Nie sposób zrozumieć Warszawy bez Chrystusa

Homilia ks. bp. Józefa Zawitkowskiego wygłoszona w Uroczystość Zesłania Ducha Świętego w bazylice Świętego Krzyża w Warszawie w 150. rocznicę wzniesienia figury Sursum Corda

Kochani moi!

Dziś Uroczystość Zesłania Ducha Świętego,

Zielone Świątki,

a dla nas, którzy zgromadziliśmy się

w niedzielny wieczór

przy Ołtarzu Ojczyzny

w Bazylice Świętokrzyskiej,

to wspomnienie, że Pan Jezus

dźwigający krzyż przy wejściu

do tutejszej świątyni

już 150 lat woła: Sursum Corda!

W górę serca, Warszawiacy!

Jest jeszcze trzeci powód

dzisiejszej refleksji.

Jest miesiąc maj – Matce Bożej

poświęcony,

i jutrzejsze święto – Matki Bożej, Matki Kościoła.

Zielone Świątki.

Przed wniebowstąpieniem

mówił Pan Jezus do apostołów:

Jeszcze wiele rzeczy

chciałbym wam powiedzieć,

ale wy teraz tego nie zrozumiecie.

Gdy zaś ześlę wam

Ducha Pocieszyciela,

On was nauczy

i przypomni wam wszystko,

cokolwiek wam mówiłem

(por. J 14, 25).

Gdy Duch Święty zstąpi na was,

otrzymacie Jego moc

i będziecie moimi świadkami

w Jerozolimie, w całej Judei,

w Samarii,

w Warszawie,

aż po krańce ziemi (por. Dz 1, 8).

Apostołowie zebrani w Wieczerniku,

zamknięci z obawy przed Żydami,

trwali na modlitwie,

razem z niewiastami

i Maryją, Matką Jezusa (por. Dz 1, 14).

A gdy nadszedł dzień

Pięćdziesiątnicy,

stał się szum,

jakby uderzenie

gwałtownego wichru…

i pojawiły się nad nimi

jakby języki ognia,

i wszyscy zostali napełnieni

Duchem Świętym (por. Dz 2, 2-4).

I cóż się stało?

Nic się nie stało,

tylko ci tchórzliwi apostołowie

stali się teraz

ludźmi mocnymi w wierze.

Piotr kazał otworzyć drzwi Wieczernika

i mówił z mocą Ducha Świętego.

A co mówił?

Streszczam.

Mężowie – bracia,

tego Jezusa, którego zabiliście

rękami bezbożnych,

ja widziałem żywego! (por. Dz 2, 14-36).

Ja z Nim jadłem chleb,

On mnie pytał,

czy Go kocham więcej niźli wy? (por. J 21, 15)

Piotrze,

więc co my mamy czynić?

Nawróćcie się

i niech każdy przyjmie chrzest

w imię Jezusa Chrystusa.

I przyjęło chrzest

około trzech tysięcy mężczyzn

(por. Dz 2, 37-42),

a kobiety są pobożniejsze!

Więc i dziś wołam w Bazylice

Świętokrzyskiej,

w sercu Warszawy,

przed Ołtarzem Ojczyzny:

Veni Creator Spiritus!

Zstąp Gołębico twórczy Duch!

Niech zstąpi Duch Twój

i odnowi oblicze Ziemi,

Tej Ziemi!

Spójrz, Duchu Święty,

na mędrców,

którzy ulepili sobie golema

na własne podobieństwo

i na własną zgubę!

Spójrz, Duchu Święty,

na rozpad atomu

i rozpad moralności.

Na rozpad ładu, porządku,

słów, prawa, rozsądku

i wszystkich wartości.

Jesteśmy sami jako ci,

którzy nie wiedzą, co czynią.

Zstąp

na rakowate pola,

miasta i wioski,

na trędowate domy,

na zatrute zboża, ogrody i sady…

Krąż

nad ludźmi chaosu,

kłamstwa i obłędu,

nad pobojowiskiem

naszych klęsk,

nad rzeźnią tego świata.

Przybywaj, Duchu Święty.

Wielousty

Wołający Płomieniu!

Drogowskazie,

wbity na rozstajnych

drogach kosmosu.

Przybywaj! (por. R. Brandstaetter).

Wrócę jeszcze do gorących wezwań

z Litanii do Ducha Świętego

Romana Brandstaettera,

ale dziś wspominamy

sto pięćdziesiątą rocznicę

ustawienia figury Chrystusa

dźwigającego krzyż

przed wejściem do Bazyliki

Świętokrzyskiej.

Chcemy przypomnieć sobie historię

tego pomnika, który stał się już

symbolem dla Warszawy

i przypatrzeć się Chrystusowi,

który wciąż nam pokazuje Niebo,

Nowy Świat i woła:

Sursum Corda, Warszawiacy!

Ksiądz Wiesio Kądziela

na trzystapięćdziesięciolecie

kościoła świętokrzyskiego

wyśpiewał takie proroctwo

Polsce i Warszawie:

Póki Chrystus będzie wołał:

W górę serca, Warszawiacy,

to Warszawa wierną będzie,

będą wierni i Polacy.

Oby to się spełniło!

Ksiądz profesor Wincenty Kwiatkowski

na jednej z konferencji czwartkowych

zauroczył nas takim opowiadaniem.

W okresie międzywojennym

żył i tworzył w Mediolanie

artysta rzeźbiarz – Giuseppe Ardente.

Ponieważ modna była wtedy idea

o tzw. nadczłowieku,

postanowił wyrzeźbić übermenscha,

nadczłowieka.

Przyszedł dzień odsłonięcia rzeźby,

która miała być rzeźbą życia autora.

Odsłonięto.

Ogólny zachwyt.

A rzeźba przedstawiała

młodego, pięknego,

pełnego fizycznej tężyzny człowieka,

który wspinał się

na stromą ścianę skały.

Jeszcze jedno wytężenie mięśni,

jeszcze jedno mocne wbicie buta

i zdobędzie stromą skałę,

wiadomo – nadczłowiek.

Artysta był wśród zwiedzających.

Był ciekaw recenzji, opinii.

Zauważył kobietę,

która, wydawało się,

że umie patrzeć na rzeźbę.

Zapytał: A co pani o tym sądzi?

Na twarzy kobiety pojawił się grymas,

potem niezadowolenie,

wreszcie krzyknęła:

Nie!

To nie jest nadczłowiek,

to jest barbarzyńca!

Dlaczego pani tak sądzi?

Niech pan zobaczy.

On kolczastymi butami

niszczy szarotki, które chcą rosnąć

na zboczu skały.

To nie jest nadczłowiek.

Tego dnia artysta

kazał zamknąć wystawę.

Przystąpił do poprawienia swego dzieła.

Ścigał się ze śmiercią.

Jednak śmierć przerwała mu pracę.

Rzeźba była już tak czytelna,

że można było ją pokazać widzom.

Artysta dokonał zaskakującej poprawki.

Ten nowy nadczłowiek

nie wspinał się po skałach.

Szedł drogą,

dźwigał belkę drzewa.

Końcem belki robił

bruzdę na ziemi,

ale w tej bruździe

wyrastały delikatne kwiaty.

Giuseppe Ardente był ateistą.

Wszyscy oglądający dzieło

odczytali jednoznacznie,

kim jest ten nadczłowiek

dźwigający krzyż.

A może było to wyznanie wiary?

Mówię to przez analogię

do naszej rzeźby sprzed bazyliki

– Chrystus dźwigający krzyż,

wskazujący Niebo i wołający:

Sursum Corda!

W górę serca, Warszawiacy!

Z obrazu Canaletta wiemy,

że do kościoła świętokrzyskiego

prowadziły piękne kamienne schody

z podjazdem i z barokową balustradą.

Schody te zostały zniszczone

w czasie Insurekcji Kościuszkowskiej.

I tak było do 1858 roku.

W tym roku Warszawa otrzymała

pierwszy publiczny pomnik.

Car zabronił wznosić pomniki

w Warszawie,

ale Chrystus Świętokrzyski

dźwigał krzyż niewoli całego Narodu

i wskrzeszał nadzieję

Nowego Świata, zmartwychwstania

i wolności – wołając: Sursum Corda!

Autorem rzeźby był Andrzej

Pruszyński,

urodzony 24 listopada 1836 r.,

syn powstańca Antoniego

Pruszyńskiego

i Małgorzaty Katarzyny z Białkowskich,

(pewnie krewnej naszego proboszcza

Marka Białkowskiego).

Andrzej Pruszyński był zdolnym,

błyskotliwym chłopcem

drobnej postury.

Wcześnie został sierotą.

Jego wychowaniem i wykształceniem

zajął się znajomy ojca,

pan Jan Wojciechowski.

Andrzej Pruszyński studiował

w Szkole Sztuk Pięknych w Warszawie.

Pracował w zakładzie sztukatorskim

u Ferrante Marconiego.

Widocznie mistrz miał uznanie

i zaufanie do młodego Pruszyńskiego,

skoro oddał mu rękę swojej córki,

Marianny Adelajdy Marconi.

Pan Andrzej, niewątpliwie przez protekcję teścia,

otrzymał stypendium rządowe

na dalsze studia

i ukończył Akademię Świętego

Łukasza

w Rzymie w roku 1867,

i otrzymał jako wyróżnienie

pierwszy złoty medal tej uczelni.

Hrabia Andrzej Zamoyski,

przyjaciel warszawskich księży

misjonarzy,

zamówił w pracowni Marconiego

figurę Chrystusa dźwigającego krzyż.

Oczywiście, że Marconi pracę tę zlecił

swojemu zięciowi Andrzejowi

Pruszyńskiemu.

Dla młodego artysty było to wielkie wezwanie,

ale i życiowy kłopot.

Ten drobny człowiek

w bardzo skromnych warunkach

wspinał się po ustawionych beczkach,

drabinach i modelował figurę

Chrystusa.

Pan Andrzej był człowiekiem

pobożnym.

Nie dospał, nie dojadł, lecz wciąż myślał,

jaki ma być ten, co jest Wszechmogący,

a dźwigający krzyż,

co cierpi, a daje nadzieję.

Oczywiście, że pierwsza figura Chrystusa

była z cementu.

Cement był wynalazkiem, odkryciem.

Miał być trwalszy od kamienia.

Niestety, już po trzydziestu latach

figura zaczęła pękać.

Na domiar złego jakiś wariat

wszedł na figurę

i odłamał Chrystusowi rękę

wskazującą Niebo.

Niestety autor figury, Andrzej

Pruszyński,

od trzech lat spoczywał już

na Powązkach.

Odlewem z brązu świętokrzyskiej

figury Pana Jezusa

zajął się Pius Weloński,

a cementową figurę przewieziono

do Kruszyny, gdzie zdobi

mauzoleum Lubomirskich.

W pogodny listopadowy dzień,

w niedzielę, 10 listopada 1898 r.,

w godzinach Nieszporów

biskup T. Ruszkiewicz

w otoczeniu duchowieństwa

i wiernych Warszawy

poświęcił nową brązową figurę

Pana Jezusa u wejścia do kościoła Świętego Krzyża.

Kaznodzieje w całej Warszawie wołali:

Polska zmartwychwstanie,

bo Chrystus Świętokrzyski woła:

W górę serca!

Idą nowe czasy,

przychodzi Nowy Świat,

On jest nadzieją i zwycięstwem!

Jeszcze wiele wydarzeń,

przeżył i patrzył na nie

z miłosierdziem warszawski Chrystus,

aż zwaliła Go nienawiść

na bruk Krakowskiego Przedmieścia.

Lecz Chrystus wołał

i wskazywał ręką napis:

Sursum Corda!

Wtedy wołały kamienie.

Stanęło słońce,

bo Kopernik Thornwaldsena

leżał też na bruku

przed pałacem Przyjaciół Nauk

wzniesionym przez ks. Stanisława Staszica.

Prymas Stefan kard. Wyszyński

opowiadał:

Jeden z oficerów niemieckich w Laskach

pokazał mi fotografię.

Patrzę, na bruku

przed kościołem Świętego Krzyża

leży posąg Chrystusa wyrwany z cokołu.

Ręka Chrystusa wskazywała napis

Sursum Corda!

Pokazali mi tę fotografię,

pokiwali głowami i powiedzieli:

Ist noch Polen nicht verloren!

Sursum Corda!

Jeszcze Polska nie zginęła!

W górę serca!

Zaszczycili mnie swoimi

biletami wizytowymi.

Oni wiedzieli, że to są

jakieś znaki Boże – signa Dei.

Niemcy wywieźli figurę Pana Jezusa

i pomnik Mikołaja Kopernika do huty

na Dolny Śląsk.

Robotnicy odnaleźli i figurę,

i pomnik na złomowisku

w Hajdukach Nyskich.

22 lipca 1945 r.

Chrystus i Kopernik

na jednej lawecie

wrócili do Warszawy.

Wiara i rozum.

W uroczystości brał udział

prezydent Bolesław Bierut.

Proboszcz świętokrzyski Leopold

Petrzyk

wygłosił piękne kazanie.

Warszawiacy płakali.

Wrócił Chrystus.

Warszawa będzie żyć!

Wrócił Kopernik

uczony Chrystusowy kapłan,

cisi i niemi,

ale teraz kamienie wołać będą (Łk 14, 40).

Tyle wydarzeń widział

Świętokrzyski Chrystus.

Kopernik zapisał

polskie dni klęski i chwały.

Tu był Ojciec Święty Jan Paweł II,

a z placu Zwycięstwa

brzmią jeszcze jego słowa:

Nie sposób zrozumieć tego Narodu

bez Chrystusa.

Nie sposób zrozumieć tego miasta,

Warszawy, stolicy Polski

– bez Chrystusa.

Będą jeszcze przechodzić tędy

procesje Bożego Ciała

i defilady bezbożnych.

Jeszcze Chrystus usłyszy

bluźniercze okrzyki:

Zstąp z krzyża, a uwierzymy Ci.

Jeszcze Kopernik

przed pałacem Akademii Nauk

nasłucha się głupoty

udającej mądrość,

kłamstwa udającego prawdę,

ślepoty udającej dalekowzroczność,

chamstwa udającego obrażoną godność,

nienawiści udającej miłość,

obłudy udającej szczerość,

warcholstwa udającego odwagę

(R. Brandstaetter).

Jezu Chryste Świętokrzyski,

wybaw nas od

bezbożności, która inaczej mówi

niż myśli.

Jezu Świętokrzyski,

prowadź nas Królewskim Traktem

od stacji Alej Jerozolimskich

przez plac Trzech Krzyży

do kościoła Świętego Krzyża,

a potem niech już będzie

Nowy Świat.

Dziś Zielone Świątki.

Zapachniało tatarakiem.

Będzie wiosna,

a jutro święto Matki Kościoła,

Matki nas wszystkich wierzących.

Bądź pozdrowiona, Zielonoświątkowa,

Matko Boska umajona.

Opiekunko skowronków

Jaskółek Matko

Wierzbo płacząca

Brzozo Dziewicza

Kłosie dojrzały

Rzeko błękitna (J. Ejsmond).

Już nie słychać litanii

przy krzyżach przydrożnych.

Jesce jeno nam ostały

kapliczki i drzewa,

a litanie gdzieś po lasach

tylko echo śpiewa.

Matka Boska pozbierała

dzieci czułym gestem

i dziewczynki uczy śpiewać

Łowiczanka jestem.

Modrookie łowiczanki

cudnie wystrojone

Matce Boskiej będą śpiewać

Chwalcie łąki umajone

(Ks. Tymoteusz).

Zmęczyłem was.

Nie gniewajcie się,

to raz na 150 lat.

Póki Chrystus będzie wołał:

W górę serca, Warszawiacy!

To Warszawa będzie wierną

będą wierni i Polacy!

Amen.

drukuj