Mój przyjaciel i dowódca

Henryk Jaroszyński:


„Szary” nie chciał mieć żadnych przywilejów z racji bycia dowódcą. Kiedyś podoficer z jego ochrony sztabowej niósł jedzenie i minął się z „Szarym”, który go zapytał: „Co tam dziś na obiad?”, i gdy ten odpowiedział, że „dla pana komendanta jest kurczak”, „Szary” natychmiast zapytał: „Czy wszyscy żołnierze dostaną kurczaka?”. „Nie” – padła odpowiedź. „No to proszę zabrać obiad z powrotem i dać mi to, co jedzą wszyscy żołnierze!”.

Bardzo lubiłem mojego komendanta Antoniego Hedę „Szarego”. W maju 1942 r. zostałem przydzielony do Komendy Obwodu AK w Końskich i po przeszkoleniu pełniłem funkcję kuriera – łącznika – wywiadowcy – kolportera do oddziałów leśnych AK. Do oddziału „Szarego” trafiłem na początku 1943 roku. Zostałem przydzielony do dowództwa Zgrupowania, w którym pozostałem do stycznia 1945 roku.

„Szary” pozostał w mojej pamięci przede wszystkim jako doskonały dowódca. Był bardzo mądry, potrafił wyprowadzić oddział z każdej opresji. Wszelkie akcje militarne tak planował, aby nie cierpiała okoliczna ludność. Każdą akcję wcześniej długo obmyślał i konsultował z dowódcami plutonów, dlatego – co było bardzo istotne – ginęło stosunkowo mało żołnierzy. W lesie plutony i kompanie były zawsze tak rozlokowane, że zarazem chroniły cały obóz. Zdarzało się, że Niemcy atakowali obozujących żołnierzy, a raz nawet weszli z armatką w sam środek obozu i w dodatku strzelili do naszego kotła tak, że nie mieliśmy co jeść! „Szary”, który miał wtedy przemoczone buty, boso wyskoczył do walki, zebrał 10 chłopaków i tę armatkę oraz jej obsługę zniszczył.

Na początku września 1944 r. Niemcy spalili Radoszyce, a następnie przypuścili atak na Grodzisko. „Szary” wyruszył na pomoc i jechał na koniu na czele oddziału, mimo że według regulaminu wojskowego nie powinien tego robić. Potem nawet zsiadł z konia i biegł przed żołnierzami. Niemcy zaczęli się wycofywać na pobliski pagórek, gdzie była kapliczka Matki Bożej, i tam się bronili. Chcieli uciekać do spalonych Radoszyc, ale od tamtej strony drogę przecinał im już pluton „Lisa”. Tak więc zostali otoczeni. „Szary” w pewnym momencie znalazł się na środku drogi, bez amunicji, i krzyknął: „Niech mi ktoś rzuci granat!”. Wtedy 12-letni „Kawka” rzucił mu granat, a „Szary” cisnął nim w kierunku wycofujących się Niemców. On się naprawdę nie oszczędzał!

Miał więc moralne prawo być twardym i sprawiedliwym dowódcą dla swoich żołnierzy. Narzucił im ogromną dyscyplinę, inaczej zresztą nie poradziłby sobie z tym towarzystwem. Kiedy jeden z kaprali przywłaszczył sobie butelkę wódki z zapasów, jakie posiadał oddział, i nie chciał się do tego przyznać, wówczas „Szary” kazał potłuc cały wóz z butelkami z wódką, który został zdobyty podczas jednej z akcji. Po tym wydarzeniu ów kapral przyszedł do „Szarego” i pokornie przyznał się do winy, a „Szary” mu wybaczył.

Przed akcją rozbicia kieleckiego więzienia UB oddział przebywał kilka dni we wsi Kruk, do której przyjeżdżali żołnierze z różnych rejonów Polski: z Dolnego Śląska czy Pomorza, gdyż „Szary” poprzez dowódców plutonów i kompanii wezwał ich do wzięcia udziału w tej akcji. Pewnego dnia padał deszcz i żołnierze pochowali się, gdzie kto mógł, nie zachowując dyscypliny obozowej. Kiedy „Szary” to zobaczył, kazał wszystkim czołgać się za karę – przed samą akcją! Lubił dyscyplinę…

Pamiętam, jak pod Niekłaniem wyprowadził nas z oblężenia kilkunastu tysięcy własowców. Utraciliśmy wówczas cały tabor i 11 partyzantów. „Szary”, który był bardzo pobożny, nie odzywał się przez dłuższy czas do kapelana, gdyż nie mógł mu wybaczyć tego, że uciekając przed obstrzałem, zostawił ołtarzyk. Bardzo ten fakt przeżywał.

Jako dowódca nie chciał mieć żadnych przywilejów. Kiedyś podoficer z jego ochrony sztabowej niósł jedzenie i minął się z „Szarym”, który go zapytał: „Co tam dziś na obiad?”, gdy ten odpowiedział, że „dla pana komendanta jest kurczak”, „Szary” natychmiast zapytał: „Czy wszyscy żołnierze dostaną kurczaka?”. „Nie” – padła odpowiedź. „No to proszę zabrać obiad z powrotem i dać mi to, co jedzą wszyscy żołnierze!”.

Cechą charakterystyczną „Szarego” było to, że bardzo dbał o swoich żołnierzy. Starał się, żeby każdy miał buty, ubranie, koc, pałatkę itd. Jako ciekawostkę podam, że w lesie organizowaliśmy ogniska, na których odbywały się występy. Podczas tych wieczorów można było żartować ze wszystkich. Żołnierze układali humorystyczne teksty i piosenki, również na „Szarego”, który nie się obrażał. Poza tym był bardzo skromny. Jak przyszedł do kościoła na jakieś uroczystości, to siadał w ostatniej ławce.

Poza tym znany był z tego, że nigdy nie opuszczał swoich żołnierzy w potrzebie. Po wojnie dzięki niemu dostałem mieszkanie. Władze długo trzymały mnie na strychu, traktując jako bandytę od „Szarego”. Środowisko „szaraków” i osobiście sam „Szary” wymogli pismami, chociaż trwało to bardzo długo, iż wreszcie zostało mi przydzielone mieszkanie w Warszawie. Wszyscy żołnierze naprawdę szczerze go kochali.


not. Justyna Wiszniewska
drukuj