Lis na telewizję
Prezes telewizji publicznej Andrzej Urbański przyjął ponownie do pracy w TVP Tomasza Lisa. Dziennikarz uzyskał nie tylko możliwość realizacji programu publicystycznego sygnowanego w tytule własnym nazwiskiem, ale i otrzymał szczodre uposażenie.
Gdy Tomasz Lis w 1997 r. zaczynał pracę w komercyjnej TVN, mówiono: „Lis był w TVP gwiazdą. Teraz może dużo lepiej zarabia, ale za chwilę będzie nikim” (T. Lis, Nie tylko fakty, Warszawa 2004, s. 177). Wydaje się, że Lisowi udało się powrócić z dziennikarskiego niebytu, gdyż po utracie intratnej posady najpierw w TVN, a potem w Polsacie, przyszło mu realizować swoje pomysły dziennikarskie w internecie. Ukazywana w mediach pozycja Lisa – chociażby tak jak w czwartkowej „Rzeczpospolitej”, która umieszcza go na czwartym miejscu wśród 100 najbardziej wpływowych Polaków, jest efektem szumu w prasie i mediach elektronicznych wokół jego osoby niż przedstawieniem faktycznego stanu. Takie działania niewątpliwie pozwolą zwiększyć pole oddziaływania jego nowego programu w TVP.
Polityczny talk-show, którego drugi odcinek wyemitowano w miniony poniedziałek, daje Lisowi podwójne źródło dochodu, gdyż TVP nie tylko go zatrudniła, ale i podpisała umowę z firmą producencką Lisa, która realizuje program w studiu TVP, korzystając z jej sprzętu. Taki układ daje Tomaszowi Lisowi zarówno swobodę w realizacji własnych koncepcji i niebagatelne miesięczne przychody w wysokości nawet 170 tys. zł miesięcznie (zob. „Rzeczpospolita”, 14.01.2008, s. B13). Nie należy też zapominać, iż Lis uzyskał idealny czas antenowy przysparzający mu widowni. Mając swój talk-show tuż po popularnym serialu „M jak miłość”, przejmuje jego widzów. Trudno więc będzie stwierdzić, czy to, że widzowie w poniedziałek o godz. 21.00 oglądają drugi program – w tym blok reklamowy przed programem „Tomasz Lis na żywo” – jest zasługą nowej gwiazdy telewizji publicznej, czy wynika z tego, iż widzowie pozostają przy stacji śledzonej już od godziny. A tak naprawdę na innych kanałach nie ma w tym czasie antenowym istotnej konkurencji. Bezzasadne wydają się zatem dąsy Tomasza Lisa ujawnione w ostatnim jego programie, kiedy to na stwierdzenie, iż utrzymują go również ci, którzy płacą abonament, zareagował oburzeniem. Przecież abonament w ok. 30 procentach pokrywa koszty funkcjonowania telewizji publicznej – a w przypadku nowych przedsięwzięć medialnych, zanim zbierze się jakiekolwiek pieniądze, także z reklam, trzeba najpierw ponieść spore koszty.
Podjęcie przez Tomasza Lisa pracy w TVP zadaje też kłam stwierdzeniom, wypowiadanym niejednokrotnie również przez niego samego, iż jest to stacja mająca jednostronne nachylenie polityczne. Trudno przecież uznać Tomasza Lisa za „oficera PiS” (jak jeszcze do niedawna mawiał ten dziennikarz o swoich kolegach z mediów publicznych). Tylko czekać, jak Tomasz Lis będzie wołał w swoim programie, tak jak krzyczał rok temu na przystanku Woodstock: „Tu jest Polska!”, parafrazując słowa poprzedniego premiera. A czekać długo widzowie raczej nie będą musieli, gdyż Platforma Obywatelska od dłuższego czasu postuluje, że trzeba zmienić TVP – co w myśl przygotowanej przez to ugrupowanie nowelizacji prawa medialnego ma polegać na przekazaniu pełni władzy nad mediami publicznymi obecnemu rządowi. Poważne symptomy, iż zmiany nadchodzą dużymi krokami, można było dostrzec już w pierwszym odcinku programu Lisa, kiedy to marszałek Sejmu Bronisław Komorowski z PO stwierdził, iż życzy prowadzącemu i widzom, żeby docenili, że w telewizji publicznej może być normalnie. Wprawdzie redaktor Lis tak otwarcie wypowiedzianych słów przez czołowego przedstawiciela obecnej władzy o idących zmianach aż się przestraszył, ale jak się wydaje, o „normalność” dostrzeganą przez marszałka dba skrupulatnie. Warto tutaj zauważyć, iż tak się dziwnie zbiegły wydarzenia, że w swoim premierowym odcinku 25 lutego Tomasz Lis obchodził sto dni rządów Donalda Tuska. Czy to przypadek, swoistego rodzaju prezent, a może faktycznie cud, jak mówił o tej audycji Bronisław Komorowski? Chociaż Donalda Tuska nie udało się Lisowi zaprosić, gdyż nie mógł się on zdecydować, czy wystąpić tego dnia w Dwójce czy w TVN u Sekielskiego i Morozowskiego, to i tak premierów, wprawdzie niegdysiejszych, było dwóch. Pierwszym gościem w studiu był Kazimierz Marcinkiewicz, który gruntownie skrytykował rząd Jarosława Kaczyńskiego i bezustannie chwalił Donalda Tuska. Wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego też pojawiła się w tym programie, ale tylko w formie nagrania, co należy uznać jako duży minus. Specyficznie została dobrana też publiczność, która reagowała równie „idealnie” jak podczas ubiegłorocznej debaty Tusk – Kaczyński – gdyż, jak pochwalił się Lis, wybrał tych samych, a więc sprawdzonych w konkretnym działaniu ludzi. Nie należy zatem się dziwić, iż wszelkie prezentowane w tym programie sondy czy też – jak zapewniał prowadzący – sondaże, wyjątkowo korzystne dla Tuska i Platformy Obywatelskiej, przyjmowane były brawami. W ten sposób maniera klaskania i buczenia, obecna także w drugim odcinku programu Lisa, a znana z podrzędnych seriali komediowych, gdzie śmiechem i brawami sugeruje się widzom, jak mają odbierać dane wypowiedzi, przenoszona jest również do programów publicystycznych w telewizji publicznej. Niestety, również zapowiedzi gości przez prowadzącego sugerują widzom, jak odbierać poszczególne osoby, co widoczne było podczas poniedziałkowego programu, kiedy to posła PiS Jacka Kurskiego prowadzący przedstawił jako „promotora różnych rzeczy”, a pozostałe osoby: Iwonę Śledzińską-Katarasińską z PO, Olgę Lipińską i Bronisława Wildsteina w sposób niebudzący negatywnych konotacji. Symptomem nadchodzących zmian w TVP, którym sprzyja nowy program, wydaje się być też powrót Olgi Lipińskiej, określonej szumnie przez Lisa jako „promotor kultury”. Czyż nie jest farsą, iż znowu misję telewizji publicznej określa Lipińska, przyznająca się do fascynacji publicystyką tygodnika „Nie” Urbana, która swego czasu tworzyła w TVP tendencyjny politycznie i antykatolicki kabaret. A wypowiedzi Lisa, iż jego program będzie apolityczny, w związku z czym TVP stanie się telewizją naprawdę publiczną, nie będzie kwestionować przypuszczalnie jedynie Platforma Obywatelska.
Paweł Pasionek
