jest ciekawy. W średniowieczu i w renesansie panował język łaciński, ale już zaczynały się pojawiać pierwsze teksty polskie. Śpiewanie było trochę ograniczone, ponieważ Liturgia sprawowana była w języku łacińskim, więc pieśni również były wykonywane w tym języku. Ale już od XVII w., a zwłaszcza od XVIII w. pieśń kościelna zaczyna odgrywać coraz większą rolę w Liturgii. Więcej swobody było w XIX wieku.
Zapoczątkował Ksiądz Profesor w Polsce analizę muzyki baroku za pomocą figur muzyczno-retorycznych. Jak wygląda taka analiza?
– To są specjalne badania muzykologiczne, polegające na wydobyciu cech charakterystycznych dla pieśni w poszczególnych epokach historycznych. Pieśń barokowa różni się od pieśni renesansowej, oświeceniowej, a także od pieśni romantycznej i współczesnej. Bada się więc te cechy, które są znamienne dla danego okresu powstania pieśni.
Ksiądz Profesor jest edytorem i autorem opracowań muzyki staropolskiej. Jakie walory posiada ta muzyka?
– Przede wszystkim walor historyczny. Ma ona inny charakter niż muzyka współczesna, która jest najczęściej typu jazzowego. Dawne pieśni posiadały piękną, płynną, spokojną linię melodyczną. Każda epoka wnosi do muzyki jakieś odmienne cechy.
Warto tutaj wspomnieć, że Ksiądz Profesor opracował naukowo pokaźny zbiór nut, który pozostał po kapeli uświetniającej nabożeństwa w kościele Ojców Dominikanów w Gidlach. Katalog muzykaliów gidelskich stanowi dziś ważny przyczynek do poznania kultury muzycznej w Polsce w dawnych wiekach. Jak dotarł Ksiądz do tych nut?
– Byłem w Krakowie u Ojców Dominikanów i tam oni mi je dostarczyli. Kapela powstała w XVII w. i nie wiem, czy nadal nie funkcjonuje.
A jak ocenia Ksiądz Profesor współczesną muzyczną oprawę liturgiczną Mszy Świętej? Czy nie jest ona często zbyt rozrywkowa?
– Ja rzeczywiście raczej z niechęcią na to patrzę i sam nie uprawiam tego rodzaju muzykowania w kościele. Ale młodzieży, która gra na gitarach, to się podoba.
Czy dawna muzyka – spokojna i piękna – bardziej podkreśla ofiarę Chrystusa składaną podczas Mszy Świętej?
– Tak. Muzyka ta stwarza zupełnie inny nastrój niż współczesne melodie i pieśni śpiewane chociażby tu, w kościele, przez młodzieżowe grupy z gitarami. Oni to jednak lubią, to jest ich muzyka i dlatego wprowadzają ją do Liturgii. Kościół nie chce całkowicie zabraniać tego rodzaju inicjatyw, bo nabrałoby to charakteru zupełnego hamowania swobody tych, którzy chcą wnieść coś nowego do Kościoła. I z pewnością niektóre rzeczy są dobre, natomiast pojawiają się pomysły, w moim odczuciu, beznadziejne, a nawet szkodliwe. Pod tym względem jestem trochę surowy. Bardziej bowiem cenię tradycję aniżeli taką nowoczesność.
Był Ksiądz Profesor recenzentem doktoratów honoris causa Witolda Lutosławskiego i Henryka Mikołaja Góreckiego. Jak ocenia Ksiądz ich twórczość muzyczną?
– Z największym uznaniem. Obaj zyskali światową sławę. Lutosławski nawet w większym stopniu niż Górecki. To wielcy kompozytorzy, znałem ich osobiście, ponieważ byłem członkiem Związku Kompozytorów Polskich.
A których współczesnych kompozytorów Ksiądz Profesor jeszcze ceni?
– Znam Krzysztofa Pendereckiego, jest nawet moim kolegą ze studiów. Znamy się doskonale, zawsze mnie serdecznie wita. W pewnym okresie studiowaliśmy razem. On był wtedy jeszcze młodziutki…
Czy Ksiądz Profesor wolał raczej komponować utwory, czy poświęcać czas na pracę naukową i dydaktyczną?
– Ja działałem pod presją warunków, w jakich się znalazłem. Robiłem to, czego ode mnie w danej chwili oczekiwano. Dlatego nigdy nie uprawiałem kompozycji jedynie dla niej samej. Natomiast są tacy, dla których tylko ona się liczy. Na przykład nie słyszy się, żeby Penderecki grał na jakimś instrumencie. Występuje tylko jako kompozytor, a przecież gra na fortepianie. Jak zostałem księdzem, to uważałem, że powinienem uprawiać muzykę religijną. Ale wcześniej, jak jeszcze studiowałem, napisałem sonatinę na fortepian, a to nie jest muzyka religijna, lecz utwór koncertowy, grany przez pianistów.
Które ze skomponowanych przez Księdza Profesora utworów są Księdzu najbliższe?
– Wiele z nich. Bliski jest mi zbiór utworów na chór a cappella autorstwa księdza prof. Hieronima Feichta i mojego.
W pracy badawczej wyznaje Ksiądz Profesor prymat „prezentacji problemu” nad „prezentacją własnej idei”. Co to oznacza w praktyce?
– W badaniach nad pieśnią bierzemy pod uwagę zarówno treść literacką, jak i muzyczną. Gdy chodzi o pierwszy aspekt, to pieśni religijne analizuje się w taki sam sposób, jak pieśni świeckie. Natomiast gdy chodzi o melodię, to wiadomo, że świeckie pieśni różnią się od religijnych – bardzo często oparte są na wzorcach muzyki tanecznej.
Zainicjował Ksiądz na KUL terenowe badania nad folklorem religijnym w Polsce. Do czego potrzebna jest studentom ta wiedza?
– Tego rodzaju wiedza pokazuje, jak uprawiano muzykę w Kościele, jaki był styl tej muzyki, jakie były jej znamienne cechy, a także czym ona się różniła od pieśni świeckiej czy to wojskowej, czy weselnej.
To znaczy, że wiele z tych pieśni jest zakorzenionych w tradycji ludowej?
– Tak.
A jak pasje muzyczne wpłynęły na kapłaństwo Księdza Profesora? Czy muzyka kościelna pomaga Księdzu bardziej kontemplować samego Boga i świat przez Niego stworzony?
– Tak, oczywiście. Ja tę muzykę bardzo cenię i przeżywam. W naszym kościele odbywały się dawniej wspaniałe koncerty. Dzisiaj też są, ale jest to już inny typ wrażliwości muzycznej i stylu muzycznego.
Czy muzyka religijna może zbliżyć do Boga?
– Naturalnie. Znałem taki przypadek, że jakiś muzyk, który pewnego razu wszedł do kościoła, do którego wcześniej nie chodził, usłyszał muzykę kościelną i zrobiła na nim tak wielkie wrażenie, że zaczął się nią interesować, a następnie odzyskał wiarę.
Który z instrumentów Ksiądz Profesor woli: fortepian czy organy?
– Proszę pana, w tej chwili już na organach nie grywam, bo musiałbym się wysoko wspinać, tymczasem mam kłopoty z chodzeniem. Kiedyś jednak tutaj w kościele koncertowałem. Pamiętam, jak pewnego dnia wizytował parafię Prymas ks. kard. Stefan Wyszyński, a ja miałem wyznaczony na ten dzień koncert. Grałem więc utwory Bacha i innych kompozytorów, ale potem ktoś mi powiedział: „Uwaga, kardynał już jest”. Przestałem grać, wiedziałem, że z pewnością będzie chciał przemówić. Chciałem go w ten sposób uszanować. Ksiądz kardynał Wyszyński był zresztą bardzo muzykalny, jego ojciec był organistą.
Czy ks. kard. Stefan Wyszyński grał na jakimś instrumencie?
– Tego nie wiem, ale cenił bardzo muzykę. Pamiętam, że jak był w Krakowie u Księży Misjonarzy, to powiedział kilka słów o muzyce. Dyrygowałem wtedy chórem kleryków.
Zgodzi się Ksiądz Profesor z tym, że organy mają potężną moc?
– Proszę pana, organy jako instrument są najpotężniejsze, ale zależy, jakie organy. Bo są takie, które mają osiem głosów, ale są i takie, które mają czterdzieści, a nawet sto różnych głosów.
Cała orkiestra…
– Więcej niż orkiestra. Gdy byłem młody, zaraz po studiach koncertowałem na nich w kilku kościołach: w Tuchowie, Tarnowie, Wrocławiu i w Warszawie.
Proszę powiedzieć, jak wyglądały kontakty Księdza Profesora z Ojcem Świętym Janem Pawłem II?
– Łączyły nas bardzo serdeczne relacje…
Czy Ksiądz Profesor poznał ks. Karola Wojtyłę w Krakowie?
– Tak, znałem go jako młodego księdza. Mieszkaliśmy po sąsiedzku. Kiedy ks. kard. Karol Wojtyła został wybrany na Papieża, to zastanawiałem się, czy w ogóle mogę do niego pisać. Myślałem: „Przecież to jest Papież, a ja jestem zwykłym księdzem”. Ale jeden z moich kolegów, obecnie ks. kard. Stanisław Nagy, powiedział mi wtedy: „Słuchaj, napisz, on się ucieszy”. Wobec tego przesłałem mu życzenia i dostałem odpowiedź, w której napisał m.in.: „Jego Świątobliwość serdecznie dziękuje za życzenia i wyrazy łączności duchowej nadesłane z okazji pierwszej rocznicy inauguracji pontyfikatu, a także na dzień jego świętego patrona”. List podpisał ks. kard. Martinez. Był to rok 1979. W kolejnym liście z 1986 r., który dostałem, napisano m.in.: „Jego Świątobliwość z wdzięcznością przyjął życzenia i wszelkie wyrazy duchowej łączności przesłane z okazji ósmej rocznicy wyboru na Stolicę Apostolską”. Mam wiele listów także od samego Ojca Świętego Jana Pawła II. W jednym z nich pisze: „Mamy wspólnego świętego patrona Karola Boromeusza, dlatego dziękując za życzenia dla mnie, składam je również autorowi listu. Bóg zapłać za modlitwę w czasie choroby mojej i podróży do Ameryki Południowej. Cieszę się również, że ksiądz profesor tą bogatą twórczość muzyczną maryjną z Polski niesie do innych krajów. Z pozdrowieniami przesyłam serdeczne błogosławieństwo. Jan Paweł II. Watykan 6 XI 1992 r.”.
A pamięta Ksiądz Profesor jakieś ciekawe zdarzenia związane z Ojcem Świętym?
– Opowiem panu o tym, jak razem jechaliśmy pociągiem do Lublina. On nie był jeszcze wtedy arcybiskupem. Jeździliśmy z Krakowa wieczorem, żeby o 9.00 rozpocząć na KUL zajęcia. Tak się raz złożyło, że znaleźliśmy się w tym samym wagonie sypialnym. Gdy do niego wszedłem, on już w nim był. Przywitaliśmy się serdecznie. Pytam: „Ksiądz profesor wybiera do spania górę czy dół?”. „Mogę być na górze” – odpowiada. „Wobec tego ja się wycofuję. Ksiądz profesor się rozbierze i położy, to ja przyjdę”. Gdy wyszedłem z wagonu, spotkałem znajomych, z którymi długo rozmawiałem. W końcu mówię im: „Słuchajcie, on już tam pewnie śpi, więc pożegnam was, do widzenia”. Otwieram drzwi, a on wcale nie śpi, tylko klęczy na dole i się modli. Pomyślałem sobie: „Boże drogi, jakiż to jest kapłan pełen wiary i pobożności!”.
Czy Ksiądz Profesor przypuszczał, że ks. kard. Karol Wojtyła zostanie Papieżem?
– Absolutnie nie.
Było to więc zaskoczeniem…
– Całkowitym. To był pierwszy Papież nie-Włoch. Przez trzysta lat Papieżami zostawali głównie Włosi. Ja, będąc raz w Rzymie, koncelebrowałem z nim Mszę Świętą. Byłem wtedy delegowany z KUL, razem ze mną był rektor o. Mieczysław Albert Krąpiec. Wówczas tylko się z Papieżem przywitałem. Ale jak byłem innym razem u niego, podszedł do mnie ks. Stanisław Dziwisz i powiedział, żebym stanął w kolejce do Ojca Świętego jako ostatni. Mówię: „dobrze”. Pomyślałem sobie, że widocznie chcą okazać grzeczność wobec obcokrajowców, a Polak może przywitać się z Ojcem Świętym na końcu. Jakie miłe było dla mnie zaskoczenie, kiedy Ojciec Święty po tym, jak wszyscy wyszli już z biblioteki papieskiej, zaprosił mnie na śniadanie. Odwiedzałem go także, kiedy już chorował. Zawsze znalazł czas na miłą rozmowę ze mną.
Jak Ksiądz Profesor ocenia pontyfikat Ojca Świętego Jana Pawła II?
– To był wspaniały pontyfikat! Ojciec Święty Jan Paweł II był wielkim Papieżem m.in. dlatego, że wprowadził inny sposób traktowania ludzi niż wcześniejsi Papieże. Oni nie podróżowali, czuli się więźniami Watykanu. Pamiętam jeszcze Piusa XII, który wyjeżdżał na plac, ale tylko w Rzymie. A Ojciec Święty Jan Paweł II zaczął pielgrzymować po całym świecie. To był wspaniały człowiek, tyle nowych rzeczy wprowadził. Obecny Papież Benedykt XVI naśladuje go.
Miejmy nadzieję, że wkrótce Jan Paweł II zostanie wyniesiony na ołtarze…
– Modlę się o to, żeby tak się stało.
18 lipca br. minęła 65. rocznica przyjęcia przez Księdza Profesora święceń kapłańskich. To piękny jubileusz. Czym jest dla Księdza kapłaństwo?
– Największą wartością. To nie muzyka, ale kapłaństwo jest dla mnie najważniejsze. Zawsze dziękowałem Panu Bogu za wybór drogi życiowej i prosiłem o błogosławieństwo w mojej pracy kapłańskiej. Do dzisiaj się o to modlę, żebym mógł dobrze wykonywać moje obowiązki kapłańskie.
Muzyka jest więc tylko jego dopełnieniem…
– Tak jest. To są tylko przejawy mojego życia zewnętrznego. Ja przede wszystkim czuję się księdzem, a nie muzykiem. Dlatego nie podkreślam tego, że jestem muzykiem. Żadne kompozycje, żadna nauka nie są ważne, tylko kapłaństwo. Nie w takim sensie, że je lekceważę, ale w takim, iż nie uważam ich za najważniejsze. Dla mnie najważniejsze jest to, że jestem księdzem.
Czy Ksiądz Profesor cały czas odprawia Msze Święte?
– Tak, ale tylko koncelebruję. Mam problemy z gardłem, co uniemożliwia mi głoszenie kazań i spowiadanie.
Ważne miejsce w zainteresowaniach Księdza Profesora zajmuje kult maryjny na przestrzeni od XVI do XX wieku. Czy ma Ksiądz szczególne nabożeństwo do Matki Bożej?
– Tak. Codziennie modlę się za przyczyną Matki Najświętszej. Maryja pomaga nam, aby w naszym życiu Pan Bóg był najważniejszy.
Czy poza muzyką i pełnieniem duszpasterskich obowiązków ma Ksiądz Profesor jakieś inne pasje? Jak lubi Ksiądz wypoczywać?
– Mam trzy bratanice, z którymi lubię się spotykać. Kiedy byłem zdrowy, przez wiele lat spędzałem wakacje za granicą. Byłem w Szwecji, Finlandii, Holandii, Belgii, Niemczech, Hiszpanii, Portugalii. Byłem także w Ziemi Świętej, ale dopiero w 50. roku mojego kapłaństwa. „Księdzem jesteś, a nie byłeś w Palestynie” – ta myśl nurtowała mnie od dłuższego czasu. Zadecydowałem więc, że muszę tam pojechać. I pojechałem.
Zawsze bardzo interesował mnie sport. Już jako ksiądz chodziłem na mecze piłkarskie, jeszcze na Stadion Dziesięciolecia w Warszawie. Chodziłem też do kina, jak słyszałem, że jest dobry film, bo mój brat pracował w kinie na Marszałkowskiej, a potem na Radnej.
Bardzo dziękuję Księdzu Profesorowi za rozmowę.
