Walczyłem o wolną Polskę
Zbliża się rocznica dowodzonej przez Pana obrony Pałacyku Michla na Woli podczas Powstania Warszawskiego, opiewanej przez znaną piosenkę „Pałacyk Michla”. Jak dziś wspomina Pan tamten okres?
– Gdy wybuchło Powstanie Warszawskie, moja grupa szturmowa wchodząca w skład Batalionu „Parasol” stacjonowała w domu opieki dla osób starszych, który był położony u zbiegu ulic Karolkowa – Żytnia. Przenieśliśmy się tam z ul. Elektoralnej 7. Musieliśmy po drodze zlikwidować niemiecki bunkier uzbrojony w ciężki karabin maszynowy, który zdobyliśmy. Gdy dotarliśmy do ul. Żytniej, początkowo panował spokój. Zbudowaliśmy kilka barykad przeciwczołgowych ze zniszczonych samochodów, beczek, szyn kolejowych, worków z piaskiem, płyt chodnikowych itp. Ludzie byli pełni entuzjazmu. Wszędzie powiewały biało-czerwone flagi. Mężczyźni pomagali nam wznosić barykady, kobiety gotowały dla nas jedzenie. Co prawda mieliśmy własną żywność, bo nie chcieliśmy obciążać mieszkańców, ale przyjęliśmy wówczas tę spontaniczną pomoc. Mimo że dookoła stacjonowały jednostki niemieckie, tam, na wyzwolonych terenach, czuliśmy się wolni.
Ale dość szybko Niemcy zaczęli atakować?
– Drugiego dnia powstania pojawiły się pierwsze patrole, które miały sprawdzić, gdzie jesteśmy i w jakiej sile. Dlatego najczęściej likwidowaliśmy je, by Niemcy nie mieli dokładnych informacji. My również patrolowaliśmy ulice, szczególnie Żytnią, oraz cmentarze – ewangelicki i augsburski. Trzeciego dnia zobaczyłem budynek z potężnymi murami, w którym mieszkał wcześniej Karol Michler, właściciel młyna i piekarni oraz fabryki makaronu. Z tyłu znajdowały się m.in. magazyny na mąkę. Pałacyk bardzo mnie zainteresował, bo wiedziałem, że Niemcy, chcąc przebić się przez Wolską, będą musieli tamtędy przechodzić. Sprawdziłem więc budynek, czy nie ma tam np. materiałów wybuchowych. Zdarzało się bowiem, że Niemcy zostawiali zaminowane budynki, które wysadzali w powietrze, gdy tylko powstańcy weszli do nich, myśląc, że są opuszczone. Materiały wybuchowe zwykle były umieszczane pod klatkami schodowymi. Ten budynek jednak był „czysty”. Napisałem więc meldunek do dowódcy, majora Adama Borysa, cichociemnego. Proponowałem zastawienie w tym budynku pułapki na Niemców. Wkrótce otrzymałem zgodę i dodatkową grupę, która została umieszczona po drugiej stronie ulicy, przy fabryce Franaszka [przed wojną firma rodziny Franaszków produkująca m.in. obicia papierowe i papier kolorowy – red.]. Grupa ta – ok. 12 osób – znajdowała się również pod moim dowództwem (w Pałacu Michla miałem ponadto ok. 20 ludzi), a dzięki niej mogliśmy wziąć Niemców „w dwa ognie”, i tak się rzeczywiście stało. Ale jeszcze zanim wybuchły walki, obrona budynku została uwieczniona w piosence pt. „Pałacyk Michla”.
Właśnie podczas oczekiwania na Niemców?
– Tak. W moim oddziale służył Józef Szczepański ps. „Ziutek”, młody, zdolny poeta, który pięknie grał i śpiewał. 4 sierpnia, w przeddzień szturmu, urządziliśmy wieczorem spotkanie na pierwszym piętrze budynku, gdzie w salonie stało wielkie pianino Bernstein. To był jedyny taki moment podczas powstania. Mieliśmy trochę jedzenia i wina zdobytego od Niemców. Właśnie wtedy „Ziutek” ułożył tę słynną piosenkę „Pałacyk Michla”. Przetrwała ona powstanie i resztę wojny. Dziś jest grana na ratuszu dzielnicy Wola. Nie przetrwał natomiast Pałacyk Michla. Co prawda mocno ucierpiał podczas wojny, ale po jej zakończeniu mógł być odbudowany. Jednak gdyby do tego doszło, budynek mógł stać się historyczną pamiątką. Może dlatego nie został zrekonstruowany.
W sumie budynek przetrwał aż 5 szturmów?
– Tak, pierwszy rozpoczął się 5 sierpnia ok. godz. 5.30. Pełniący wartę żołnierz obudził mnie i zameldował, że zbliża się duża kolumna SS. Byli to zaprawieni na froncie wschodnim żołnierze ze specjalnej grupy Oskara Dirlewangera, szkoleni do walki miejskiej. Formacja ta składała się głównie z kryminalistów i kłusowników. Bardzo dobrze strzelali. Grupa dobrze uzbrojonych 150, może 200 żołnierzy szła w naszą stronę. Gdy pierwsze szeregi minęły okna, w których czekaliśmy, na mój rozkaz oba oddziały z obu stron ulicy otworzyły huraganowy ogień. Niemcy wpadli w panikę. Trupy słały się wszędzie. Wtedy tylna kompania rzuciła świece dymne i pod ich osłoną wycofano tylu esesmanów, ilu zdążyło uciec. Jednak zginęło na pewno około 50 żołnierzy. Za godzinę wrócili, stosując już inną taktykę. Poruszali się lewą stroną ulicy. Osłonę ogniową zapewniały im czołg Pantera i dwa pojazdy opancerzone, które jednak stały z daleka i strzelały z dział i armatek. Szybko zaczęli niszczyć budynek. Ten szturm już trudno było odeprzeć. Mieliśmy wielu rannych. Trzeci szturm był jeszcze cięższy, bo Niemcy rzucili drugi czołg i więcej pojazdów opancerzonych. Zaczęły one jeszcze silniej ostrzeliwać budynek, niszcząc go po kawałku. Metalowa brama, która ważyła ponad 2 tony, po pewnym czasie fruwała, jakby to była koperta. Czwarty szturm był najcięższy. Czołgi zaczęły już wjeżdżać na podwórze budynku. Podjeżdżały pod młyny parowe, gdzie miałem ustawione 2 karabiny maszynowe. Zginęło wielu moich żołnierzy i wielu zostało rannych. Kończyła się nam już amunicja. Udało się nam jednak uszkodzić czołg dzięki rusznicy przeciwpancernej, którą mieliśmy ze zrzutów. Otrzymaliśmy rozkaz wycofania się i zaczęliśmy małymi grupami odwrót. Dotarliśmy na Gęsiówkę, gdzie później trochę odpoczęliśmy. Pierwszy raz od wielu dni mogliśmy spać na łóżkach.
Inna głośna Pańska akcja to zdobycie dużego transportu lekarstw z apteki Wendego (10 lipca 1944 r.). To był element przygotowań do powstania?
– Akcję przeprowadziliśmy na prośbę szefa służb sanitarnych AK doktora „Skiby” [szef sanitarny grupy Północ AK, mjr Cyprian Sadowski – red.]. Apteka znajdująca się na Krakowskim Przedmieściu pod numerem 55 (budynek zniszczony podczas powstania, poważnie przebudowany po wojnie) pracowała tylko dla Niemców, choć personel był polski. Zaopatrywała w medykamenty oddziały niemieckie na froncie wschodnim. Znaleźliśmy tam prawie wszystko, czego potrzebowały nasze służby medyczne: środki znieczulające, bandaże, zastrzyki, instrumenty chirurgiczne itp. Nie byłem fachowcem w tej dziedzinie, więc w akcji towarzyszył mi młody lekarz, Jan Lipiński ps. „Kalina”, który miał za zadanie dokonać wyboru środków medycznych i leków.
Cała akcja została przeprowadzona bez jednego wystrzału. Dlaczego to było takie ważne?
– Krakowskie Przedmieście, gdzie znajdowała się apteka Wendego, było w całości kontrolowane przez Niemców. W Hotelu Europejskim mieściło się dowództwo gestapo i SS. Przy tej ulicy stacjonowały też zmotoryzowane oddziały policji niemieckiej mające do dyspozycji motocykle i samochody uzbrojone w karabiny maszynowe. W sumie stacjonowało tam ok. 2 tysięcy żołnierzy. W tej sytuacji jeden strzał wystarczyłby, aby ściągnąć nam na głowę setki Niemców. Dostałem 12 ludzi do dyspozycji, w tym 3 łączniczki i szofera. Przeprowadziłem rozpoznanie apteki i terenu wokół niej. Sporządziłem dokładny plan budynku, zaznaczając, jakie ma zabezpieczenia itp. Sprawdziłem, gdzie są magazyny i kto mieszka w budynku. Apteka mieściła się oczywiście na parterze. Magazyny znajdowały się na pierwszym piętrze, razem z biurami. Budynek był zabezpieczony alarmem, ponadto były 2 telefony. Łączniczki zabezpieczały teren. Jedna stała na Miodowej, druga na Koziej, trzecia zaś miała powierzone nasze dokumenty, bo nie mogliśmy ich mieć przy sobie podczas akcji.
Jak przebiegła akcja?
– Aby się powiodła, musiałem dostać się do środka budynku bez hałasu. Przebrałem się tak, by wyglądać jak członek partii hitlerowskiej. Miałem fałszywą receptę wypisaną w języku niemieckim. Znałem bardzo dobrze ten język, dlatego nie wzbudzając podejrzeń, przekonałem aptekarza, że potrzebuję lekarstw, ponieważ mój szef ma ostre bóle brzucha. Mężczyzna otworzył mi drzwi. Wszedłem do środka. Wyjąłem pistolet i powiedziałem mu, że jestem z AK i potrzebujemy lekarstw dla żołnierzy. Związałem mu ręce i kazałem usiąść na podłodze. Przeciąłem kable telefoniczne na parterze i pierwszym piętrze, by odciąć łączność, a następnie wyłączyłem alarm. Po 10 minutach od mojego wejścia do apteki, zgodnie z planem, wszedł kolega. Miał za zadanie obezwładnić dozorcę, jego syna i sprzątaczkę. Następnie w kilkuminutowych odstępach zaczęli nadchodzić moi ludzie, a po pewnym czasie podjechała ciężarówka, do której zapakowaliśmy lekarstwa. Wszystko było wcześniej zaplanowane. Mieliśmy nawet grube nożyce do przecinania łańcuchów. Przydały się, bo przestraszony dozorca zgubił wiązkę kluczy i musieliśmy przecinać kłódki do poszczególnych sektorów magazynu. Na końcu przyszedł towarzyszący nam lekarz, który miał wybrać najpotrzebniejsze do transportu lekarstwa. Każdy wiedział, co ma robić, i robił to szybko. Musieliśmy przeprowadzić całą akcję w pół godziny, bo później zaczynał się już ruch na ulicy. Na szczęście wszystko przebiegło sprawnie. Samochód odstawiliśmy na ul. Poznańską, gdzie doktor „Skiba” miał na pierwszym piętrze swoje magazyny, a na parterze sklep warzywny. Sporządziliśmy tam dokładny protokół z akcji z wykazem zdobytych leków i materiałów.
Do Warszawy przybył Pan jeszcze przed wybuchem powstania z Lubelszczyzny, walcząc wcześniej w oddziale partyzanckim. Dlaczego przyjechał Pan do stolicy?
– Przez dwa lata walczyłem w oddziale partyzanckim na Lubelszczyźnie, a wcześniej, także przez dwa lata, pracowałem w niemieckiej firmie budowlanej w Puławach, która sprowadzała materiały budowlane, m.in. drut kolczasty, cement, blachę falistą itp. dla niemieckich oddziałów budujących fortyfikacje. Biuro firmy mieściło się na dworcu kolejowym w Puławach, skąd mogłem obserwować niemieckie transporty. Dzięki pracy takich licznych informatorów, jak ja w tym czasie, wywiad AK i rząd londyński mieli bardzo dobre informacje o niemieckich działaniach. Informacje przekazywaliśmy poprzez łączników, następnie centrala wywiadu przekazywała je drogą radiową. Rząd londyński miał bardzo dobre radiostacje, które działały do sierpnia 1945 r., bo jeszcze wtedy znajdowały się na terenie Polski niezdekonspirowane radiostacje.
W czynną walkę zaangażował się Pan po zdekonspirowaniu przez Niemców?
– Tak. Na szczęście ktoś ostrzegł mnie o planach aresztowania, więc szybko uciekłem do partyzantki. Na dużych obszarach leśnych i terenach wiejskich nie było w zasadzie policji. Z tego powodu grasowały tam liczne bandy złożone z bolszewików lub złodziei i zwykłych przestępców, które rabowały wsie, gwałciły kobiety. Bywało też, że miesiącami mieszkali w chłopskich chałupach na koszt tych biednych ludzi. Dlatego też dowódca oddziału partyzanckiego musiał dodatkowo opiekować się ludnością cywilną. Miałem zaszczyt walczyć u boku cichociemnych – skoczków przysłanych z Londynu – Hieronima Dekutowskiego ps. „Zapora”, Zygmunta Libery ps. „Babinicz” i Mariana Jagielskiego ps. „Gacek”. To oni nauczyli mnie m.in. tak wykorzystywać materiał wybuchowy – plastik, aby uszkadzać niemieckie pojazdy, nie niszcząc ich. Były nam potrzebne: broń, amunicja, żywność, a nawet ubrania i hełmy. Spalenie lub zniszczenie pojazdu, w którym się znajdowały, powodowało zniszczenie całej zawartości. Dlatego właśnie w ten sposób przeprowadzałem akcje przeciwko Niemcom.
Dlatego był Pan nazywany nawet przez Niemców rycerskim dowódcą?
– Starałem się także możliwie oszczędzać ludzkie życie. Zabicie Niemców powodowało także okrutne i krwawe, niewspółmierne represje na ludności cywilnej, która stanowiła przecież całe nasze zaplecze. Pamiętałem także o tradycjach mojego rodu, który w ciągu wieków dał Polsce wielu dobrych rycerzy oraz wybitnych dowódców.
Dlaczego przeniósł się Pan do Warszawy?
– Ówczesny dowódca Kedywu Armii Krajowej (wtedy pułkownik) Emil August Fieldorf poznał mnie podczas wizytacji naszych oddziałów na Lubelszczyźnie i polecił mi wkrótce potem przenieść się do Warszawy, gdzie miałem szkolić młodych żołnierzy podziemia do walki w Powstaniu Warszawskim.
Właśnie, Pańskie doświadczenie bojowe pochodziło nie tylko z walk w partyzantce. Był Pan żołnierzem – kapralem podchorążym – już podczas kampanii wrześniowej?
– We wrześniu 1938 r. zostałem przyjęty do szkoły podchorążych rezerwy w Grodnie, a rok później, latem 1939 r., wstąpiłem do 76. Pułku Piechoty im. Ludwika Narbutta. Gdy wybuchła wojna, zostaliśmy skierowani w okolice Baranowicz, a później w rejon Stołpców. Po 17 września i pierwszych walkach z Sowietami nasza sytuacja szybko zaczęła się pogarszać, bo ich oddziały miały bardzo silne wsparcie m.in. broni pancernej. Zniszczyliśmy sowiecki samochód uzbrojony w ciężki karabin maszynowy oraz mały czołg rozpoznawczy. Po dwóch dniach starć – 18 września – dzień po moich urodzinach, dostałem się do niewoli. Wkrótce potem wziął mnie na przesłuchanie funkcjonariusz milicji, prawdopodobnie z Baranowicz, podlegającej Sowietom, a utworzonej głównie z miejscowych Żydów. To były takie gończe psy nowej władzy okupacyjnej. Ta nowo utworzona milicja znała dobrze ludność. Od razu wzięła się za sporządzanie list Polaków, którzy ich zdaniem mogli zagrażać władzy sowieckiej. Najbardziej chętna do współpracy z Sowietami była ludność żydowska i białoruska. Aresztowani Polacy byli albo rozstrzeliwani na miejscu, albo wywożeni na śmierć w głąb Rosji. Ja byłem w mundurze, więc z miejsca zabrali mnie i szybko postawili przed sąd polowy. Zostałem przez komisarza NKWD oskarżony o zabójstwo „radzieckich żołnierzy” i jako „wróg Związku Radzieckiego” otrzymałem wyrok śmierci. Za podobne „przewinienia” skazali na śmierć i szybko rozstrzelali dwie 5-osobowe grupy więźniów. Ja byłem umieszczony w trzeciej. Jednak z jakiegoś powodu w ostatniej chwili zmieniono decyzję i postanowiono nas wywieźć w inne miejsce. Zapakowali nas do wagonu towarowego i ruszyliśmy na Wschód. Wkrótce jednak pociąg zatrzymał się na dłużej na jakiejś stacji.
Wtedy udało się Panu uciec?
– Tak. Zauważyliśmy z innymi więźniami, że w jednym rogu wagonu są spróchniałe deski. Udało się nam wybić w nich sporą dziurę, przez którą uciekliśmy pod osłoną nocy, każdy w innym kierunku. Na szczęście Sowieci nie odebrali mi małego kompasu. Dzięki niemu posuwałem się stale na Zachód, do Brześcia. Szedłem nocami, a ukrywałem się i odpoczywałem podczas dnia, by uniknąć złapania. Żywiłem się resztkami warzyw, które można było jeszcze znaleźć na polach. Starałem się omijać wioski, bo nie wiadomo było, czy nie są zamieszkałe przez zwolenników Sowietów. Czasami, gdy trafiałem do polskich wsi, poprosiłem kogoś o chleb. W ten sposób doszedłem do Bugu. Jakiś rybak, który miał łódkę, pomógł mi przeprawić się przez rzekę i pokazał, w którym miejscu można przedrzeć się przez niemieckie posterunki. Potem z kolejowym transportem drewna zabrałem się do Warszawy. Początkowo jednak trudno mi było się utrzymać w stolicy, bo miałem mało kontaktów. Więcej znajomych rodzina miała w Lublinie, dlatego wyjechałem do tego miasta. Chciałbym też zaznaczyć, że łatwiej było funkcjonować w niemieckiej strefie okupacyjnej. Po sowieckiej stronie trudno byłoby mi prowadzić działalność partyzancką, ponieważ tam, niestety, duża grupa ludności zaczęła współpracować z Sowietami.
Czyli gdyby Sowieci kontrolowali Warszawę, trudno byłoby też zorganizować powstanie?
– Prawdopodobnie tak. Choć same walki z Niemcami nie były łatwe. Naprzeciw siebie stanęli przecież młodzi, ledwie przeszkoleni 17-letni harcerze, słabo uzbrojeni i z kurczącymi się szybko zapasami żywności. Z drugiej strony – podczas walk w Pałacyku Michla – byli zaprawieni na froncie wschodnim głównie byli kryminaliści z oddziału Dirlewangera. Hitlerowcy wypuścili ich z więzień, obiecując, że jeśli przeżyją wojnę, zyskają wolność. Bili się więc do końca. Byli wypoczęci, mieli dobrą żywność, mogli się zmieniać, mieli amunicję. To było więc prawdziwe bohaterstwo ze strony tych młodych chłopców i dziewcząt z oddziałów powstańczych. Sanitariuszki wyciągały rannych powstańców często wprost spod ognia nieprzyjacielskiego. Wiele z nich ginęło. Z kolei łączniczki przenosiły meldunki często pod ostrym ogniem. To był kolosalny wysiłek. Jednak straty mieliśmy ogromne. Straty „Parasola” po walkach na Woli, Czerniakowie i Starówce sięgnęły 85 procent. Z grupy szturmowej, która walczyła ze mną na Woli, przeżyły do dziś 4 osoby. Uratowały się – podobnie jak ja – tylko dlatego, że były ranne i nie brały udziału w dalszych walkach. Nie istniała możliwość, by dowódca oddziału walczący w pierwszej linii mógł przeżyć 63 dni powstania.
Pan również przeżył tylko dzięki temu, że został Pan ranny w walkach na cmentarzu kalwińskim?
– Dokładnie. Podczas walk na cmentarzu zostałem trafiony w szczękę. Na szczęście kula wyszła bokiem, a nie tyłem głowy, jak chciał snajper. Zostawiła dziurę wielkości spodka od szklanki. W szpitalu św. Jana Bożego skóra została zszyta. Jednak wiele odłamków zostało w szczęce. Trzeba było je wyjąć oraz dokonać transplantacji kości i skóry. Nie było wówczas warunków do takiej operacji. Rana ślimaczyła się. Myślałem, że umieram. Wtedy zostałem odznaczony przez gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego orderem Virtuti Militari. Miało to kolosalny wpływ na nas, młodych oficerów. Może właśnie dlatego przeżyłem. Początkowo nie mogłem mówić, a posiłki przyjmowałem tylko w płynie. Po pewnym czasie młody organizm zaczął się regenerować, może również dzięki wojskowemu przeszkoleniu i dobrej kondycji fizycznej. Później, po kapitulacji Powstania Warszawskiego, trafiłem do oflagu, a potem do obozu jenieckiego w Niemczech. Ostatecznie zostałem operowany dopiero we wrześniu 1945 r. w Szkocji. Lekarze nie mogli uwierzyć, że wytrzymałem przez rok z taką raną. Zoperowali mnie i już pół roku później zameldowałem się w brygadzie spadochronowej gen. Sosabowskiego.
Wróćmy jeszcze na chwilę do Powstania Warszawskiego. Dlaczego Niemcy tak zażarcie walczyli z powstańcami, poświęcając tak wiele ludzi, broni i środków, skoro mieli już po wschodniej stronie Wisły wielkie siły sowieckie. Nie dopuszczali myśli o przegranej?
– Dobre pytanie. Sam zastanawiałem się nad tym i badałem różne dokumenty, do których miałem dostęp, przebywając w Londynie. Częściowo odpowiedzi dostarczył mi mój stryj Antoni B. Brochwicz-Lewiński, który był ministrem obrony narodowej w rządzie londyńskim. Przez dwa tygodnie pracowałem w oddziale VI [przesyłający m.in. pocztę i pieniądze dla podziemnej organizacji walczącej w Polsce z komunistami – red.] sztabu generalnego Naczelnego Wodza. Dowódcą oddziału był gen. Stanisław Tatar. Myślę, że na wyższym szczeblu przywódców Niemiec i ZSRS zapadły decyzje, by wykończyć Armię Krajową. Zapewne miały znaczenie przedwojenne porozumienia zawierane między Hitlerowcami i Sowietami. Przecież zdarzało się nawet, że Niemcy przekazywali pojmanych obywateli sowieckich Rosjanom. Dlatego gdy Rosjanie stanęli nad Wisłą, nie zamierzali wcale jej przekraczać. Dowódca AK gen. Bór-Komorowski liczył na to, że dojdzie do jakiejś współpracy z wojskami sowieckimi. Jednak Stalin powiedział jasno Konstantemu Rokossowskiemu, dowódcy 1. Frontu Białoruskiego: „To są gorsi wrogowie [Polacy – red.] od Niemców. Stój tam, gdzie stoisz”. Co prawda były symboliczne gesty. Dowódca 9. Batalionu Piechoty mjr Łotyszonow przepłynął na pontonach Wisłę, by nas wspomóc na Czerniakowie, ale ta grupa składająca się głównie z rekrutów z Kresów i Lubelszczyzny, wcielonych siłą przez Sowietów do armii, była praktycznie skazana na śmierć. Oni nie mieli gruntownego wyszkolenia bojowego ani ciężkiej broni.
Czyli to był propagandowy gest, zresztą kosztem życia głównie Polaków z Kresów?
– Tak. Podobnym propagandowym gestem była misja kapitana Konstantego Kaługina, zrzuconego na spadochronie w Warszawie. Został on włączony do sztabu gen. Bora-Komorowskiego. Generał oraz „Monter” [gen. Antoni Chruściel, dowódca Powstania Warszawskiego – red.] dwukrotnie przekazali mu prośbę, by przesłał do rosyjskiego dowództwa koordynaty artyleryjskie. Prosili o zbombardowanie baterii ciężkiej artylerii niemieckiej stacjonującej na Woli oraz w parku Dreszera na Mokotowie. Dzięki nim Niemcy dokonywali ogromnych zniszczeń w Warszawie. Kaługin odmówił przekazania tych próśb, mówiąc wprost, że został wysłany tylko po to, by obserwować działania AK i przekazywać meldunki do rosyjskiego dowództwa. Jeszcze inną propagandówką były tzw. rosyjskie zrzuty. Pakunki z sucharami, amunicją i lekkim uzbrojeniem zrzucane nam z samolotów z wysokości ok. 200-300 metrów bez spadochronów po uderzeniu o ziemię nie nadawały się praktycznie do niczego. Zresztą amunicja rosyjska była nam właściwie nieprzydatna, bo my mieliśmy niemiecką lub angielską broń.
W tej sytuacji powstanie zostało zdane wyłącznie na własne, topniejące siły?
– Mieliśmy jeszcze Dywizję Wołyńską AK, która szła z południa na pomoc Warszawie, oraz dwie brygady partyzanckie, które nadciągały z Wilna. Partyzanckie pułki były też zgrupowane w Puszczy Kampinoskiej. Ale nie mogły one przedrzeć się przez kordon wojsk niemieckich. Dużą pomocą były zrzuty z brytyjskich samolotów dostarczających powstańcom zaopatrzenie. Jednak nie mogły one lądować na kontrolowanych przez Sowietów lotniskach. Musiały więc tankować tyle paliwa, by starczyło im na przelot z Wysp Brytyjskich czy Włoch do Polski i z powrotem. Niestety, były też narażone na ataki niemieckich myśliwców, bo Sowieci nie chcieli walczyć w powietrzu z Niemcami.
Z Pana wspomnień wynika też, że poważnym problemem byli agenci sowieccy?
– Jeden dobry agent jest więcej wart niż dywizja wojska. Już podczas powstania działało wielu agentów sowieckich rekrutowanych spośród Polaków. Wyszkoleni przez NKWD dokonywali akcji sabotażu. Część z nich ukrywała się, czekając, aż Warszawa wpadnie w ręce sowieckie. Wtedy mieli się ujawnić, by stworzyć nowy rząd podporządkowany ZSRS. Byli przysyłani już w 1943 roku. Moim zdaniem, to właśnie oni przekazali Niemcom informacje o miejscu pobytu generała Stefana Roweckiego ps. „Grot” [komendant główny AK, aresztowany przez gestapo 30 czerwca 1943 r., zamordowany przez Niemców tuż po wybuchu Powstania Warszawskiego – red.]. Był świetnym dowódcą, trudno było go zastąpić. Sowieccy agenci odkryli go i przekazali informacje o miejscu jego pobytu gestapo. To przez nich został aresztowany. Nie uległ namowom Niemców, by AK współpracowała z hitlerowcami przeciwko Sowietom. Nie przekazał im też żadnych informacji o AK, więc tak naprawdę już wtedy Sowieci byli naszym drugim wrogiem. Dla nich Armia Krajowa i walcząca Warszawa były przeszkodą na drodze do podboju Europy. Oni chcieli dotrzeć przynajmniej do Paryża i Londynu. To był plan powtórzony z roku 1920, który wówczas pokrzyżował Marszałek Józef Piłsudski. Wtedy również Sowieci przygotowali komunistyczny rząd, który miał objąć władzę w Polsce. Niestety, ostatecznie udało im się zrealizować ten plan w 1945 roku. Kolejną osobą, która stała na przeszkodzie ich zamierzeniom, był gen. Władysław Sikorski.
Podziela Pan opinie wielu historyków, że za jego śmiercią stali Sowieci?
– Moim zdaniem, został on zabity przez agentów rosyjskich umieszczonych w wywiadzie brytyjskim. Pułkownik Harold A. Philby ps. „Kim”, arystokrata, absolwent Cambridge pracujący w brytyjskim wywiadzie MI6, był w rzeczywistości sowieckim agentem. Gdy samolot z gen. Sikorskim lądował na Gibraltarze, Philby był tam oficerem bezpieczeństwa. Są opinie, że generał został zamordowany jeszcze na Gibraltarze, zanim wsiadł do samolotu. Myślę, że ekshumacja ciała gen. Sikorskiego może wiele wyjaśnić. Przecież obydwaj piloci samolotu – Czech Eduard Prhal i mjr W.S. Herring, uratowali się, mieli na sobie kamizelki ratunkowe, i żyli długie lata po katastrofie, zaś ciało córki generała, Zofii Leśniewskiej, nie zostało w ogóle odnalezione. Komandor Lionel Crabb, jeden z najlepszych ówczesnych nurków brytyjskich z marynarki wojennej, poszukiwał go bezskutecznie. Tymczasem ciało nie mogło daleko popłynąć, bo Gibraltar ze względu na krążące niemieckie łodzie podwodne miał założone pod wodą specjalne siatki. Ponadto po wojnie odnaleziono bransoletkę z kości słoniowej, którą nosiła córka gen. Sikorskiego. Otrzymała ją od oficerów kawalerii w Szkocji. Jest to interesujące o tyle, że ta ozdoba miała skomplikowany zamek, który można było otworzyć, tylko znając sposób otwierania go. Bransoletka została znaleziona później w hotelu Shepherds w Kairze, w którym była wykorzystywana przez dyplomatów.
Jak mogła się tam znaleźć, skoro nie odnaleziono ciała Zofii Leśniewskiej?
– Właśnie. Ciekawe jest również to, że Prhal po wojnie pracował w liniach lotniczych Czechosłowacji, kontrolowanej przez Sowietów. Jednak po pewnym czasie został ostrzeżony, że będzie aresztowany. Wówczas ukradł samolot Dakota i uciekł do Wielkiej Brytanii. Stamtąd wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Ważny jest też inny fakt. Otóż gen. Sikorski miał ze sobą dokumenty zawierające gwarancje przywódców Wielkiej Brytanii, USA i walczącej Francji – Winstona Churchilla, Franklina D. Roosevelta, i gen. Charles’a de Gaulle’a, że po wojnie Polska będzie wolna w przedwojennych granicach [prawie 5 miesięcy później podczas konferencji tzw. wielkiej trójki w Teheranie przywódcy USA, Wielkiej Brytanii i ZSRS uzgodnili oddanie Polski pod kontrolę Sowietów oraz ustalili przebieg naszej granicy ze Związkiem Sowieckim na tzw. linii Curzona – red.]. Teczkę z dokumentami wyłowił komandor Crabb i przekazał ją do Londynu. Od tej pory nikt tych dokumentów nie widział.
Do dziś spoczywają w brytyjskich archiwach?
– Raczej nie w archiwach, ale w specjalnych pomieszczeniach, gdzie przechowywane są najtajniejsze i najważniejsze dla Wielkiej Brytanii dokumenty. Takich materiałów nie trzyma się w archiwach, bo do nich może się ktoś dostać. Do takich tajnych pomieszczeń, gdzie przechowywane są ściśle tajne rzeczy, nie dostanie się nikt niepowołany.
Prawdopodobni zabójcy gen. Sikorskiego musieli więc zaatakować go na Gibraltarze?
– Dokładnie nie wiemy, kto zamordował gen. Sikorskiego, ale to była prawdopodobnie specjalna grupa do mordowania „po cichu”, wysłana na polecenie Stalina. Ciekawe jest również to, że tuż po lądowaniu na Gibraltarze samolotu generała obok brytyjskiej maszyny wylądował samolot z sowieckim ambasadorem w Wielkiej Brytanii Iwanem Majskim. Towarzyszyli mu prawdopodobnie agenci służb specjalnych, którzy mogli doprowadzić do zabójstwa generała.
Czy to możliwe, by wywiad brytyjski został aż tak zaskoczony na swoim własnym terenie, i to w punkcie, który był strategiczny dla Brytyjczyków?
– Anglicy, by oszczędzać swoich ludzi, chcieli, by w walkach z Niemcami „odciążyli” ich Rosjanie. Brytyjska armia była zaangażowana na wielu frontach, w Europie, Afryce Północnej i Azji Południowej, począwszy już od 1940 roku. Generał Sikorski był zaprzyjaźniony z Churchillem i Rooseveltem, a także gen. Charles’em de Gaulle’em. Generał nie zgodziłby się na oddanie Polski pod kontrolę Sowietów i przesunięcie granic Polski po II wojnie światowej.
Śmierć gen. Sikorskiego była kolejnym dużym ciosem dla polskich środowisk niepodległościowych?
– Generał Sikorski był nie tylko dowódcą wojskowym, ale także politykiem. Nie można było go zastąpić, podobnie jak gen. Roweckiego. Generał Anders chciał jeszcze dokonać inwazji przez Bałkany, by zatrzymać Niemców. Współdziałał z nim amerykański gen. George Patton. Ale gen. Patton został zastrzelony przez tajemniczego snajpera podczas konferencji obradującej na południu Niemiec [oficjalne źródła dotąd powielają wersję, że zmarł w szpitalu w Niemczech na skutek obrażeń odniesionych w wypadku samochodowym – red.].
Co robił Pan po zakończeniu wojny? Zastanawiało się wówczas nad tym wielu Polaków na obczyźnie?
– Początkowo, do rozwiązania polskich jednostek, miałem za zadanie szkolić rekrutów, aż do 1947 roku. W obozie przejściowym było wtedy dużo konfliktów. Chciałem więc szybko podjąć jakąś pracę. Otrzymałem dwie oferty od Amerykanów i Brytyjczyków. Znałem 4 języki i miałem doświadczenie wojskowe, co miało duże znaczenie. Ze względu na obecność rządu na uchodźstwie w Londynie postanowiłem zostać w Wielkiej Brytanii. Byłem m.in. dowódcą szwadronu czołgów. Miałem również staż na łodziach szturmowych. Ostatecznie pracowałem głównie w wywiadzie brytyjskim. Zostałem wysłany na tereny wielu krajów, gdzie jeszcze toczyły się działania wojenne…
Między innymi do Palestyny?
– Tak. Żydowskie bojówki z organizacji Irgun organizowały zamachy terrorystyczne na żołnierzy brytyjskich. Wielu z nich zginęło w zamachach. Wkrótce potem zostałem przeniesiony do Niemiec, na linię demarkacyjną z sowiecką strefą okupacyjną, gdzie pełniłem służbę policyjną i wywiadowczą. Wielu ludzi próbowało się wówczas przedostać przez tę granicę, zarówno np. dezerterzy z armii brytyjskiej, chcący dostać się do Czechosłowacji, jak i sowieccy dezerterzy chcący uciec na Zachód.
Cała rodzina przetrwała zawieruchę wojenną?
– Mama została w Polsce, gdzie zastała ją „władza ludowa”. Komuniści próbowali mnie złapać, dlatego zmusili nawet mamę do napisania listu, w którym prosiła mnie o przyjazd do niej. Jednocześnie okrężną drogą, przez Szwajcarię, wysłała drugi list, w którym napisała mi prawdę, że zmusili ją do napisania tego pierwszego listu, i żebym nie wracał, bo mnie zabiją. Dlatego nie zobaczyłem jej więcej. Zmarła w 1989 roku. Wcześniej, w 1952 r., zmarł ojciec. Podobnie jak ja został złapany przez Sowietów we wrześniu 1939 r. i zesłany do obozu na Kołymie. Pracował razem ze stryjem Antonim w przerażających warunkach w kopalni cyny i miedzi. Obaj wyglądali jak szkielety, gdy udało im się uciec ze Związku Sowieckiego razem z armią gen. Andersa. W wojennej zawierusze straciliśmy też rodzinny dom i ziemię w okolicach Wołkowyska [dziś na terytorium Białorusi – red.]. Sowieci oczywiście zagarnęli wszystko. Stryj dostał się na szczęście do Francji. Nie wrócił już do Polski. Dwie ciotki zostały zamordowane przez Sowietów.
Pana też sowieccy agenci na Zachodzie próbowali zabić?
– Tak, co najmniej dwukrotnie podczas mojej służby w brytyjskiej strefie okupacyjnej w Niemczech. Na szczęście Anioł Stróż czuwał nade mną…
Jak Pan i Polacy na emigracji oceniali to, co działo się w naszym kraju pod kontrolą komunistów?
– Wiedzieliśmy, że nie możemy wracać, bo wielu naszych kolegów, którzy to zrobili, zostało zamordowanych lub zamkniętych w więzieniach, jak np. gen. Tatar i Stanisław Nowicki. Groziła mi śmierć za to, że walczyłem za wolną Polskę. Polacy, którzy zostali na emigracji, powoli asymilowali się i dzieci coraz częściej nie mówiły po polsku. Gdy wróciłem do Polski, po 58 latach emigracji [w 2002 r. – red.], byłem bardzo wzruszony. Szybko jednak dostrzegłem główne problemy Polski – brak lustracji i dekomunizacji. Jeśli ktoś dokonał przestępstw, skazywał bądź katował ludzi, nie można mu puścić tego płazem. W Wielkiej Brytanii mieszkałem blisko rotmistrza Witolda Pileckiego. Został on wysłany jako emisariusz do Polski. Komuniści go zakatowali. Wielu takim katom nic się do dziś nie stało. Krytykowałem także Okrągły Stół. On sprawił bowiem, że wciąż nie mamy Polski takiej, jaka była przed wojną. Dopiero rządy PiS trochę zmieniły sytuację.
Dziękuję za rozmowę.
