Trzymać krótko partyjne cugle…
Na sobotnim kongresie Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński uzyskał 86-procentowe poparcie. Zaufanie, jakim został obdarzony dotychczasowy prezes PiS, oznacza pełne poparcie dla reprezentowanej dotąd linii politycznej i programu partii. Jarosław Kaczyński uzyskał legitymizację do dalszego przywództwa w PiS i pokazał, kto tak naprawdę w tej partii rządzi.
Minęło już kilka dni od sobotniego kongresu PiS, dlatego też można się pokusić o dokonanie podsumowania jego skutków oraz podywagować na temat przyszłości tej partii.
Zwołanie kongresu było dobrym posunięciem prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, gdyż pozwoliło niejako „na jednym ogniu upiec kilka pieczeni naraz”. Jest to istotne w kontekście przedkongresowego zamieszania związanego ze sprawą trzech dotychczasowych wiceprezesów: Ludwika Dorna, Kazimierza Ujazdowskiego i Pawła Zalewskiego, którzy w listopadzie br. zostali zawieszeni za publiczną krytykę partii na łamach mediów. Taka sytuacja była niewygodna dla PiS, zwłaszcza po przegranych niedawno wyborach parlamentarnych, gdyż odkrywała pęknięcia w monolitycznej dotychczas strukturze, które – jak nawet sugerowała część analityków – mogłyby doprowadzić do rozpadu. Dziś już widać, w jak dużym stopniu było to „myślenie życzeniowe”.
Najważniejszym punktem kongresu było bez wątpienia głosowanie nad wotum zaufania dla prezesa partii Jarosława Kaczyńskiego. 86 proc. głosujących było „za”. Wynik ten jest na tyle wyraźny, iż potwierdza jego dotychczasowe przywództwo. Zaufanie, jakim został obdarzony, oznacza jednocześnie pełne poparcie dla reprezentowanej dotąd linii politycznej i programu partii. Pociąga to za sobą określone skutki polityczne.
Po pierwsze, Jarosław Kaczyński uzyskał legitymizację do dalszego przywództwa w partii, co było konieczne po przegranych przez partię wyborach parlamentarnych i przejściu z ław rządowych do opozycji.
Po drugie, dzięki temu zwycięstwu wzmocnił swoją pozycję w zapowiedzianych rozmowach z trzema byłymi wiceprezesami – pokazując, kto tak naprawdę rządzi w partii. Przypomnijmy, iż wspomniani wzywali delegatów kongresu do wstrzymania się od głosu za udzieleniem wotum poparcia. Wynik jednoznacznie pokazał, na jak niewielką część sympatyków mogą liczyć. To z pewnością daje trzem politykom dużo do myślenia. W obliczu bezspornego zaufania zdecydowanej większości delegatów w stosunku do prezesa muszą już sobie zdawać sprawę, że grozi im zupełna marginalizacja. Mają coraz mniej wariantów, aby pozostać liczącymi się aktorami na scenie politycznej.
Obecnie spośród nich w szczególnie trudnej sytuacji jest Ludwik Dorn. Należy bowiem pamiętać, iż do tej pory był on osobą bardzo silnie identyfikowaną z braćmi Kaczyńskimi – zresztą nieco uszczypliwie nazywano go w mediach „trzecim bliźniakiem”. Należał niewątpliwie do grona liderów PiS, gdyż piastował najbardziej prestiżowe stanowiska – jak choćby ministra spraw wewnętrznych i administracji oraz marszałka Sejmu. Co więcej, dzięki swojemu nieustępliwemu charakterowi dał się mocno we znaki konkurencyjnym partiom politycznym, a zwłaszcza Platformie Obywatelskiej. Taka postawa w aktualnej sytuacji politycznej obróciła się przeciwko niemu. O ile bowiem Paweł Zalewski i Kazimierz Ujazdowski, gdyby zechcieli, raczej bez żadnych problemów zostaliby przyjęci w szeregi PO, o tyle sprawa wejścia Ludwika Dorna do obecnie rządzącej partii wydaje się (z uwagi na wcześniejsze zachowanie) niemożliwa. Nie zostałby zaakceptowany przez lidera PO Donalda Tuska. Zresztą chyba sam Ludwik Dorn czuje, iż byłby to akt mało zrozumiały dla postronnego obserwatora sceny politycznej i – powiedzmy to sobie wprost – niezbyt honorowy.
Ważnym punktem kongresu było przemówienie Jarosława Kaczyńskiego. Chciałbym zwrócić uwagę na jeden wątek, w którym prezes PiS dokonał analizy przyczyn klęski wyborczej oraz wyznaczył drogę prowadzącą do odzyskania dawnej pozycji. Diagnoza była trafna: aby wygrać kolejne wybory, należy powalczyć o wyborców dużych miast, którzy masowo głosowali na Platformę Obywatelską, przyczyniając się do jej zwycięstwa. Wśród politologów do niedawna popularne było twierdzenie mówiące, iż w Polsce nie można wygrać wyborów bez poparcia wsi i małych miejscowości. Tej jesieni nie sprawdziło się. W ostatnich wyborach elektorat wiejski sprzyjający bardziej PiS, owszem, głosował, ale nie zachwycił frekwencją. Przy intensywnej mobilizacji wszystkich grup społecznych w kolejnych kampaniach taka tendencja może się utrzymać. Na to należy więc odpowiednio zareagować.
Na kongresie potwierdzona została rzecz najważniejsza – zwartość partii. Ruchy odśrodkowe w dużej mierze udało się zastopować. Są oczywiście możliwe odejścia pojedynczych osób czy nawet niewielkich grup, ale nie będzie to miało charakteru rozłamu. Sprzyja temu paradoksalnie jedna rzecz – tak krytykowana przez wielu publicystów – a mianowicie żelazna dyscyplina lidera partii Jarosława Kaczyńskiego. Taki sposób prowadzenia partii wydaje się podyktowany odpowiednimi wnioskami z doświadczeń polskiej prawicy na scenie politycznej lat 90. XX wieku i chęcią uniknięcia dawnych błędów, które rozsadzały i pogrążały w przeszłości ruch postsolidarnościowy. Szczególnie pamiętne są dwa wydarzenia, które dobrze unaoczniają potrzebę silnego przywódcy stojącego na czele partii, kierującego nią z pierwszego szeregu, trzymającego krótko partyjne cugle, ale i świadomego ciążącej na nim odpowiedzialności.
Pierwsze wydarzenie to tzw. wojna na górze, czyli konflikt, który wybuchł w 1990 roku w coraz bardziej podzielonym środowisku działaczy „Solidarności”. Początkowo objawił się podziałem z jednej strony na zwolenników Lecha Wałęsy, z drugiej na zwolenników Tadeusza Mazowieckiego, a w efekcie doprowadził do rozdrobnienia partyjnego prawicy i zwycięstwa postkomunistów w wyborach w 1993 roku. Brak było wówczas wyraźnego lidera, możliwego do zaakceptowania przez większość, ale na tyle przebiegłego, aby był w stanie sobie tę większość wywalczyć.
Drugim wydarzeniem dającym dużo do myślenia był upadek Akcji Wyborczej Solidarność. Ta koalicja ugrupowań prawicowych, po sukcesie wyborczym w 1997 roku, w ciągu jednej kadencji rozpadła się zupełnie – za przyczyną potężnych działań odśrodkowych poszczególnych elementów składowych, dość luźno ze sobą powiązanych, w dodatku z przewodniczącym (Marianem Krzaklewskim), który próbował kierować tym wszystkim z tylnego fotela.
Gwoli prawdy należy dodać, iż powyższe przykłady dla Jarosława Kaczyńskiego mogą wydawać się na tyle pouczające z tej przyczyny, że w obydwu wydarzeniach był on osobiście zaangażowany po którejś ze stron. Poniekąd może dzięki temu łatwiej mu wyciągać odpowiednie wnioski.
Na dzisiaj sytuacja polityczna wewnątrz PiS jest uporządkowana i klarowna. W najbliższym czasie rozpad partii nie grozi. Wydaje się, iż momentem kluczowym będzie dopiero 2010 rok. Wówczas odbędą się podwójne wybory – prezydenckie i samorządowe – i dopiero wtedy nadejdzie czas prawdziwej próby dla Jarosława Kaczyńskiego. Do tej daty jego przywództwo wydaje się niezagrożone. Nawet ewentualny niekorzystny dla PiS wynik czekających nas w 2009 roku wyborów do Parlamentu Europejskiego według mnie jeszcze nie będzie w stanie zaszkodzić pozycji prezesa. Wówczas mimo wszystko będzie on zdolny zmotywować członków ugrupowania do wielkiej rozgrywki w 2010 roku. Dopiero ewentualna przegrana Lecha Kaczyńskiego w walce o drugą kadencję prezydencką, połączona z równoczesną przegraną PiS w wyborach samorządowych, może skutkować poważnymi perturbacjami w partii.
dr Przemysław Wójtowicz
Autor jest wykładowcą WSKSiM w Toruniu.
