Polityka hałaśliwa i tragikomiczna

Mieczysław Ryba


Państwo takie jak Polska, które niedawno wydobyło się z niewoli komunistycznej i sowieckiej, musi robić wszystko, aby na wszystkich frontach zabezpieczyć swoją suwerenność, ugruntować swoje bezpieczeństwo. Nasza polityka nie powinna być ani antyrosyjska (ani prorosyjska), ani antyniemiecka (ani proniemiecka), ani antyeuropejska (ani proeuropejska), tylko polska, a więc podyktowana polskim interesem narodowym.

Czym jest dziś polska polityka zagraniczna? Jedyna pozytywna odpowiedź na to pytanie to stwierdzenie, że jest to polityka głośna. Ileż to chwilowego hałasu powodującego równie chwilowe zaniepokojenie ośrodków unioeuropejskich potrafiliśmy spowodować w kwestii ratyfikacji traktatu reformującego. Mimo owego hałasu nikt nie odważył się przesłać traktatu lizbońskiego do Trybunału Konstytucyjnego, co zrobili o wiele cichsi Czesi. Od wielu już lat prowadzimy hałaśliwą politykę na Bliskim Wschodzie. Uczestnicząc w wojnie w Iraku i Afganistanie, mamy usta pełne głośnych frazesów o walce z terroryzmem, o walce o wolność i demokrację. Z drugiej strony premier podczas wizyty w Izraelu dał jednoznacznie do zrozumienia, że wojnę tę prowadzimy niejako na życzenie naszego „amerykańskiego i izraelskiego sojusznika”. Co więcej – nie wizja demokracji, ale przede wszystkim normalnego pokoju w obu tych krajach jest wielkim niespełnionym marzeniem. A więc wraz z Amerykanami, szczególnie na ziemię iracką, przynieśliśmy wojnę domową i cierpienie setek tysięcy Irakijczyków. Ostatnie sugestie premiera o ewentualnym uczestnictwie Polski w ataku na Iran brzmią nie tyle głośno, ile złowrogo.

Równie hałaśliwą politykę prowadzimy na Wschodzie. Głośno domagamy się wolności dla Tybetu. Jeszcze głośniej wołamy o włączenie Ukrainy i Gruzji do NATO. Bardzo głośno protestujemy przeciwko naruszeniu integralności państwa gruzińskiego przez Rosję. Dwie zbuntowane prowincje Gruzji – Abchazja i Osetia Południowa – o rosyjskiej większości domagają się niepodległości. Gruzja się sprzeciwia, Polska w osobach swoich przedstawicieli leci ratować gruzińskiego sojusznika.

Nawiązanie do naszych chlubnych tradycji zamkniętych w haśle „Za naszą wolność i waszą” można by uznać za wzniosłe, gdyby rzeczywiście było konsekwentnie przestrzegane przez polski rząd i polską warstwę polityczną. Jednakże kiedy dosłownie kilka tygodni wcześniej od Serbii odłączano Kosowo, i to ewidentnie wbrew prawu międzynarodowemu, Polska bardzo szybko uznała niepodległość albańskiej prowincji. Dlaczego tego nie robi przy okazji gruzińskich prowincji o rosyjskiej większości? A może nasza polityka nie tyle jest sprawiedliwa, ile po prostu antyrosyjska, i to niestety antyrosyjska pod dyktando czynnika zewnętrznego. Tymczasem nasza polityka nie powinna być ani antyrosyjska (ani prorosyjska), ani antyniemiecka (ani proniemiecka), ani antyeuropejska (ani proeuropejska), tylko polska, a więc podyktowana polskim interesem narodowym. Wydaje się, że ta nasza „aktywna”, chciałoby się rzec, „śmiesznie aktywna” polityka wschodnia odgrywa jeszcze jedną rolę. Powoduje umacnianie w społeczeństwie przekonania o narastającym zagrożeniu rosyjskim. Niektórzy publicyści oczywiście hałaśliwie wprost nawołują, by więcej mówić o tym, jakim to Putin jest despotą, jak wielkim Rosja jest ciemiężcą. I nawet można by w to wszystko uwierzyć, gdyby z równą namiętnością bronili polskich interesów w stosunku do państw zachodnich. Tymczasem traktat lizboński realnie redukujący polską suwerenność na arenie Unii Europejskiej przyjęliśmy z pełnym uśmiechem, mówiąc przy tym o wielkim sukcesie i o masochistycznej przyjemności, jaką sprawiło nam jego przyjęcie.

Państwo takie jak Polska, które niedawno wydobyło się z niewoli komunistycznej i sowieckiej, musi robić wszystko, aby na wszystkich frontach zabezpieczyć swoją suwerenność, ugruntować swoje bezpieczeństwo. To powinien być główny cel naszej zagranicznej polityki. Uczestnictwo w różnorakich awanturach bliskowschodnich o tyle byłoby sensowne, o ile byłoby: po pierwsze – sprawiedliwe, po drugie – służyłoby realnie polskim interesom. Tymczasem angażowanie się w amerykańskie projekty w żaden sposób nie zabezpieczyło nas ani przed zagrożeniem z Zachodu (utrata kolejnych segmentów suwerenności na rzecz UE), ani ze Wschodu (brak bezpieczeństwa energetycznego). Co więcej – uczestnicząc w różnorakich imperialnych przedsięwzięciach, mnożymy sobie wrogów. Wytężając wzrok nad Zatokę Perską i Kaukaz, w sposób bezwolny poddajemy się dominacji Brukseli. O tym, jak iluzorycznie, wręcz tragikomicznie wygląda nasza polityka w tym zakresie, świadczą wyniki polskich negocjacji w kwestii tarczy antyrakietowej. Jadąc do Amerykanów po rakiety „Patriot”, przywiózł premier własne zobowiązania dotyczące restytucji mienia skonfiskowanego niegdyś przez komunistów. Jadąc do Izraela, przywiózł jeszcze mocniejsze potwierdzenie tych zobowiązań. I taką mamy zapłatę za wojnę iracką, afgańską, za wpisywanie się w kontekst amerykańskich projektów w byłych republikach sowieckich. Każda następna wizyta naszych władz w Waszyngtonie lub u najważniejszych sojuszników Ameryki w świecie będzie powodować potęgujący się strach u obywateli. Niestety, przypomina to wielce czasy peerelowskie.

Po co Polsce dziś polityka hałaśliwa? Czy mając w miarę bezpieczne granice, nie powinniśmy w cichości pomnażać swój potencjał ludnościowy, gospodarczy i kulturalny? Czy mając olbrzymi kapitał kulturowy w postaci dziedzictwa Jana Pawła II, nie powinniśmy iść w spokojnej misji cywilizacyjnej na Wschód, w szczególności do Rosji, podejmując rozbudowaną współpracę kulturalną i gospodarczą ze wszystkimi (!) państwami za naszą wschodnią granicą? Czy nie powinniśmy, korzystając z tego papieskiego dziedzictwa, starać się być czymś w rodzaju „sumienia” narodów? I najważniejsze: czy wolno nam narażać interesy Polski w imię celów imperialnych naszych sojuszników? Są to pytania retoryczne. Wszystkie bowiem nasze proamerykańskie zaangażowania miałyby sens wtedy, gdyby Waszyngton rzeczywiście walczył o nasze interesy. Gdyby rzeczywiście, a nie deklaratywnie wzmocnił nasze bezpieczeństwo militarne i energetyczne (przypomnę, żadna z polskich firm nie ma dziś dostępu do złóż ropy w Iraku). Gdyby wreszcie zaangażowanie Ameryki w Europie skupiało się na blokadzie budowy superpaństwa europejskiego. Tymczasem jest po prostu inaczej. Dlatego polski „bezinteresowny” (sic!) (tak powiedział premier w Izraelu) udział Polski w projektach amerykańskich jest co najwyżej podyktowany „nadzieją”, że w razie jakiegoś realnego zagrożenia Amerykanie nas obronią. Jest to nadzieja tyleż wzniosła, ile historycznie nieuzasadniona. Dobitnie powinny nam o tym mówić układy jałtańskie z 1945 roku.

drukuj