Wilczy apetyt na medialny tort

Mandżurskie przysłowie powiada, że „Nie należy martwić się tym, co przeszło. Należy się raczej przygotować na to, co może przyjść”. Tym razem ludzie Tuska przygotowują nam specjalny trick ustawodawczy. Chodzi o nowelizację ustawy o Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji.

Projekt jest chaotyczny, powstawał w pośpiechu i zamieszaniu, w trakcie pierwszego czytania sam ustawodawca zgłosił do niego jeszcze kilka poprawek. Wniósł je także LiD. PiS uznało, że złego projektu nie da się w ogóle poprawić i wnioskowało o odrzucenie go w całości. „Idziemy w stronę PRL i Radiokomitetu (…), a przedłożona przez Platformę nowelizacja ustawy przenosi większość kompetencji niezależnego organu rangi konstytucyjnej do Urzędu Komunikacji Elektronicznej – organu tworzonego ustawą zwykłą i podległego premierowi” – mówiła z trybuny sejmowej w imieniu PiS Elżbieta Kruk. Jej zdaniem, projekt zapowiada fundamentalne zmiany ładu medialnego w Polsce.

Platforma wyśmiała zarzuty opozycji. Według Iwony Śledzińskiej-Katarasińskiej (PO), jeśli ustawa weszłaby w życie, już w czerwcu br. możliwy byłby wybór nowego składu KRRiT, nowych władz TVP i Polskiego Radia. PO próbuje zwierać szeregi z LiD. Czy ustąpi postkomunistom? I za jaką cenę? LiD stawia swoje warunki w poprawkach do ustawy. Jedna z jego kluczowych propozycji postuluje wpisanie do projektu tzw. licencji programowych. Miałyby one być przyznawane na okres czterech lat i określać – i tu uwaga – maksymalny udział procentowy reklam w dziennym czasie nadawania programu. Jeśli PO porozumie się z LiD w tej sprawie, wydaje się, że i w reszcie spraw obie strony mogą się „dogadać”.


Tuczenie głównego nadzorcy


Przygotowany przez PO projekt z Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji czyni atrapę. Jej kluczowe kompetencje przejmuje super urząd, główny nadzorca – Urząd Komunikacji Elektronicznej (UKE). To on będzie czuwać nad medialnymi konfiturami: przyznawać koncesje, kontrolować nadawców, przyznawać lub odbierać status nadawcy społecznego.

Prezes UKE wybierany byłby przez parlament na wniosek premiera. W pierwszej wersji projektu PO szła na całość, nie dbając o żadne pozory – prezesa UKE miał mianować premier (!). Jedna z poprawek PO przewiduje, że prezes UKE, rezerwując częstotliwości, nie będzie musiał się porozumiewać z Krajową Radą, ale jedynie poinformuje ją o tym fakcie. UKE natomiast w sprawach o cofnięcie koncesji działać będzie w porozumieniu z KRRiT, ale tylko wtedy, gdy padną zarzuty łamania warunków programowych, gdyż do kontroli programowej mediów w nowym wydaniu miałaby głównie służyć KRRiT.

Projekt zmienia także sposób powoływania zarządów i rad nadzorczych TVP i Polskiego Radia. Aby zostać członkiem władz mediów publicznych, należy wygrać konkurs, organizowany przez KRRiT w porozumieniu z ministrem skarbu. Minister skarbu może też „z ważnych powodów” odwołać członka zarządu lub rady nadzorczej przed upływem kadencji. W projekcie zakłada się zwiększenie liczebności KRRiT – z pięciu do siedmiu członków.


Pułapki i zasadzki


Platforma ma apetyt nie tylko na media publiczne, ale także komercyjne. I mogłaby go zaspokajać choćby poprzez urzędnika, który by wydawał bądź uchylał koncesje nadawcy, podlegając bezpośrednio rządowi.

„To premier za pośrednictwem ministra skarbu będzie decydował o obsadzie zarządów spółek medialnych. Premier będzie mógł zadzwonić do ministra skarbu Aleksandra Grada i powiedzieć 'Olek, wywal tego Urbańskiego, (…) wywal Czabańskiego, daję ci na to 12 godzin'” – obrazował całą sytuację z sejmowej mównicy poseł PiS Jarosław Kurski.

Pojawia się pytanie: czy ustawy PO nie pokrzyżuje weto prezydenta albo zaskarżenie jej do Trybunału Konstytucyjnego? Jeśli jakimś trafem wejdzie ona w życie, to ciężki może okazać się los niektórych nadawców. I to niekoniecznie tych największych. Może tylko najbardziej drażniących? Kto wie, czy kluczowych poprawek nowelizacji ustawy nie tworzono pod kątem takich właśnie podmiotów? Przypomnijmy sobie odgrażanie się PO pod adresem niektórych mediów w kampanii wyborczej. I czy przypadkiem ustawa nie jest lasem, zasadzonym po to, by ukryć przysłowiowy listek?


Smaczny abonament


O nieposkromionych apetytach PO świadczy też inny „rewelacyjny” eksperyment, zwiastujący kolejny cud: całkowita likwidacja abonamentu RTV od 2009 roku. Na początek Platforma chce zwolnić z opłaty osoby niezdolne do pracy oraz emerytów. Szef klubu parlamentarnego PO Zbigniew Chlebowski, informował dziennikarzy: „Jeżeli zlikwidujemy abonament RTV, to powstaną nowe zasady finansowania mediów publicznych i z pewnością będzie również ograniczenie dotyczące stosowanych reklam. Ale w jakim zakresie i jak czasowo – na pewno dziś nie odpowiem”. Polityk nie wyjaśnił już, w jaki sposób nowa ustawa ma chronić media publiczne przed utratą dochodów z reklam, na które przy zapowiadanych ograniczeniach nie mogą już doczekać się konkurenci z mediów komercyjnych. Tu, z pewnością, znajduje się czuły punkt całej sprawy.


Jak to robią inni?


Abonament radiowo-telewizyjny funkcjonuje niemal w całej Europie. Taki model finansowania mediów publicznych istnieje w: Niemczech, Belgii, Francji, Grecji, Włoszech, Portugalii, Danii, a przy mniejszym wykorzystaniu środków z abonamentu także w Hiszpanii i w Holandii. Całkowicie opierają się na abonamencie: Wielka Brytania (BBC), Szwecja i Finlandia, a zrezygnował z niego jedynie Luksemburg. Najlepiej rozwiniętymi i we właściwy sposób finansowanymi są telewizje publiczne we Francji, Wielkiej Brytanii, Niemczech, a także w Kanadzie. W tych państwach telewizja publiczna dominuje nad prywatną. Tworzy standardy pracy oraz realizuje produkcje telewizyjne wysokiej jakości, przy zupełnej niezależności od wpływów politycznych (więcej zob. Biuletyn KRRiT, VII/VIII 2004 r.).


Odgłosy drapieżców


W Polsce opłaty abonamentowe są przeznaczane na działalność Telewizji Polskiej SA, Polskiego Radia SA oraz 17 radiowych rozgłośni regionalnych. Dzięki tym wpływom media publiczne mogą realizować swoją misję. Ich programy wymagają zmian, gdyż misja – przede wszystkim w TV – jest realizowana fatalnie, co do tego nie ma wątpliwości. Jeśli jednak zniknie abonament, media publiczne zostaną rzucone na pożarcie medialnym drapieżcom. A te – jak wiadomo – równie ostro gryzą, jak warczą. Od dawna wydają nerwowe pomruki, szykują się do skoku, węszą zranioną zwierzynę. Wielokrotnie uskarżali się na to, jak bardzo media publiczne zaniżają koszty wszystkich reklam (wspominano o 50 proc.). Pamiętajmy, tu już nie chodzi o miliony, ale o miliardy złotych. Prezes TVP Andrzej Urbański pytany o to, co jest najważniejsze w medialnej operacji PO, odpowiadał: „Kasa! Co to znaczy? Na ten rok spółka ma wpływy 2 miliardy 300 milionów złotych. W związku z tym, każde uderzenie w TVP oznacza, że te pieniądze trafią gdzie indziej. A trafić muszą, bo przecież się nie rozpłyną!”. W czasie ostatniej kampanii wyborczej największe prywatne redakcje zainwestowały niezliczoną ilość godzin czasu antenowego i gazetowych szpalt, obrzydzając przeciwników PO. Więc chwila słodkiej nagrody musi w końcu nadejść…

Jacek Kurski ostrzegał, że finansowanie budżetowe będzie „instrumentem totalnej władzy wykonawczej nad mediami publicznymi”. Zniesienie abonamentu szybko zmieni telewizję i radio publiczne w żebraka, który błaga rząd o coroczny datek. Decyzja o przepędzeniu go i „oddaniu” w dobre ręce stanie się jedynie kwestią czasu. A jak powiada mądrość ludowa, łakomemu z pieniędzmi chciwości przybywa. A ten już od dawna przebiera nogami w oczekiwaniu na licytację.


Hanna Karp
drukuj