U progu wielkiej odpowiedzialności
13 grudnia br. został podpisany przez przedstawicieli Polski traktat reformujący Unię Europejską. Tym pilniejsze jest dokładne poznanie rządowego stanowiska wobec Unii Europejskiej, a ściślej mówiąc – leżącej u jego podstaw doktryny politycznej. Stanowisko to jest bowiem ogólnikowe i enigmatyczne.
Problemy przystąpienia i dalszego uczestnictwa Polski w UE są zbyt ważne, aby liczyć wyłącznie na sprzyjające okoliczności czy dawać upust skłonności do optymizmu. Mamy złe doświadczenia z negocjacji akcesyjnych, które cechował specyficzny stosunek rządu: infantylizm będący mieszanką przesadnych oczekiwań oraz bezpodstawnego optymizmu, z domieszką krętactwa.
Na pierwszy plan wysuwa się sprawa określenia zasad uczestnictwa Polski we wspólnocie europejskiej, czyli doktryny politycznej ustalającej główne reguły postępowania i odpowiedzialności związane z naszym udziałem w tej wspólnocie. Inne sprawy, takie jak zabieranie głosu na forum instytucji unijnych, spory i nieporozumienia czy zawiłości negocjacji dyplomatycznych są drugorzędne (a przynajmniej nie powinny odwracać uwagi od kwestii doktrynalnych). Bez ustalenia odpowiednich reguł gry nigdy nie należy siadać do stolika.
Jak Czytelnik może się łatwo domyślić, takiej doktryny politycznej nie udało się odnaleźć. Bo też doktryna ta nie została opracowana (albo ją utajniono, co jest jeszcze gorsze). Zamiast doktryny znajdujemy okazjonalne wypowiedzi (merytoryczne i propagandowe) oraz dywagacje ze strony prominentnych funkcjonariuszy państwowych, różne i niekonsekwentne. Czasem można odnieść wrażenie, że osoby zatrudnione w sprawach współpracy kontynentalnej wiedzą, o czym mówią, są osobami wysoce kompetentnymi i górują nad innymi pod względem znajomości zakamarków instytucji unijnych. To jednak nie rekompensuje braku przemyślanych reguł postępowania i odpowiedzialności. Sprawa jest zbyt ważna, by powierzać ją tylko graczom: lepszym czy gorszym.
Pytania o polską doktrynę uczestnictwa we wspólnocie europejskiej ciągle pozostają bez odpowiedzi. Nie są to pytania związane z oceną funkcjonowania Unii Europejskiej, lecz dotyczące działalności polskiego rządu i parlamentu. Można je stawiać nawet niezależnie od własnych ocen Unii Europejskiej i jej perspektyw. Odnoszą się one bezpośrednio do odpowiedzialności rządu za dotychczasowy układ stosunków z UE i pośrednio za dalszy ich ciąg. Nie zamierzam przy tym rozdzielać tej odpowiedzialności pomiędzy kolejne rządy włączające się w proces przystąpienia, funkcjonowania i reformowania UE. Byłoby tego za wiele. Jestem jednak przekonany, że problem odpowiedzialności nigdy nie został postawiony jak należy. Krótko mówiąc, rządy (a także ciała parlamentarne) uciekały od tej odpowiedzialności, choć może w niejednakowym stopniu. Brak doktrynalnych rozstrzygnięć w sprawie tak żywotnej dla Polski, jak uczestnictwo w Unii Europejskiej jest najlepszym dowodem ogólnego braku poczucia odpowiedzialności.
Po akcesji do UE
Pierwsze pytanie objęte zakresem tych rozważań brzmi następująco: Czy zasady, którymi kierowały się dotychczasowe rządy w stosunkach z UE, były zasadami zewnętrznymi (ustalonymi w Unii), czy zasadami wewnętrznymi, wyrażającymi polski stosunek do praktyki unijnej?
Wyrażając to bardziej dosadnie, chodzi o rozstrzygnięcie, czy polityka ta miała charakter autonomiczny, odzwierciedlający interesy polityczne, społeczne i gospodarcze Polski wobec wspólnoty europejskiej, oczywiście z poszanowaniem przyjętych na siebie zobowiązań i ze znajomością realiów? Czy odwrotnie, była to polityka pozbawiona dystansu wobec tej wspólnoty, a więc ślepa i bezkrytyczna?
Jest to ważne pytanie. Nie ustawia ono nikogo w szeregu entuzjastów albo sceptyków integracji europejskiej, lecz podnosi kwestię jakości polskiej polityki w tym zakresie, jej pola manewru oraz możliwych do osiągnięcia korzyści. Polityka uprawiana wedle zasad zewnętrznych, pozbawiona autonomii, przeistacza się w serwilizm polityczny. Staje się szkodliwa i niebezpieczna. Wbrew pozorom taka polityka nie służy także integracji europejskiej, gdyż za swoje niepowodzenia obciąża rachunek Unii Europejskiej, wywołując uzasadnioną niechęć społeczeństwa. Nie przyczynia się w żadnym stopniu do osiągnięcia należnego Polsce prestiżu na arenie światowej.
Odpowiedź na tak sformułowane pytanie wymaga przyjrzenia się podejmowanym wcześniej zabiegom akcesyjnym. Najbardziej uderzające jest określenie tych zabiegów jako „procesu przystosowawczego” Polski do zasad obowiązujących w starych krajach UE. W rzeczywistości każdy „proces przystosowawczy” musi mieć charakter dwustronny, gdyż w przeciwnym przypadku okazuje się dla „przystosowującego się” wysoce niekorzystny. Najlepiej wiedzą o tym ekonomiści. (Jeśli podaż usługi rynkowej jest sztywna, zaś popyt na nią wzrasta, dochodzi do silnego, niekorzystnego dla nabywcy wzrostu ceny usługi. Jeśli zaś obydwie strony – popyt i podaż – są elastyczne, kształtuje się obopólnie korzystna równowaga).
Nie może zatem zaskakiwać fakt, że skutki akcesji okazały się takie, jak to przedstawia grupa wybitnych ekonomistów europejskich, krytykująca restrykcyjne ramy unijnej polityki makroekonomicznej: „Sytuacja jest pogarszana przez jeszcze dwa skandaliczne działania dyskryminacyjne wobec nowych członków.
Pierwszym była decyzja 'starych’ członków UE, że 'nowi’ na początku swojego członkostwa mają otrzymywać jedynie 25 proc. przysługujących im jako pełnym członkom dopłat rolniczych, które wzrastałyby stopniowo, by po dziesięciu latach osiągnąć 100 procent. Jednocześnie wymaga się od nowych członków, by w pełni płacili składki od pierwszego dnia swojego członkostwa.
Po drugie, nowi członkowie muszą, jeśli chcą wstąpić do Europejskiej Unii Walutowej (EUW), spełnić kryteria zbieżności z traktatu z Maastricht, choć większość (siedmiu z dwunastu) obecnych członków EUW w międzyczasie przestało spełniać te kryteria. Jest to czysty absurd – będzie on jednak powodować dla nowych członków dotkliwe i szkodliwe skutki” (European Economists for an Alternative Economic Policy in Europe – Grupa Euromemorandum, 2003). Nie ma tutaj miejsca na głosy polemiczne czy usprawiedliwienia.
Akcesja stworzyła bardzo niebezpieczny precedens. Polegał on przede wszystkim na zawieszeniu w stosunku do Polski (i niektórych pozostałych nowych członków UE) generalnych zasad współpracy unijnej. To jednak nie spowodowało należytej reakcji: krytyki „procesu przystosowawczego” jako błędnej, szkodliwej i precedensowej praktyki organizowania stosunków z nowymi członkami Unii. Nic podobnego nie nastąpiło, co sprowokowało biurokrację unijną do dalszego „zawieszenia” wspomnianych zasad. Wskutek tego doszło do rozszerzenia zawartych w umowie stowarzyszeniowej posunięć dyskryminacyjnych, dokonywanych już w klimacie słabo ukrywanej samowoli i arogancji. Żadna z okazji skłonienia krajów i instytucji unijnych do odwrotu (do przestrzegania generalnych zasad współpracy) nie została wykorzystana. Ale bez odpowiedniego dystansu, bez własnych zasad uczestnictwa w integracji europejskiej było to praktycznie niemożliwe. Doszło więc do sytuacji utrwalenia praktyki dyskryminacyjnej, czego wyrazem było m.in. forsowanie koncepcji „dwóch prędkości” i gra funduszami.
Można za to winić Niemcy, inne kraje, biurokrację brukselską, trybunały europejskie, ale tylko pod dwoma zasadniczymi warunkami: po pierwsze, jeśli kraje i ciała unijne są postrzegane przez krajowe władze w sposób realistyczny, a nie idealizowane. Po drugie, jeśli władze nie zaniechały niczego, aby wyegzekwować przysługujące Polsce należności. Tego się właśnie nie nauczyliśmy.
Co czeka Polskę?
Pytanie: „Co czeka Polskę?”, jest wieloznaczne. Aby się nie pogubić, zostanie ono sprecyzowane jako pytanie o koncepcję rozwoju integrującej się Europy.
Jaka jest koncepcja rozwoju społecznego, gospodarczego i kulturalnego krajów Unii Europejskiej i czego Polska może się po realizacji tej koncepcji spodziewać?
Kilka problemów sprawia, że trudno jest w krótkich zdaniach odpowiedzieć na to pytanie. Koncepcja zmienia się pod naciskiem sytuacji ujmowanej w skali globalnej, a niektóre jej elementy wydają się mało realistyczne. Ale nawet biorąc pod uwagę podobne trudności, na drugą część pytania odpowiedź nasuwa się sama: Polska może spodziewać się dalszej marginalizacji (oczywiście tylko pod warunkiem, że rząd nie będzie temu skutecznie przeciwdziałać). Jest to niestety bardzo prawdopodobne.
Odpowiedź na pytanie: „Co czeka Polskę?”, wymaga przede wszystkim osiągnięcia jasności w sprawie mechanizmów kształtujących działalność instytucji unijnych. Koncepcje rozwoju nie powstają w głowie nieznanego geniusza, lecz są produktem ścierania się różnych idei i interesów. Z tego punktu widzenia wypada odnotować dwa splątane ze sobą stanowiska.
Jedno z nich jest wyprowadzane z idei przyświecających integracji europejskiej, trochę równoważonych „realizmem” trudności przełamania rozlicznych barier i oporów.
Drugie stanowisko odwołuje się do brutalnej gry interesów ekonomicznych, cywilizowanej przez środki prawne i zakulisowe negocjacje. Jest rzeczą charakterystyczną, że te bardzo uproszczone stanowiska są podchwytywane, zależnie od okoliczności, jako uzasadnienia rządowych decyzji (chociaż nie tylko rządowych).
Jednym z najbardziej spektakularnych przykładów wykorzystania argumentacji wyprowadzanej z ogólnych idei integracji europejskiej na użytek władzy była zawartość listu ówczesnego prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego skierowanego do Polaków głosujących w referendum w sprawie akcesji. Jest to świetny przykład, gdyż obnaża propagandową funkcję takiej argumentacji i sposób wygaszania sprzeciwu.
Innym przykładem są liczne rządowe materiały programowe. Ograniczę się do jednego z nich, z którego udało się wyłowić charakterystyczne dwa zdania: „Szanse na sukces Polski radykalnie zwiększa członkostwo w Unii Europejskiej, które niesie ze sobą istotne korzyści gospodarcze, społeczne i polityczne, a także umożliwia finansowanie znacznej części wydatków rozwojowych ze środków budżetowych UE”. Jest jasne, że jeśli tak ważne dokumenty programowe rządu, jak „Strategia Rozwoju Kraju”, będą przedstawiać pobożne życzenia jako uzasadnienie atrakcyjności uczestnictwa we wspólnocie europejskiej, poważne analizy i opinie nie będą mile widziane. I jeszcze drugie zdanie: „…poszerzające się uczestnictwo Polski w politykach wspólnotowych i Wspólnym Rynku otwiera przed naszą gospodarką nowe, szerokie perspektywy. To niepowtarzalna szansa na wszechstronny rozwój dla naszego kraju, jakiej nie możemy zmarnować” („Strategia rozwoju kraju na lata 2007-2013”, Ministerstwo Rozwoju Regionalnego).
Z drugiej strony, mniej więcej w tym samym czasie pojawiają się oficjalne wypowiedzi rządowe odbiegające od optymistycznych zapowiedzi na przyszłość, a nawet propagujące kapitulanctwo. Jako reprezentatywną wybrałem wypowiedź ówczesnego rzecznika MSZ Roberta Szaniawskiego („Nasz Dziennik” z 15-16 września 2007 r.): „W UE są równi i równiejsi, najważniejsza jest tutaj siła ekonomiczna państw. Są państwa, które są odbiorcami pomocy unijnej, i są takie, które de facto w największym stopniu stanowią o budżecie UE, i te ostatnie – siłą rzeczy – narzucają ton. Natomiast mając tego świadomość, celem Polski jest to, by mimo wszystko być podmiotem, a nie przedmiotem w UE”.
Pomijam to, że jest to wypowiedź wysoce lekkomyślna. Na uwagę zasługuje przede wszystkim fakt, iż odwołując się do wspomnianej wcześniej gry interesów ekonomicznych, racjonalizuje ona porażkę polskiej dyplomacji. Unia Europejska jest prezentowana jako gra dopuszczająca dyskryminację jednych krajów przez drugie, a Polska musi „siłą rzeczy” przegrywać. Cytowana wypowiedź zapewne nie miałaby miejsca, gdyby wypracowano konstruktywne stanowisko MSZ wobec otoczenia zewnętrznego Polski, w tym wobec Unii Europejskiej.
Głosząc skrajnie minimalistyczny pogląd, że „celem Polski jest to, by mimo wszystko być podmiotem”, popełnia się dwa niewybaczalne w stosunkach dyplomatycznych, kardynalne błędy.
Po pierwsze, sprowadza się „cel polski” w relacjach z UE do powiewania białą flagą. Troska o to, by nie stać się przedmiotem, jest absurdalna, gdyż żaden kraj, a zwłaszcza Polska, w żadnych warunkach nie będzie przedmiotem w stosunkach międzynarodowych (choć niektórzy mogą tego pragnąć). Pragnienie uprzedmiotowienia jakiegokolwiek kraju zawsze jest przejawem niepohamowanego ekspansjonizmu i chyba aberracji politycznej.
Po drugie, w świetle dotychczasowych „efektów negocjacyjnych” przystąpienia Polski do wspólnoty europejskiej, a szczególnie braku przejrzystości negocjacji w sprawach traktatu konstytucyjnego UE, takie poglądy skłaniają do zastanowienia, czy nie jest to kontynuacja wcześniejszego, szkodliwego serwilizmu. Czym jest serwilizm polityczny? Jest kapitulacją powodowaną poczuciem bezsilności oraz obawami przed silniejszym partnerem.
Czasem taka kapitulacja jest konsekwencją nieudolności w układaniu stosunków z partnerami. Jest ona, co warto w tym miejscu mocno podkreślić, działaniem przekreślającym zasadę solidarności, wymienianiem jej na zasadę bezwzględnej uległości. Tego nikt rozsądny w Unii Europejskiej żądać nie może. Byłoby to żenujące.
Kilka powyższych uwag prowadzi do wniosku, iż krytycyzm winien być normą w ocenie Unii Europejskiej, ale przede wszystkim nie wolno zgubić z pola widzenia głównych czynników sprzyjających takiej ewolucji wspólnoty europejskiej, która uwzględniałaby rosnące natężenie rywalizacji w skali globalnej oraz zarodki sytuacji kryzysowej. Nie są to jedyne okoliczności, które przemawiają za umocnieniem struktur Unii Europejskiej. Jednak odejście od zasady solidarności i nadużywanie prawa europejskiego dla interesów partykularnych (krajowych i biznesowo-korporacyjnych) osłabia, a nie umacnia te struktury. Słaba Unia nie leży w interesie Polski, ale również nie leży w interesie Polski marginalizacja.
Musi być jasne, że bez kategorii interesu Polski żadnej polityki polskiej być nie może, podobnie nie może być harmonizacji tego interesu z interesami innych krajów UE. Odrzucenie tej kategorii (jako przejawu nacjonalizmu, jako „niezrozumiałej”, jako przestarzałej itp.) jest, moim zdaniem, głównym powodem bezsilności i braku rozsądku w stosunkach z krajami unijnymi.
Brak przejrzystości
Następne pytanie dotyczy sposobu podejmowania przez Polskę zobowiązań międzynarodowych, z których te wynikające z kolejnych umów z UE są najdalej idące. Warto dodać, że większość tych zobowiązań ma charakter wzajemny (wspólnotowy), toteż dochodzi do tego kwestia ich przestrzegania.
Jak te zobowiązania powinny być podejmowane, wykonywane przez Polskę oraz egzekwowane od pozostałych partnerów unijnych?
Przede wszystkim konieczne jest uwzględnienie pewnego warunku, bez którego spełnienia wszelkie rozważania na ten temat stają się bezsensowne. Jeżeli praktyka zaciągania zobowiązań międzynarodowych pod różnymi pretekstami jest niejasna, nie można oczekiwać niczego dobrego.
Gdy przyglądamy się unijnej praktyce podejmowania decyzji, rzuca się w oczy fakt, iż w znacznym stopniu opiera się ona obecnie na zakulisowych uzgodnieniach, nieformalnych sojuszach i niejawnych powiązaniach. Zasada przejrzystości, która stanowi podstawę działania w sferze publicznej, została odstawiona do kąta. Jakie ma to konsekwencje? Przede wszystkim powoduje instrumentalizację prawa europejskiego, czyli przekształcania prawa w narzędzie realizacji partykularnych interesów; krajowych i wielkich korporacji. Dla każdego chyba jest jasne, że proces instrumentalizacji prawa europejskiego jest szczególnie niekorzystny dla Polski, ale także niekorzystny dla całej Unii. Forsowanie „drugiej prędkości” jest ewidentnym przykładem takiej instrumentalizacji. Mamy za mało w strukturach europejskich urzędników, wpływów i środków, aby wchodzić w podobne rozgrywki. Nie o to jednak głównie chodzi. Proces instrumentalizacji prawa podważa trwałość wzajemnych zobowiązań i wiarygodność instytucji unijnych. Proces ten, dziś obejmujący praktycznie wszystkie aspekty funkcjonowania prawa (od legislacji po orzecznictwo) stanowi tkankę nowotworową wspólnoty europejskiej. Wymaga stanowczego przeciwdziałania, a nie ubiegania się o zaproszenie do konsultacji.
Paradoks polega jednak na tym, że przeciwdziałanie ze strony rządu reprezentującego Polskę musi nieuchronnie natknąć się na ironiczną replikę: przygania kocioł garnkowi. Bo właśnie w Polsce praktyka nieprzejrzystości funkcjonowania władz państwowych została doprowadzona do perfekcji. Chodzi tu o tradycję „centralizmu demokratycznego” rządów komunistycznych, łącznie z porozumieniami w Magdalence. Z ukrywania przed społeczeństwem rzeczywistych działań władz powstał potężny mur osłaniający ich samowolę. Chodzi tu również o ostrzeżenia przed podważaniem autorytetu władz, odwoływanie się do prawa prywatności, osłanianie tajemnicą handlową (zrozumiałe w sektorze prywatnym, ale nie w sektorze publicznym), powoływanie się na interes państwowy (w innych sytuacjach „niezrozumiały”) i oczywiście na bezpieczeństwo narodowe. Poza tym ostatnim argumentem (także nadużywanym) jest wiele pospolitych wybiegów umożliwiających unikanie kontroli publicznej. A to oznacza po prostu wysoki poziom nieodpowiedzialności (personalnej i organizacyjnej). Czyli trzeba zacząć od siebie.
Zmagania z traktatem reformującym
Szczególnie ważne jest spostrzeżenie, że treść traktatu reformującego Unię Europejską została ustalona w niejasnych, zakulisowych „dyskusjach”, co było przedmiotem ostrej krytyki prototypu tego traktatu, czyli odrzuconego wcześniej projektu konstytucji europejskiej. Chodzi więc dokładnie o poruszany wcześniej brak przejrzystości i jego negatywne konsekwencje. Sprawę można byłoby sprowadzić do obaw, że jest to tylko „łowienie ryb w mętnej wodzie”, ale nie takie obawy są najważniejsze. Ważniejszy jest fakt, że dzięki przyjęciu generalnej zasady powoływania się w wielu dokumentach programowych i orzeczeniach sądowych na dotychczasowy dorobek unijny owo „łowienie ryb” przestaje być ułomnością, a staje się standardem. Otóż do tego dorobku już dzisiaj zalicza się wieloletnią praktykę „wstępnych negocjacji” prowadzonych za plecami zainteresowanych stron, zawieranie nieformalnych sojuszy przeciw niektórym członkom wspólnoty, przemycanie do oficjalnych ustaleń nowych wątków itp. Na pozór te jaskrawe przejawy braku przejrzystości wyglądają niewinnie, ale wyczuwa się w nich skłonności mafijne. Dlatego uważam, że jest to najsilniejszy czynnik destrukcyjny, który może w ciągu kilku lat rozwalić cały układ współpracy europejskiej.
Najbardziej zaskakujące jest to, że Niemcy i Francja, tradycyjnie „etatystycznie” przywiązane do respektowania porządku prawnego, w tym przypadku stały się raczej promotorami osłabiania tego porządku aniżeli jego strażnikami. Traci aktualność uwaga Ludwiga von Misesa, że kiedy Niemiec wypowiada „der Staat”, napełnia go bogobojna trwoga. Widać, jak Unia Europejska oddala się od idei „państwa prawnego”.
W sytuacji dalszego ograniczania suwerenności państwowej krajów UE, którą wprowadza traktat reformujący, nie tyle same zapisy traktatowe, lecz omawiana tendencja, zawierająca elementy mafijności czy – mówiąc ostrożniej – samowoli i despotyzmu, jest najgorsza. A przy tym wyjątkowo niekorzystna dla Polski. Łatwo zauważyć, że większość naszych obaw i uwag krytycznych koncentruje się właśnie wokół tej tendencji lub jej poszczególnych przejawów. Nie są one, co należy koniecznie zaznaczyć, wyrazem postawy antyeuropejskiej, a tym bardziej – nacjonalistycznej, lecz postawy przeciwstawiającej się groźnym deformacjom i nadużyciom.
Możemy zatem stanowczo twierdzić, patrząc na perspektywy Europy, znajdującej się w trudnym momencie historycznym (co raczej nie podlega dyskusji), że wspomniana tendencja stanowi efekt niedostatecznej odpowiedzialności gremiów określających politykę europejską, niezdolnych do uwolnienia się od interesów partykularnych, które już zagrażają rozsadzeniem Unii. W dużym stopniu jest to maskowane przez liberalizm, który do kwestii odpowiedzialności odnosi się niechętnie. Ten aspekt złożonego zagadnienia wymaga jednakże odrębnego omówienia.
Także u nas zauważamy wiele symptomów wskazujących na uznanie i wspieranie tej tendencji. Tym razem jest to efekt nikłego poczucia odpowiedzialności polskich rządów i jego agend (również zazwyczaj maskowanej liberalizmem). Rząd Prawa i Sprawiedliwości prawdopodobnie chciał wydostać się z tej pułapki. Ale się nie udało.
Żniwo podwójnej nieodpowiedzialności (Brukseli i Warszawy) za rozwój Europy i Polski zdaje się osiągać punkt krytyczny. Na Brukseli ciąży wielka odpowiedzialność za sprawy europejskie. Na Warszawie ciąży wielka współodpowiedzialność za te sprawy i sprawy Polski. Niestety, traktat reformujący UE nie wprowadza zmian, które sprzyjałyby egzekwowaniu tej odpowiedzialności.
Wraca „sprawa polska”
Wszelkie przewidywania wymagają ostrożności. Nie jestem więc skłonny do snucia daleko idących przewidywań, lecz wolę wskazywać na czynniki, które już są widoczne i prawdopodobnie będą się nasilały.
Wśród tych czynników rzuca się w oczy zwłaszcza jeden: wysoka wrażliwość Polaków na dyrektywy i decyzje unijne uznawane za amoralne i krzywdzące. Są one odbieranie nie tyle jako niedoskonałości systemu, lecz jako niedopuszczalne bezprawie (zwłaszcza w sytuacji, kiedy pada podejrzenie o stronniczość). Nie ma tutaj możliwości wyjaśnienia tej szczególnej wrażliwości, mającej wyraźne uwarunkowanie historyczne i kulturowe. A trzeba dodać, że w naszej tradycji politycznej zakorzenione jest stanowisko, iż naruszenie lub łamanie porozumień, a nawet zwykłe polityczne oszustwa lub wybiegi upoważniają do uznania tych porozumień za nieważne. Tak było w oczach wybitnych Polaków z traktatem wiedeńskim. Także dzisiaj w Polsce podobne reakcje są bezsprzecznie aktualne i powszechne.
Można zatem z dużą dozą pewności przewidywać, że przy kontynuacji instrumentalnego traktowania prawa europejskiego wzmocnienie prerogatyw unijnych nie będzie w Polsce dobrze przyjmowane. Najprawdopodobniej doprowadzi ono do upowszechnienia przekonania, że system europejski jest bezprawny, a zatem jego wspieranie jest sprzeczne z poczuciem sprawiedliwości i interesem narodowym. Za takim przekonaniem zazwyczaj idzie czynny sprzeciw społeczny.
W relacjach polsko-unijnych problemy Unii Europejskiej są wbrew pozorom większe aniżeli problemy Polski. Czas, aby politycy i urzędnicy w Brukseli zaczęli zdawać sobie z tego sprawę.
Do uzdrowienia tych relacji rząd i parlamentariusze polscy powinni się lepiej przyłożyć. Jeśli będą nadal odgrywać rolę idoli kultury masowej, zamiast przyjąć odpowiedzialną rolę przywództwa politycznego, szybko wpadną w niezłą kabałę.
prof. Artur Śliwiński
