Mówmy do Europy i świata głosem Jana Pawła II
Homilia księdza biskupa Ignacego Deca, ordynariusza świdnickiego,
wygłoszona w bazylice Św. Krzyża w Warszawie 13 kwietnia 2008 r., w czasie Mszy św. za Ojczyznę i w intencji rychłej beatyfikacji i kanonizacji Sługi Bożego Jana Pawła II – spotkanie modlitewne z cyklu „Szkoła Cnót Obywatelskich” – Misja katolickiej Polski w Europie
Jesteśmy w bazylice Św. Krzyża w Warszawie, w której od wieków gromadzą się miłośnicy Pana Boga, Kościoła i Ojczyzny – ludzie modlitwy i kultury narodowej. Na naszej liturgii zostało ogłoszone Słowo Boże. W kontekście tego Słowa, gdy modlimy się dziś za naszą Ojczyznę, gdy także zanosimy modły o rychłą beatyfikację i kanonizację Sługi Bożego Jana Pawła II, gdy Kościół modli się również o liczne i dobre powołania kapłańskie i zakonne, pragniemy – w takim kontekście modlitewnym – zastanowić się nad pytaniem, co możemy zaofiarować jako Naród katolicki dzisiejszym narodom Europy. Naszą refleksję rozpocznijmy od nawiązania do usłyszanego przed chwilą Słowa Bożego.
Chrystus naszą bramą
W dzisiejszej Ewangelii Chrystus nazywa się bramą owiec: „Ja jestem bramą owiec… Ja jestem bramą. Jeżeli ktoś wejdzie przeze Mnie, będzie zbawiony…” (J 10, 7b, 9).
Chrystus jest dla nas bramą. W jakim sensie? Możemy wskazać na dwa główne znaczenia tego określenia. Po pierwsze: przez Chrystusa, jak przez bramę, wchodzimy do społeczności Kościoła, do Ludu Bożego Nowego Przymierza. Nie można stać się członkiem Kościoła, omijając Chrystusa. To właśnie poprzez sakrament chrztu wchodzimy do społeczności Kościoła, a chrzest to nic innego jak – wedle nauki św. Pawła – zanurzenie się w śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa (por. Rz 6, 3-5). Po drugie: Chrystus jest także naszą bramą, przez którą się wchodzi do wieczności. Jest bowiem jedynym pośrednikiem między Bogiem i ludźmi. W swojej Ewangelii zapowiedział przyjście po każdego człowieka: „W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem” (J 14, 2-3).
Zatem nie ma innej bramy – poza Chrystusem – i to zarówno do Kościoła pielgrzymującego przez ziemię, jak i do Kościoła świętych w niebie. Dlatego też dziś, będąc w Kościele ziemskim, winniśmy pamiętać, że do Kościoła chwalebnego w niebie wchodzi się przez tę samą bramę – przez Chrystusa. Jezus nas dziś bardzo wyraźnie ostrzega: „Kto nie wchodzi do owczarni przez bramę, ale wdziera się inną drogą, ten jest złodziejem i rozbójnikiem. Kto jednak wchodzi przez bramę, jest pasterzem owiec” (J 10, 1b-2). W kontekście tych słów zauważmy, że w dziejach Kościoła i narodów nigdy nie brakowało takich, którzy wdzierali się do ludzkich serc i umysłów, do owczarni Chrystusa, czyli do Kościoła, nie przez bramę, którą On jest, a więc nie jako dobrzy pasterze zabiegający o pomyślność owczarni, ale – używając słów Chrystusa – jako złodzieje i rozbójnicy. To byli ci, którzy chcieli prowadzić ludzkość ku rzekomemu szczęściu, a okazali się rozbójnikami i oszustami.
Mówimy, że historia jest naszą najlepszą nauczycielką. Popatrzmy przeto, jak to bywało w przeszłości i jak jest dzisiaj.
Utopijne ideologie – złodzieje i rozbójnicy
Od chwili, gdy Lucyfer powiedział Bogu: „non serviam” – „nie będę służył”, od tego czasu w stworzoną naturę wdarł się element buntu przeciw Bogu. Widoczny jest on w całej historii człowieka, od początków jego istnienia. Przez całe dzieje ludzkości przewija się wątek owego buntu skierowanego przeciw woli Bożej wyrażonej w Dekalogu, buntu, którego celem jest strącenie Boga z tronu i usadowienie na nim człowieka. Źródłem tego buntu jest pycha, najpierw diabelska, a potem ludzka. Człowiek idąc za podszeptem szatana, uwierzył, że jego umysł jest tak potężny, iż rozwiąże wszystkie problemy tego świata. Uwierzył diabłu, że Bóg nie jest człowiekowi potrzebny, że krępuje jego wolność. Uwierzył, że może żyć tak, jakby Boga nie było. Odrzucił Pana Boga jako pasterza, jako ojca, a dał posłuch szatanowi.
Owa wrogość przeciw Bogu, przeciw Jego prawu, spotęgowała się w czasach nowożytnych. Ujawniła się bardzo jaskrawo w rewolucjach europejskich: francuskiej i bolszewickiej. Rewolucję francuską przygotował materializm i ateizm francuskich filozofów oświeceniowych. Ostrze swoje skierowała w pierwszym rzędzie przeciwko Kościołowi katolickiemu. Rewolucjoniści usiłowali zaprowadzić sprawiedliwość i ład na ziemi za pomocą gilotyny. Wymordowali ponad milion ludzi, zwłaszcza katolików. Następna wielka rewolucja, rewolucja bolszewicka z 1917 roku, była też owocem materialistycznej wizji rzeczywistości. Materializm i ateizm był nie tylko osobistym światopoglądem jej wodzów, lecz także podstawą i programem całego bolszewizmu, swoistą nową religią. Bolszewizm do śmierci Stalina wymordował ponad 50 milionów ludzi. Trzeba było prawie 150 lat, by się okazało, że marksistowska wizja zapowiadanego szczęścia i raju na ziemi jest czystą utopią. W dzisiejszym dniu tu, w Warszawie, modlono się za polskich oficerów rozstrzelanych bez sądów i bez wyroków w Katyniu i za inne ofiary Golgoty Wschodu. Wszystkie one są haniebnym, barbarzyńskim czynem rozbójników i oszustów naszego czasu.
Podobna historia w nieco innym wydaniu powtórzyła się z narodowym socjalizmem niemieckim, zbudowanym na filozofii Fryderyka Nietzschego. Pojawili się nowi rozbójnicy na szczytach europejskiej filozofii i ideologii. To nie Bóg, ale oni – uważający się za nadludzi, decydowali, kogo zostawić przy życiu, a kogo zniszczyć, komu zabrać własność, a kogo uczynić bogaczem. Machina hitlerowska, gardząca Bogiem i Jego prawem, była nową falą barbarzyństwa i przyniosła ludzkości haniebny owoc w postaci wymordowanych kolejnych milionów ludzi.
Po upadku tych dwóch totalitaryzmów ze smutkiem trzeba stwierdzić, że ów proces uwalniania się ludzi od Boga i od chrześcijaństwa znowu się odradza. Bolesne jest to, gdy widzimy, że narasta on w wielu krajach ukształtowanych ongiś przez chrześcijaństwo. Wielu katolików w zachodnich krajach pyta się z troską: Co się stało z Kościołem naszej młodości?; Gdzie są pasterze ustanowieni przez Chrystusa?; Dlaczego ich głos przycichł, a krzyczą nowi rozbójnicy, którzy wdarli się do owczarni ludzkości nie przez bramę, którą jest Chrystus, ale np. przez niektóre media?
Na zgliszczach komunizmu i narodowego socjalizmu odżyła i nabrała ostatnio dużej mocy nowa odmiana bezbożnej ideologii i zarazem niebezpiecznej utopii – ideologia postmodernizmu i liberalizmu. Postmodernizm – jak zauważył ksiądz arcybiskup Stanisław Wielgus – stał się najpierw w krajach zachodnich filozofią wielu współczesnych intelektualistów i niektórych mediów. W ostatnim czasie ogarnia także swoim wpływem kulturę i mentalność narodów w krajach postkomunistycznych, w których większość zdeklarowanych ongiś jednoznacznie marksistów przekształciła się w postmodernistów, głoszących kompletny relatywizm poznawczy i moralny, skrajny, nieliczący się z dobrem wspólnym indywidualizm, praktyczny materializm, konsumpcjonizm i przede wszystkim liberalizm etyczny, wyrażający się w haśle wolności człowieka od wszystkiego i do wszystkiego: „róbta, co chceta”. W myśl filozofii postmodernistycznej każdy może czynić wszystko, co chce, ponieważ wszystko jest jednakowo warte. Każdy może mieć własną prawdę i własne dobro. Nie ma bowiem, ich zdaniem, wartości absolutnych. Zdaniem postmodernistów, należy zarzucić dotychczasowe przekonanie o uniwersalnej, wszystkich obowiązującej, prawdzie. Taka bowiem prawda, ich zdaniem, jest represywna i ogranicza człowieka. Jeżeli np. uzna się, że małżeństwo jest związkiem kobiety z mężczyzną, to tym samym represyjnie ogranicza się wolność homoseksualistów lub lesbijek pragnących również zawrzeć związek małżeński. Postmodernizm propaguje model człowieka wyzwolonego od prawdy i moralności, wyzwolonego od stałych przekonań i stałych miejsc zamieszkania, model kosmopolity, obywatela świata, bez ojczyzny, bez domu, bez Boga, bez stałych wartości i bez wychowania. Model ten nie chce słyszeć o jakiejś pracy nad sobą, nad swoim charakterem. Nie liczy tu się światopogląd, religia, narodowa kultura. Liberałowie mówią, że człowiek nie powinien się do niczego zobowiązywać. Jedynym jego celem jest bawić się, korzystać z wszelkich dóbr i z każdej nadarzającej się przyjemności. Powinien wszystko tolerować, niczego nie krytykować poza twierdzeniem, że są w życiu stabilne, ogólnie ważne wartości (por. ks. abp S. Wielgus, Chrześcijanin wobec współczesnych wyzwań, „Nasz Dziennik” nr 83, 8 kwietnia 2008 r., s. 15-18).
Konsekwencją takich założeń jest całkowita tolerancja dla aborcji, eutanazji, małżeństw homoseksualnych, propagowanie permisywizmu i relatywizmu w wychowaniu itd. Ludzi prawych, trzeźwo myślących martwi owa zmora naszych czasów, jaką jest tzw. poprawność polityczna z nagłaśnianą pseudotolerancją nakazującą akceptację niemal każdego zła, tylko dlatego, że jest ono czynione przez „człowieka-bożka” i w imię zgubnej, opacznie rozumianej neutralności światopoglądowej.
Co na to Kościół? Co na to pasterze ustanowieni przez Boga, czyli ci, którzy weszli do owczarni przez bramę, jaką jest Chrystus? Odpowiedzmy na to słowami Sługi Bożego Jana Pawła II. 11 czerwca 1999 r. Jan Paweł II powiedział w polskim parlamencie: „Pielgrzymując po ścieżkach czasu, Kościół właśnie z naszym kontynentem związał swą misję tak ściśle, jak z żadnym innym. Duchowe oblicze Europy kształtowało się dzięki wysiłkowi wielkich misjonarzy i dzięki świadectwu męczenników. Kształtowano je w świątyniach wznoszonych z wielkim poświęceniem i w ośrodkach życia kontemplacyjnego, kształtowano je oczywiście w humanistycznym przesłaniu uniwersytetów. Kościół, powołany do troski o duchowy wzrost człowieka jako istoty społecznej, wnosił w europejską kulturę jednolity zbiór wartości. Zawsze trwał w przekonaniu, 'że autentyczna polityka kulturalna powinna ujmować człowieka w jego całości, to znaczy we wszystkich jego wymiarach osobowych – bez pomijania wymiaru etycznego i religijnego’ (Orędzie do Światowej Konferencji UNESCO poświęconej polityce kulturalnej, 24 VII 1982 r.). Jakże uboga pozostałaby kultura europejska, gdyby zabrakło w niej chrześcijańskiej inspiracji!
Dlatego Kościół przestrzega przed redukowaniem wizji zjednoczonej Europy wyłącznie do jej aspektów ekonomicznych, politycznych i przed bezkrytycznym stosunkiem do konsumpcyjnego modelu życia. Nową jedność Europy, jeżeli chcemy, by była ona trwała, winniśmy budować na tych duchowych wartościach, które ją kiedyś ukształtowały, z uwzględnieniem bogactwa i różnorodności kultur i tradycji poszczególnych narodów. Ma to być bowiem wielka Europejska Wspólnota Ducha. Również w tym miejscu ponawiam mój apel, skierowany do starego kontynentu: 'Europo, otwórz drzwi Chrystusowi'”.
Jakże ważne słowa. Szkoda, że tak szybko zapomnieli o nich niektórzy nasi parlamentarzyści.
Co Polska może dać krajom Unii Europejskiej?
Od prawie czterech lat jesteśmy w Unii Europejskiej. Patrzymy, jak ona się kształtuje. Śledzimy ostatnio, jak przebiega dyskusja wokół procesu zatwierdzania traktatu reformującego. Pod koniec naszej refleksji chcemy zapytać, jakie wiano możemy zaofiarować krajom unijnym. Z pewnością nie bogactwa naturalne, bo ich za wiele nie mamy, i z pewnością nie gospodarkę, gdyż nie jest ona zbyt silna i stabilna. Co nam radzą w tym względzie pasterze Kościoła? Posłuchajmy najpierw najważniejszego Pasterza, aktualnego Następcy św. Piotra, Benedykta XVI. W homilii wygłoszonej na Krakowskich Błoniach 28 maja 2006 r. Ojciec Święty Benedykt XVI mówił do nas: „Drodzy Bracia i Siostry! Wraz z wyborem Karola Wojtyły na Stolicę św. Piotra, by służył całemu Kościołowi, wasza ziemia stała się miejscem szczególnego świadectwa wiary w Jezusa Chrystusa. Wy sami zostaliście powołani, by to świadectwo składać wobec całego świata. To wasze powołanie jest nadal aktualne, a może nawet jeszcze bardziej od chwili błogosławionej śmierci Sługi Bożego. Niech nie zabraknie światu waszego świadectwa… Również i ja, Benedykt XVI, następca Papieża Jana Pawła II, proszę was… byście skarbem wiary dzielili się z innymi narodami Europy i świata, również przez pamięć o waszym Rodaku, który jako Następca św. Piotra czynił to z niezwykłą mocą i skutecznością…”.
W tym samym dniu, w przemówieniu pożegnalnym na lotnisku w Balicach Papież powiedział: „Kiedy przed czterema laty, opuszczając Ojczyznę po raz ostatni, żegnał się z wami mój umiłowany poprzednik Jan Paweł II, wezwał naród polski, by kierował się duchem miłosierdzia, bratniej solidarności, troską o wspólne dobro, i wyraził mocną nadzieję, że w ten sposób naród ten nie tylko znajdzie właściwe sobie miejsce w zjednoczonej Europie, ale wzbogaci swą tradycją ten kontynent i cały świat. Dziś, gdy wasza obecność w rodzinie państw Europy jest coraz bardziej ugruntowana, pragnę z całego serca powtórzyć te słowa nadziei. Proszę was, abyście pozostawali wiernymi strażnikami chrześcijańskiego depozytu, byście go strzegli i przekazywali następnym pokoleniom”.
A więc już wiemy, w czym możemy wspomóc Europę, co może być naszym wianem dla narodów europejskich: silna wiara, duch miłosierdzia, świadectwo chrześcijańskiego życia.
Oddajmy jeszcze głos naszemu niezapomnianemu Słudze Bożemu Janowi Pawłowi II, największemu z rodu Polaków. Jakie miał dla nas propozycje i o co nas prosił? 17 sierpnia 2002 r. w homilii w czasie Mszy św. i konsekracji sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Łagiewnikach nasz umiłowany Papież mówił: „Dlatego dziś w tym sanktuarium chcę dokonać uroczystego aktu zawierzenia świata Bożemu miłosierdziu. Czynię to z gorącym pragnieniem, aby orędzie o miłosiernej miłości Boga, które tutaj zostało ogłoszone za pośrednictwem świętej Faustyny, dotarło do wszystkich mieszkańców ziemi i napełniało ich serca nadzieją. Niech to przesłanie rozchodzi się z tego miejsca na całą naszą umiłowaną Ojczyznę i na cały świat. Niech się spełnia zobowiązująca obietnica Pana Jezusa, że stąd ma wyjść 'iskra, która przygotuje świat na ostateczne Jego przyjście’ (por. Dzienniczek, 1732). Trzeba tę iskrę Bożej łaski rozniecać. Trzeba przekazywać światu ogień miłosierdzia. W miłosierdziu Boga świat znajdzie pokój, a człowiek szczęście!”.
Dwa dni później, 19 sierpnia 2002 r., w czasie pożegnania na lotnisku w Balicach, Jan Paweł II powiedział: „Odjeżdżając, te trudne sprawy Ojczyzny chcę polecić Bożej Opatrzności i zachęcić wszystkich odpowiedzialnych za stan państwa do troski o dobro Rzeczypospolitej i jej obywateli. Niech zapanuje duch miłosierdzia, bratniej solidarności, zgody i współpracy oraz autentycznej troski o dobro naszej Ojczyzny. Mam nadzieję, że pielęgnując te wartości, społeczeństwo polskie – które od wieków przynależy do Europy – znajdzie właściwe sobie miejsce w strukturach Wspólnoty Europejskiej i nie tylko nie zatraci własnej tożsamości, ale ubogaci swą tradycją ten kontynent i cały świat”.
Nasza tożsamość narodowa to katolicyzm. Nie wolno nam odchodzić od narodowej tradycji. Europa potrzebuje naszego świadectwa wiary, wbrew niektórym ateistycznym mentorom.
Oprócz silnej wiary, przywiązania do Pana Boga i Kościoła, do tradycji chrześcijańskiej, możemy także ofiarować Europie ważne idee naszej narodowej kultury z zasadą zdrowej tolerancji oraz z zasadą personalizmu chrześcijańskiego, opartego na prawdzie i dobru.
Ojciec Jacek Woroniecki, autor słynnej, trzytomowej „Katolickiej etyki wychowawczej”, już pod koniec drugiej wojny światowej mówił, że nadchodzi czas na słowiańską Europę i w tej słowiańskiej erze Europy widział poważną rolę Polski i polskiej kultury, która – zgodnie z narodową tradycją – ma wnosić do Eurazji pierwiastki personalistycznej kultury. Mamy świadomość, że te pierwiastki personalistycznej kultury wniósł już do kultury europejskiej Jan Paweł II, największy syn naszej Ojczyzny. Musimy mówić do Europy i świata jego głosem. W tym możemy odnaleźć naszą wielkość. Nie dajmy się zakrzyczeć bezbożnym utopistom, którzy na nasz kraj nalegają i rozpowszechniają swoje przewrotne idee przez niektóre opłacane przez siebie media. Europa czeka naprawdę na nasze chrześcijańskie świadectwo.
Zakończenie
I na zakończenie zwróćmy się do Chrystusa, którego dzieło zbawcze uobecnia się w tej Eucharystii. Jezus jako dobry Pasterz oddał za owce swoje życie, oddał życie za wszystkich ludzi, za każdego z nas. Jego rola dobrego Pasterza nie skończyła się na krzyżu. Chrystus zmartwychwstał i pozostał z nami w Kościele. Jest dzisiaj naszym dobrym Pasterzem, jest Kimś, kto nas dziś prowadzi, kto przewodzi dzisiejszemu Kościołowi, jest Kimś, kto otacza nas nieustannie swoją pasterską miłością. Nie będziemy się więc martwić. Nie będziemy się lękać. Nie jesteśmy sami. On nas prowadzi i bierze nas zawsze w obronę. Zawierzmy się Jego opiece słowami dziś śpiewanego Psalmu: „Pan mym pasterzem: niczego mi nie braknie, pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć, orzeźwia moją duszę. Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach przez wzgląd na swoją chwałę. Chociażbym przechodził przez ciemną dolinę, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną” (Ps 23, 1-4b).
