Nasz komendant „Szary”

Tadeusz Sułowski


Na wieczornym apelu wśród zgromadzonych przebiegł nagle szmer: „Idzie komendant…” i nastała cisza. „Szary” rzeczywiście był niesamowitym autorytetem dla swoich żołnierzy. Tego pamiętnego wieczoru był niesłychanie poważny, pięknie ubrany, w berecie – wszyscy „szaracy” mieli duże czarne berety z polskim orłem z koroną, w czarnym płaszczu z futrzanym kołnierzem, w wysokich butach. Przepasany był pasem i pasem koalicyjnym, przy boku miał w jasnym pokrowcu pistolet polski – radomski, przedwojenny vis. Bardzo znacząco na nas patrzył. Na początku przechadzał się powoli i nic nie mówił, a potem zapytał: „Słuchajcie, nowi żołnierze, chciałbym wiedzieć, jakie macie potrzeby?”.

O Antonim Hedzie „Szarym” i jego oddziale usłyszałem po raz pierwszy niedługo przed wybuchem Powstania Warszawskiego. Nawet trochę przyczyniłem się do tego, aby mój przyjaciel i dowódca harcerski Zbyszek Stok mógł pojechać do niego na przeszkolenie. „Szary” bardzo lubił opiekować się harcerzami i przyjmował do swojego oddziału podchorążych, którzy przez kilka tygodni brali udział w życiu oddziału i w podejmowanych akcjach zbrojnych. Kiedy więc Zbyszek przed samym powstaniem powrócił do Warszawy, pamiętam, jak z wielkim przejęciem opowiadał nam o tym, że brał udział we wspaniałej akcji zatrzymania pociągu z amunicją w Wólce Plebańskiej, niedaleko Końskich. Kielecczyzna była wtedy bez amunicji, stąd akcja ta miała duże znaczenie. Tą amunicją oddział posługiwał się do końca wojny i dzielił się z całym okręgiem.

W Powstaniu Warszawskim dostałem przydział do VII Pułku „Garłuch” na Okęciu. Byliśmy niestety bardzo źle uzbrojeni, w przeciwieństwie do Niemców, którzy prawdopodobnie spodziewając się powstania, bardzo wzmocnili tam swoje siły. W ciągu dwóch dni walk straciliśmy ok. 500 ludzi, dlatego dowódca rozwiązał pułk i polecił nam przedostać się do Warszawy albo w lasy do Kampinosu albo gdzieś dalej w kierunku Kielecczyzny. Ja najpierw trafiłem do oddziału „Lancy”, z którym przeszedłem Pilicę i w okolicy Opoczna dołączyłem do 25. Pułku Piechoty Piotrkowskiej. W pierwszych dniach października mój dowódca – porucznik Osuch otrzymał zadanie przekroczenia z powrotem Pilicy w celu zbierania oddziałów, które wyszły z Powstania Warszawskiego. Wówczas niedaleko Drzewicy spotkaliśmy dość duży oddział ok. 150 ludzi pod dowództwem podporucznika „Lecha”. Większość żołnierzy pochodziła tam z Wileńszczyzny, trochę z okolic Kampinosu, było też kilku warszawiaków itd. Mieliśmy razem dołączyć do 25. pułku, ale było to bardzo trudne, m.in. z powodu licznych starć z Niemcami, którzy chcieli oczyścić sobie pole z partyzantki do obrony przed Rosjanami. W starciach tych dużo naszych ludzi zginęło. I wtedy właśnie dowiedzieliśmy się, że w pobliżu, w okolicach Niekłania, stacjonuje słynny oddział „Szarego”. Wielu naszych żołnierzy chciało do niego dołączyć i w związku z tym do porucznika Osucha przychodziły delegacje z prośbami, aby się na to zgodził, a zaniechał próby przyłączenia się do 25. pułku, który znajdował się dużo dalej.

Ostatecznie więc dołączyliśmy do oddziału „Szarego” w październiku 1944 r. w gajówce Cisowa, w której urzędował legionista i wielki patriota – gajowy o nazwisku Smutek. Tam właśnie miał swoją kwaterę „Szary”.


Komendant „szaraków”


Pamiętam, że przed gajówką było trochę wojska, komendanta natomiast nie widzieliśmy, w pobliżu chodził tylko jego zastępca. W pewnym momencie podszedł do nas człowiek ubrany w jesionkę, w cywilną czapkę i powiedział: „Chłopaki, ja tu jestem z miejscowej konspiracji, zamówiłem dla was w wiosce kury!”. Dodam tylko, że w partyzantce byliśmy bez przerwy głodni, a ja mając wówczas 15 lat, byłem głodny podwójnie, dlatego też bardzo chciałem pójść z tym człowiekiem i powiedziałem: „Proszę pana, niech pan zaczeka, ja pójdę do dowódcy i zapytam, czy ktoś z nas może pójść po te kury”. W chwilę potem, na moje szczęście, ukradkiem zatrzymał mnie podoficer „Szarego” i powiedział: „Chłopaki, nie dajcie się nabrać, to jest komendant. Przebrał się w cywilne ciuchy i chce was sprawdzić, czy jesteście zdyscyplinowani. Nie dajcie się na te kury namówić, bo będzie awantura!”. „Szary” lubił robić takie dowcipy.

Na wieczornym apelu oba oddziały: „Szarego” i nasz stały w dwuszeregach. Nagle wśród zgromadzonych przebiegł szmer: „Idzie komendant…” i nastała cisza. „Szary” rzeczywiście był niesamowitym autorytetem dla swoich żołnierzy. Dopiero po wojnie, kiedy odwiedziłem „Szarego” po jego wyjściu z więzienia, dowiedziałem się, że miał wtedy dopiero 27 lat. Tego pamiętnego wieczoru „Szary” był niesłychanie poważny, pięknie ubrany, w berecie – wszyscy „szaracy” mieli duże czarne berety z polskim orłem z koroną, w czarnym płaszczu z futrzanym kołnierzem, w wysokich butach. Przepasany był pasem i pasem koalicyjnym, przy boku miał w jasnym pokrowcu pistolet polski – radomski, przedwojenny vis. Bardzo znacząco na nas patrzył. Na początku przechadzał się powoli i nic nie mówił, a potem zapytał: „Słuchajcie, nowi żołnierze, chciałbym wiedzieć, jakie macie potrzeby? Czy wszyscy mają broń?”. Okazało się, że nie wszyscy mieli albo mieli jakąś mniej wartościową… „Czy chcecie wymienić tę broń, czy chcecie się dozbroić? Proszę podnieść rękę, ile trzeba nowej broni dla was?”. Potem jeszcze padło pytanie, czy potrzebne są jakieś ubrania, skarpety, buty, płaszcze, czapki, berety itd. Oczywiście pod tym względem były bardzo duże braki, bo my do powstania wyszliśmy lekko ubrani, a niektórzy z nas w bagnach na Służewcu nawet pogubili buty. Następnego dnia z rana przyjechały dwa wozy – na jednym była broń, a na drugim ubrania i koce.

To zdarzenie świadczy o tym, że oddział był doskonale zorganizowany. „Szary” miał wszystko. Potrzebne były miny, on miał miny, potrzebne były granaty, miał również granaty. Partyzanckie oddziały na ogół cierpiały na brak broni. U „Szarego” było inaczej. Oddział był bardzo bojowy i po prostu tę broń zdobywał. To nie byli żołnierze, którzy siedzieli w lesie w celu przeczekania wojny, tylko to był oddział, który ciągle coś robił, organizował akcje itd. „Szary” jak mógł, szkodził Niemcom!


Opiekun okolicznych wiosek


Drugim wspaniałym atutem „Szarego” było dbanie o mieszkańców okolicznych wiosek. Korzystał z ich pomocy, ale zasadą było jak najmniej kontaktów wojska ze wsią. Dzięki temu nie narażał ich na spalenie czy inne szykany ze strony Niemców. Bardzo mi się to podobało.

Jeżeli np. w akcjach na tzw. Liegenschafty, czyli majątki pozostające pod protektoratem Niemców, „Szary” zrabował np. piękne dorodne krowy, to nie wykorzystywał ich dla oddziału na rzeź, ale oddawał je rolnikom, a od nich zabierał dla nas krowy gorsze, starsze. Dlatego okoliczna ludność niesłychanie „Szarego” chwaliła i później już po wojnie gdziekolwiek by się nie pojawił, mnóstwo ludzi przychodziło na nasze spotkania partyzanckie. Bardzo był lubiany i szanowany w okolicy.

Już wtedy był legendą. Inni dowódcy ogromnie liczyli się z „Szarym”. Miał na swoim koncie mnóstwo udanych akcji, kilka rozbitych więzień: np. w Starachowicach, w Końskich. Kiedy Niemcy aresztowali jego ludzi, on starał się ich wyswobodzić, po pierwsze dlatego, żeby nie zostali zamordowani, a po drugie, żeby ci ludzie podczas przesłuchań nie wydali swoich kolegów i nie sprowokowali dalszych aresztowań. Jego żołnierze mnóstwo wiedzieli, mieli kontakty z partyzantami, z dowódcami, z ludźmi z miejscowej konspiracji, bez której żadna partyzantka nie mogłaby się ostać.


Wierny zasadom


„Szary” był ogromnie lubiany przez żołnierzy. Świadczą o tym słowa zwrotki jednej z piosenek specjalnie dla niego napisanej: „Anteczku, ty bohaterze, ty partyzantów znasz, idziemy w twej świętej wierze, boś ty jest ojciec nasz”. W tych słowach zawiera się pełne zaufanie do dowódcy i jakaś taka wielka serdeczność w stosunku do komendanta.

Cieszył się ich sympatią, mimo że był bezkompromisowy, niesłychanie twardy i bezwzględny, zwłaszcza w sytuacjach, gdy coś mu nie pasowało, bo było np. złe moralnie. Wtedy w żadnym wypadku się na to nie zgadzał. Tępił pijaństwo i pod tym względem był nie do przebłagania. Straszliwie karał żołnierzy za to, że chcieli rozstrzeliwać jeńców niemieckich. Dla niego jeniec to była święta sprawa. On traktował ich bardzo dobrze. Kiedyś po jednej akcji wziął kilkunastu jeńców, kazał im zdjąć pasy i powiedział, że zostaną przez dwa tygodnie u niego w oddziale, będą dzielić z nami wspólny los, będą razem z nami maszerować, jeść te same posiłki, co nasze wojsko, podczas akcji jedynie nie będą strzelać, bo nie mają broni. Po dwóch tygodniach „Szary” obiecał oddać ich niemieckim władzom na najbliższym posterunku żandarmerii. Oni zaś mieli opowiedzieć im to, co widzieli w oddziale, że Armia Krajowa to nie są żadni bandyci, ale jest to prawdziwe wojsko, mające apele, wieczorną modlitwę itd. I co ciekawe, tym Niemcom to się niesłychanie podobało. Nie chcieli wracać do swoich, tak im było dobrze u nas, ale niestety obietnica musiała być wypełniona. Po wojnie jeden z nich napisał list do ZBoWiD-u warszawskiego, którego centrala mieściła się na Chmielnej, adresowany do komendanta „Szarego”, w którym zawierały się żarliwe podziękowania dla niego, że dzięki temu pobytowi w oddziale Niemcy go ukarali i wsadzili do więzienia, ale nie poszedł za to na front wschodni i przeżył wojnę.


Pomysłowy i z poczuciem humoru


Nasz komendant miał nieprawdopodobne pomysły, jak chociażby ten podczas jednej z akcji na majątek Liegenschaftu, w której jego pies Rex uratował mu życie. „Szary” miał w oddziale swojego serdecznego przyjaciela i świetnego partyzanta „Czerkiesa”, który przed wojną służył w artylerii konnej i był doskonałym jeźdźcem. Obaj do spółki zarządzili, żeby furmanka, na którą miano załadować zarekwirowaną żywność z majątku, zajechała przed ganek, a „Czerkies” w mundurze esesmana miał przez nią skakać na koniu, co jest nie lada wyczynem! A wszystko po to, aby wyprowadzić na zewnątrz jak najwięcej Niemców. Plan się powiódł, wielu z nich wyszło przed dom i podziwiało te skoki, biło brawo „Czerkiesowi”, nie wiedząc o tym, że to jest nasz partyzant. I wtedy oddział „Szarego” otworzył do nich ogień. Niemcy zaczęli się ostrzeliwać i erkaemista, który walczył obok „Szarego”, został trafiony. Kiedy „Szary” przyskoczył do erkaemu, aby go uruchomić, wtedy podbiegł Rex i zaczął go w nachalny sposób odpychać, przesuwając go w bok przynajmniej o pół metra albo i więcej. „Szary” nawet się zdenerwował z tego powodu i uderzył psa, krzycząc: „Reksiu, co ty wyprawiasz, przecież ja tu muszę strzelać, a ty mi przeszkadzasz!”. I w tym momencie pies dostał w samo serce. Niewątpliwie Reks uratował komendanta, bo w przeciwnym razie zostałby postrzelony. Pies został pochowany z wszystkimi wojskowymi honorami.

„Szary” miał również kilka zwierząt gospodarskich, np. barana i jałówkę, które zawsze chodziły z oddziałem. Wykorzystywał w ten sposób niesamowity instynkt tych zwierząt. Baran zawsze szedł razem z tzw. szperaczami, wysyłanymi przed oddziałem. Kiedy wyczuwał niebezpieczeństwo, stawał i beczał. Potem baran ten zachorował na zapalenie płuc i komendant oddał go gospodarzowi, ale z zastrzeżeniem, że można strzyc mu wełnę, ale nie można go zabić, bo to jest baran zasłużony, partyzant… Potem tę funkcję wzięła na siebie jałówka.


not. Justyna Wiszniewska
drukuj