Prywatyzacja – kapitulacja
Platforma Obywatelska w trakcie kampanii wyborczej odpierała zarzuty, że jej zamiarem jest prywatyzacja szpitali. Oskarżenia PiS w tej materii nazywano co najmniej „ohydnym kłamstwem”, „oszczerstwem”. Teraz, gdy PO oficjalnie proponuje wprowadzenie nakazu przekształcania szpitali w spółki prawa handlowego, a także ich prywatyzację przez samorządy, widać, że Platforma cały czas miała taki projekt. Trudno więc tylko w kategoriach konfabulacji traktować wynurzenia byłej poseł PO Beaty Sawickiej, która w tamtym roku agentowi Centralnego Biura Antykorupcyjnego wiele mówiła o „robieniu interesów na prywatyzacji szpitali”. O wiele istotniejsze od sprawy Sawickiej jest to, jakie skutki może przynieść oddanie prawie wszystkich szpitali najpierw w ręce samorządów, a potem ich prywatyzacja. Niestety, powstaje sytuacja, w której rząd nie radzi sobie z problemem reformy ochrony zdrowia i chce ten kłopot podrzucić samorządom niczym kukułcze jajo. Państwo kapituluje, a stracić możemy na tym wszyscy.
W Polsce mamy w tej chwili prawie 700 publicznych szpitali. Ich organem założycielskim są samorządy wojewódzkie, powiatowe i miejskie, część klinik to szpitale należące do akademii medycznych. Zgodnie z propozycjami PO, placówki te zostałyby obligatoryjnie przekształcone w spółki prawa handlowego. Wcześniej właścicielem majątku szpitali zostałyby samorządy. To istotna zmiana, bo funkcja organu założycielskiego, jaką teraz dla szpitali pełnią samorządy, jest mniej znacząca. Więc samo oddanie placówek lokalnym władzom nie jest złą ideą, ale pod warunkiem, że jest to sensowny element reformy szpitalnictwa, czego teraz nie widać.
Szybka wyprzedaż
Politycy PO jak ognia unikają słowa „prywatyzacja”, bo wiedzą, że większość Polaków krytycznie ocenia taki proces w odniesieniu do szpitali. Gdy Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy pochwalił rząd za plany prywatyzacyjne, politycy Platformy na wyścigi przekonywali, że takich projektów nie mają. Pochwały OZZL traktowano nawet jako polityczny „pocałunek śmierci”. Być może lekarze związkowcy wykorzystali ten moment na rewanż za upokorzenia, jakich wiele doznali od premiera, ministra zdrowia i innych polityków Platformy (odsądzano ich od czci i wiary w trakcie lekarskich strajków, zarzucano brak troski o pacjentów, żądzę zysku za wszelką cenę, hamowanie reform), wiedząc, że PO zależy na sondażowych słupkach.
Dlatego Zbigniew Chlebowski, przewodniczący klubu parlamentarnego PO, zarzekał się, że chodzi „tylko o komercjalizację”. Minister zdrowia Ewa Kopacz przekonywała, iż rząd wcale nie dąży do prywatyzacji szpitali, bo to nie od niego będzie zależało. Argumentacja pani minister jest następująca: skoro rząd nie będzie już właścicielem szpitala, ale samorząd, to właśnie lokalna władza będzie miała decydujący głos w tej materii. Rządowi ani posłom nie będzie nic do tego.
Wiele publicznych szpitali jest w kiepskiej sytuacji finansowej. Mają wielomilionowe zadłużenie, które, trzeba pamiętać, nie powstało miesiąc czy rok temu, ale jest skutkiem niedoinwestowania szpitali, niskich kontraktów na leczenie, podpisywanych najpierw z kasą chorych, a potem z Narodowym Funduszem Zdrowia.
Wyobraźmy sobie, że oto powiat, którego roczny budżet wynosi np. 60 mln zł, dostaje w prezencie szpital z zadłużeniem 20 milionów. To bagaż, którego nie jest w stanie udźwignąć. Samorząd, żeby nie wpaść w tarapaty finansowe, będzie chciał po prostu jak najszybciej pozbyć się tego problemu, sprzedając szpital. Dlatego jeśli starosta czy prezydent będą nawet przeciwnikami prywatyzacji szpitala, to nie będą mieli po prostu innego wyjścia. Jeśli bowiem zostawią sobie szpital z długami, to na konta samorządu wejdzie szybko komornik, a wtedy nie będzie pieniędzy na wiele potrzebnych inwestycji.
Jak oddłużyć?
Rząd obiecuje, że przygotuje mechanizmy oddłużenia. Na pewno jednak nie będzie prostego oddłużenia, czyli pokrycia zobowiązań wszystkich placówek przez budżet państwa. A problem jest bardzo poważny. Szacuje się, że zobowiązania szpitali publicznych sięgają co najmniej 10 mld złotych. Rząd tego długu nie wykupi, bo nie ma pieniędzy. To znaczy pieniądze pewnie by się znalazły, ale rządowi zależy nie na zwiększaniu, lecz zmniejszaniu wydatków. Skoro więc premier Donald Tusk nakazuje ministrom obcinanie swoich budżetów i szukanie oszczędności, to z pewnością nie po to, aby minister Kopacz otrzymała kolejne miliardy złotych na szpitale. Doszłoby wtedy do znacznego zwiększenia deficytu budżetowego i pogorszenia parametrów makroekonomicznych. A wówczas na pewno upadnie jeden ze sztandarowych projektów rządu: przygotowanie Polski do przyjęcia euro w 2011 roku. Dlatego Tusk tak bardzo walczy o oszczędności i nie zgodzi się na przejęcie długów szpitali. Premier chce bowiem być w gronie prymusów unijnych, a nie wysłuchiwać od „europejskiej elity” uwag o „rozpasanej polityce finansowej”.
Dlatego ekipa rządowa proponuje samorządom inne rozwiązanie: pierwszym krokiem będzie umorzenie długów wobec ZUS, skarbówki, Funduszu Pracy i innych instytucji państwowych. To i tak połowa długów. Ale w kasie wciąż brakuje 5 miliardów złotych. Są to pieniądze, które placówki powinny oddać dostawcom leków i innych materiałów medycznych oraz zakładom energetycznym, wodociągom. Na to już pieniędzy budżetowych ma nie być, a premier proponuje samorządom inne rozwiązanie: „Wyemitujcie obligacje na pokrycie długów, a gwarantem ich spłaty będzie państwo”. To jednak wcale nie jest dobre rozwiązanie. Dlaczego? Jeśli bowiem samorząd zamieni dług szpitala na obligacje, wpadnie w poważne problemy. Pogorszą się bowiem jego wskaźniki finansowe. Obligacje to przecież także dług do spłacenia, a jak wiadomo, gmina, powiat czy województwo nie może się zadłużać w nieskończoność. Jeśli zobowiązania sięgają 60 proc. dochodów danej jednostki, samorząd nie może pożyczyć już ani złotówki. Ustawa nakazuje w tym momencie nawet dokonanie ostrych cięć w wydatkach samorządu i pieniędzy wystarcza wtedy tylko na pensje i bieżącą działalność. O rozwoju można zapomnieć. Tymczasem większość miast, gmin, powiatów i województw buduje drogi, chodniki, wodociągi, kanalizację, szkoły – właśnie w dużej mierze dzięki kredytom. Jeśli więc lokalne władze z powodu przejęcia długów szpitali nie będą miały zdolności kredytowej, nic nie wybudują. Nie sięgną też po dotacje unijne, które mogą wówczas w znacznym stopniu przepaść. Dlatego, żeby uniknąć takiej sytuacji, samorządy będą czym prędzej sprzedawały zadłużone szpitale. Ale wtedy PO będzie się przecież tłumaczyć, że to nie rząd podejmował decyzję w tej sprawie. – Oddajemy samorządom całą władzę nad szpitalami – mówił przecież Zbigniew Chlebowski.
Rząd rozważa jeszcze inne wyjście: dług szpitala będzie wliczony do jego majątku, czyli ktoś, kto go kupi, zapłaci kwotę równą wartości tego majątku, ale pomniejszoną o dług. Tylko że zobowiązania nie znikną i jeśli ktoś będzie chciał uczciwie prowadzić usługi medyczne, to nie będzie ku temu warunków. Rząd nie da bowiem nikomu gwarancji, iż kontrakt z NFZ będzie na tyle wysoki, aby pokryć wszystkie koszty i mieć jeszcze pieniądze na spłatę długów, których w tej sytuacji nikt nie podaruje. No chyba że ktoś kupuje szpital, aby „kręcić lody” i zatrzymać sobie np. najbardziej dochodowe oddziały, a w „wolnej części”, po likwidacji paru oddziałów, uruchomić nowe dochodowe przedsięwzięcie. Wtedy warto nawet kupić bardzo zadłużony szpital, doprowadzić go do bankructwa, wyprowadzić atrakcyjny majątek i z nowym podmiotem rozpocząć nową działalność. Bo gdy szpital będzie spółką prawa handlowego, jego upadłość będzie można ogłosić bardzo łatwo. Można też prowadzić znakomite interesy na handlu długami – możliwości zarobku na padającym szpitalu jest sporo.
Państwo kapituluje
Propozycja PO jest najwyraźniej sposobem pozbycia się przez państwo newralgicznego problemu, który to właśnie państwo powinno rozwiązać. Skoro więc rząd nie daje sobie rady z reformą ochrony zdrowia, a zwłaszcza ze szpitalami, to je po prostu oddaje, czyli kapituluje, pokazuje bezradność. Oficjalnie jest to przekazywanie władzy w dół, ale bez pieniędzy. Gdyby bowiem jednocześnie PO pokazała, że będzie więcej pieniędzy na szpitale, i zaproponowała sensowny sposób oddłużenia szpitali bez obarczania tym samorządów, wtedy moglibyśmy nawet przyjąć, że jest to sensowny pomysł, może kontrowersyjny, ale przynajmniej uczciwy. Tego o obecnym projekcie PO powiedzieć nie można.
Niestety, z reguły, gdy państwo oddawało w przeszłości jakieś swoje kompetencje w dół, to „zapominało” o oddaniu razem z nimi odpowiednich pieniędzy. Najwyraźniej widać to na przykładzie szkolnictwa. Gdyby gmina lub powiat przekazywały szkołom tylko pieniądze, które dostają od ministerstwa edukacji w ramach subwencji oświatowej, może wystarczyłoby jedynie na pensje dla nauczycieli, sprzątaczek czy dozorców. Na remonty i modernizacje nie byłoby już ani złotówki. Takie wydatki są pokrywane z dochodów własnych samorządów. Inaczej być zresztą nie może, bo przecież wszystkim zależy na tym, aby warunki kształcenia dzieci na ich terenie były jak najlepsze. I być może władza centralna myśli teraz podobnie: damy samorządom szpitale, a one niech się o resztę martwią. I będą musiały dokładać do szpitali, bo na to będą naciskali mieszkańcy, czyli ich wyborcy. A jak nie, to niech sprzedają placówki w prywatne ręce.
Prywatny – lepszy czy gorszy?
Premier Donald Tusk i jego współpracownicy przekonują, że koncepcja rządu jest dobra, bo to samorządy najlepiej wiedzą, jak na ich terenie ma wyglądać ochrona zdrowia, jak mają działać szpitale. Jednak o tym, jakie są prawdziwe intencje rządu, świadczy to, że z ustawy ma zniknąć zapis, iż w spółkach – szpitalach samorząd musi zachować minimum 51 proc. udziałów. To ułatwi ich prywatyzację. Liberalni ekonomiści przekonują, że prywatyzacja nie jest niczym złym, co więcej – to właśnie prywatne szpitale mają być bardziej konkurencyjne i przyjazne dla pacjentów.
Przy okazji przywoływany jest przykład już istniejących prywatnych klinik, które mają zyski. Co więcej, wiele z nich leczy nie tylko bogatych pacjentów, wykupujących drogie prywatne polisy, ale ma także podpisane normalne kontrakty z NFZ, dostając za swoje usługi takie same stawki, jak publiczne placówki. Prawdziwy obraz nie jest jednak tak czarno-biały. To prawda, że są prywatne szpitale leczące zwykłych pacjentów, jednak tylko w wybranych specjalnościach. Co ciekawe, jedynie w takich, które są wysoko wyceniane przez NFZ. Dlatego mamy np. sporo prywatnych klinik okulistycznych lub urologicznych. Za takie usługi medyczne (np. operacje oka, dializowanie) NFZ płaci godziwe stawki, dające szpitalom zarobek, dlatego mogą się one utrzymać nawet tylko z kontraktów z funduszem. Gorzej jest już z chirurgią czy pediatrią. Szpitale narzekają, że w tym przypadku NFZ płaci za poszczególne procedury stawki mniejsze, niż wynoszą rzeczywiste koszty ich wykonania. Publiczny szpital musi jednak takie oddziały utrzymywać ze względów społecznych i żadna władza, także lokalna, nie zgodzi się na ich zlikwidowanie. Ale już prywatna placówka takiego obowiązku nie będzie miała i jeśli jakiś oddział będzie przynosił straty, to zostanie zamknięty.
Jako pozytywny przykład funkcjonowania prywatnych szpitali podaje się często Stany Zjednoczone. Ale tamten system generuje właśnie wiele patologii, które i nam grożą. Szpitale starają się wykonywać badania, a nawet zabiegi i operacje, które nie są niezbędne dla pacjenta, ale za to są zyskowne. Dlatego ubezpieczyciele płacą coraz więcej np. za badania na tomografach komputerowych, bo poddawani są im pacjenci, którym nie są one potrzebne do diagnozy, ale szpital na tym zarabia. Skutek tego jest potem taki, że rosną koszty prywatnych ubezpieczeń. Czy u nas ma być podobnie?
Konkludując, trzeba podkreślić, iż podstawowym problemem do rozwiązania nie jest zmiana formuły funkcjonowania szpitali. Trzeba przede wszystkim wprowadzić czytelne zasady płacenia za leczenie pacjentów, z czym wiąże się stosowanie realnych stawek za leczenie, a nie często zaniżanych, jak jest obecnie. Gdy taki mechanizm zostanie wprowadzony, to szpitale publiczne doskonale sobie poradzą na rynku i żaden samorząd nie będzie myślał o ich sprzedaży. Zapewne PO będzie teraz robić wszystko, żeby nie zrazić wyborców i wyjść z tej sprawy z twarzą, łagodząc niezadowolenie „lobby prywatyzacyjnego”, co zwiastuje raczej wstrzymanie prac lub złagodzenie projektu ustawy. Ale pomysł za jakiś czas wróci, oby nie w gorszej wersji. Może być przecież i tak, że rządzący doprowadzą do takiego pogorszenia sytuacji szpitali, iż zmęczonym ludziom będzie już wszystko jedno, czy dojdzie do wyprzedaży tych placówek, czy nie.
Krzysztof Losz
