Współczesny lisowczyk

Urodziłem się i aż do matury przebywałem na Ponidziu, gdzie, podobnie jak na całej Kielecczyźnie, żyły ciągle wspomnienia o dokonaniach „Szarego” w czasie II wojny światowej i po niej. Tak było też w moim domu rodzinnym. Opowiadało się o nim godzinami, a wersji o odbiciu przez niego więzienia w Kiecach było chyba z pięć, stąd moje późniejsze osobiste spotkanie z Antonim Hedą uprzedzała sława o kapitanie, „który miał szczęście u Boga i do ludzi”. Dziś, po latach, gdy mam już za sobą doświadczenie i wiedzę wyrosłą z lektury literatury wspomnieniowej oraz ze spotkań z tyloma środowiskami patriotycznymi, mogę powiedzieć, że spośród dowódców Polski Podziemnej sławę, która szła za „Szarym”, można porównać jedynie ze sławą również legendarnego dowódcy podziemia na Podkarpaciu – Łukasza Cieplińskiego.

Opanowanie perfekcyjne rzemiosła wojskowego, charyzmat przywództwa połączony z wypracowaną sztuką dowodzenia, pracowitość niebywała, patriotyzm tak naturalny i oczywisty jak powietrze, którym się oddycha, ale z tym pewnym rysem twardości, typowym dla mężczyzn z Gór Świętokrzyskich, i ta religijność, o której się nie mówi, ale na której buduje się to, co najważniejsze w człowieku, i otacza najgłębszym szacunkiem. Podobno pierwsze moje spotkanie z legendarnym dowódcą z Gór Świętokrzyskich było na przełomie sierpnia i września 1956 roku, gdy z polecenia taty wypełniałem mój pierwszy patriotyczny obowiązek: pilnowałem furtki przy naszym domu w Kostkach Dużych k. Buska, a w domu odbywało się spotkanie pięciu panów, z których obok taty znałem też sławnego „Czarnego” – Maja, daleko, ale spokrewnionego z nami dowódcę oddziałów chłopskich z Kielecczyzny. Trzej inni byli mi nieznani, ale nie byłem już dzieckiem i domyślałem się, że są to na pewno wojskowi sprzed wojny, jak i mój tata.

Kiedy zostałem duszpasterzem akademickim u św. Anny w Warszawie, nie pamiętam już, kto o to nalegał, ale na pewno na prośbę młodzieży zorganizowałem w 1980 r. spotkanie z Antonim Hedą „Szarym”. Wiem, że przywoził go na spotkanie Paweł Sobieszek, wówczas student Politechniki Warszawskiej. Po spotkaniu, już przy herbacie, pan Antoni pyta mnie: „Czy ksiądz jest z Warszawy?” A ja mówię: „I tak, i nie, bo rodziny mojej jest dużo w Warszawie, ale tato wyjechał z Warszawy, gdzie pracował w dowództwie KOP przy al. Niepodległości, do Baranowicz w 1939 r. i do Warszawy już nie wrócił, a mieszkają z mamą obecnie w Busku Zdroju”. A on: „Jezus Maryja, to ksiądz jest synem tego Maja z Kostek!”. I tak zaczęła się już świadoma nasza serdeczna znajomość. Opowiedział mi o wrażeniu, jakie na nim wywarł w 1956 r. nasz stary dom w Kostkach, i powiedział, że był na wspomnianym spotkaniu u taty. Śmiał się, gdy mu powiedziałem, że wcale go nie poznaję, a widziałem ich przecież wszystkich czterech wchodzących i wychodzących ze spotkania i z naturalnym zaciekawieniem im się przyglądałem.

Wiem, że bardzo rzadko, ale odwiedzał moich rodziców w Busku. Wiem, że dla mojej mamy każdy pobyt „Szarego” w domu był najprawdziwszym świętem. Z „Borsukami”, czyli oddziałem AK z rejonu Buska, kontakt operacyjny utrzymywał chyba przez Józefa Teligę. Z tatą moim jakiś kontakt mieli w czasie II wojny światowej, ale nie wiem, na czym polegał, bo milczeli obaj, a po wojnie, wiem to z całą pewnością, że m.in. podkomendni „Szarego” pomogli mu przetrwać czas do 1953 roku. Wiem, że kapitan Antoni Heda był jednym z konsultantów Związku Jaszczurczego, nie darzył też najmniejszym zaufaniem Józefa Rettingera, w którym raziła go nie tyle formalna praca dla wywiadu angielskiego, ile może mniej formalne, ale bardzo realne związki z różnymi osobami z niechętnego Polsce układu natury międzynarodowej.

Od 1980 r. moje spotkania z „Szarym” i rozmowy były najczęściej przy okazji jakichś ważniejszych wydarzeń. Pamiętam jego radość, jak przyjmował przed kościołem św. Anny w Warszawie chłopców z NZS, którzy – jeśli dobrze pamiętam – uczestniczyli w „marszu gwiaździstym” na Warszawę w maju 1981 roku. Cieszyło go wszystko, co w jego mniemaniu przybliżało Polsce godzinę niepodległości. Choć natura społecznika otwierała go na wszystkich, którzy umieli być aktywni społecznie, to sercem lgnął do tych, którzy swój wysiłek świadomie łączyli z pracą na rzecz wolności politycznej kraju. Na pewno ten właśnie niepodległościowy wymiar ruchu solidarnościowego skłonił go do tego, by przyjąć funkcję przewodniczącego Koła Kombatantów Armii Krajowej przy naczelnych władzach NSZZ „Solidarność”. Swoje internowanie w latach 1981-1982 przyjął jako potwierdzenie, że służy dobrze Ojczyźnie, skoro go aresztują w tych latach życia. Powiedział do mnie: „Nie dają mi przejść na patriotyczną emeryturę”. Na pewno ten właśnie aspekt niepodległościowy działalności Wojciecha Ziembińskiego zbliżył ich bardzo do siebie, choć nie zapomnę kontrowersji między nimi na cmentarzu Powązkowskim, bo „Szary” uważał, że sprawy Katynia trzeba „rozgrywać” (użył takiego właśnie słowa) w łączności z tym, co działo się w kraju po II wojnie światowej. Miał umysł z natury zdolny do analizy zjawisk społecznych. Choć formalnie nie był uczestnikiem Konwentu św. Katarzyny, bo z ramienia jego grupy uczestniczył pan Gozdawa-Gołębiowski, to co najmniej raz był na spotkaniu. Pamiętam jego bezbłędny komentarz do zastanej sytuacji: „Jeżeli będziecie umieli zawierać trafne kompromisy, to może w ograniczonym wymiarze, ale będziecie aktywnymi uczestnikami życia politycznego, jeśli nie – większości z was zostanie dane bolesne przeżycie eliminacji”.

Dużym wydarzeniem było ukazanie się w 1991 roku „Wspomnień 'Szarego'”. Był bardzo zadowolony, jeżeli na spotkanie autorskie (nie lubił tego sformułowania) zapraszała go młodzież. Cieszył się bardzo, jeżeli ktoś z uczestników spotkania zauważył rys charakterystyczny jego „dowodzenia”, poczucie wspólnego losu, wspólnoty celu podkomendnych i dowódcy.

W roku 1995 ostatni raz odwiedził moich rodziców w Busku, by zweryfikować uporczywie rozsiewane przez SB od 1965 roku w Warszawie, a powtarzane przez wielu plotki o tym, że jestem Żydem. Prosili go o to usilnie niektórzy uczestnicy Konwentu. Po powrocie zapytał mnie tylko: „Dlaczego ksiądz nie prostuje?”. Odpowiedziałem: „Bo nie chcę dać nawet pozoru mniemania, że mi to ubliża, ale jeżeli ktoś otwarcie do mnie mówi o tym, informuję, że nic nie wiem na ten temat, bym był Żydem”.

Ostatnie nasze spotkanie odbyło się w kawiarni Hotelu Europejskiego w Warszawie po ostatnim pobycie Jana Pawła II Wielkiego w stolicy. Siedzieliśmy w prawie pustej sali we dwóch przy stoliku ponad dwie godziny, a trzymał mnie pod pozorem, że trzeba czekać, aż się ludzie rozejdą. Ktoś, kto go miał odwozić, chyba ze dwa razy przychodził, ale „Szary” prosił: „Zaczekaj jeszcze”. Rozmawialiśmy o różnicy w postawie Kościoła w Polsce wobec Narodu w okresie przedwojennym i obecnie oraz za czasów kard. Stefana Wyszyńskiego i obecnie, tzn. na przełomie II i III tysiąclecia. Nie minęliśmy się nigdy obojętnie, a jego życzliwość dla mnie odbierałem zawsze z dużą satysfakcją, a może nawet dumą.

Redakcji „Naszego Dziennika” składam serdeczne „Bóg zapłać”, że mogłem wypowiedzieć się o człowieku, który „nie kłaniał się okolicznościom”, o dowódcy, który tylko jedną przysięgę złożył w życiu, o Polaku, który umiał dla Polski walczyć, cierpieć i pracować, o katoliku, którego na całe życie zafascynował dwuwiersz:

„Jest to wieść wielka, jest to wieść błoga,

że Matka Moja jest Matką Boga”.

Miał naturę lisowczyka, radził sobie w najtrudniejszych okolicznościach. Tylko tacy ludzie jak dawni lisowczycy mogli wytrwać w czynnym podziemiu antykomunistycznym tak jak „Szary” aż do 1948 roku. Trzeba było mieć tak jak oni z natury albo wyuczone zdolności przetrwania, by mieć kilka wyroków śmierci w więzieniach komunistycznych i przetrwać, mimo wszystko ocalić życie – co udało się Antoniemu Hedzie. Przetrwał wszystko i nie pozwolił, by przeżycia „czasów trudnych” odebrały mu radość, wyhamowały inicjatywę. Nie nosił też w sercu urazów, ale tym, którzy przyczynili się do krzywdy Polski i Polaków po II wojnie światowej, pamiętał to do końca życia.

„Mający szczęście u Boga i do ludzi” – Generale Hedo „Szary” – „omnes iusti Te salutant” – pozdrawiają Cię wszyscy sprawiedliwi. Może się jeszcze spotkamy.


ks. prałat Józef Roman Maj
drukuj