Albo dorsze, albo nic
Związek Rybaków Polskich organizuje dziś pikietę przed siedzibą Komisji Europejskiej w Brukseli. Dzień nie jest przypadkowy – zbierają się wtedy w siedzibie KE ministrowie odpowiedzialni w krajach członkowskich za rybołówstwo. Nasi rybacy liczą, że europejscy urzędnicy zaczną w końcu realizować postulaty, jakie od dawna podnoszą. Chodzi przede wszystkim o powołanie niezależnej komisji, która oszacuje zasoby dorszy w Bałtyku i jednocześnie sprawdzi faktyczne wielkości połowów tych ryb przez poszczególne kraje. Obecny system jest dla nas krzywdzący.
Wojna dorszowa, bo nawet tak nazywa się spór między Polską a Komisją Europejską, wybuchła na dobre po 15 września, gdy wszedł w życie całkowity zakaz połowów tej ryby we wschodnim Bałtyku. Zakaz powinien zacząć obowiązywać o wiele tygodni później, ale Bruksela go przyspieszyła, zarzucając polskim kutrom przekroczenie rocznego limitu połowów, który określono na poziomie prawie 11 tys. ton. Twierdzono nawet, że złowiliśmy 3-4 razy więcej ryb. Nie pomogły kontrargumenty naszego Ministerstwa Gospodarki Morskiej, że wyliczenia KE są nieprecyzyjne, znacznie zawyżone. Część jednostek nawet złamała zakaz, ale rybacy postanowili jednak w końcu go respektować, aby nie wywoływać większej awantury z Brukselą. Jednak ówczesny minister gospodarki morskiej Marek Gróbarczyk zażądał od Komisji Europejskiej, aby powołana została niezależna komisja, która nie tylko określi precyzyjnie wielkość połowów, ale także oszacuje zasoby dorszy w Bałtyku. Bo Bruksela twierdzi, że jest ich dramatycznie mało, natomiast wielu polskich naukowców i sami rybacy są odmiennego zdania.
Ile jest dorszy?
Tak naprawdę nie ma precyzyjnych danych, które by jasno rozstrzygały kwestię wielkości populacji dorszy w Bałtyku. Trudno jednak nie zgodzić się ze stwierdzeniami, że KE zbyt pochopnie podchodzi do sprawy, ulegając presji „ekologicznej poprawności politycznej”. Jesteśmy bowiem zewsząd straszeni, że m.in. Polska przyczynia się do wytrzebienia dorszy i jeśli nic nie zaczniemy robić, to za jakiś czas ryby te znikną z Bałtyku, tak jak stało się to na Atlantyku u wybrzeży Kanady, gdzie rabunkowe połowy zniszczyły dorsze. Jednak unijni urzędnicy są głusi na jeden podstawowy argument: polska flota rybacka nie jest w stanie doprowadzić do wytrzebienia tych ryb. Dlaczego? Otóż nasze jednostki to przede wszystkim niewielkie łodzie, do 20 m, o niedużej ładowności i tym samym o niewielkich możliwościach łowienia. Problemem na Bałtyku są tak naprawdę duże statki, np. duńskie, które nie łowią ryb w celach konsumpcyjnych, ale na pasze. Ryby w ten sposób poławiane są przeznaczane na mączkę dodawaną do pasz. Ponieważ KE zakazała używania mączki kostnej i mięsnej jako składników pasz (zagrożenie BSE, czyli choroba szalonych krów), więc zachodni farmerzy kupują tysiącami ton pasze, których składnikiem jest właśnie mączka rybna będąca znakomitym źródłem białka dla zwierząt hodowlanych. Największe zakłady mączki znajdują się zaś nie w Polsce, ale choćby w Danii. Skoro wytwórnie pasz chcą tej mączki coraz więcej, to wzrosło także zapotrzebowanie na ryby.
Problem polega jednak na tym, że połowy paszowe prowadzą wielkie statki mogące za jednym razem wyłowić nawet 100 ton ryb. Nikt ich nie segreguje, wszystko, co wpadnie w sieci: śledzie, szproty, flądry, a także dorsze, obojętnie jakich rozmiarów, są przerabiane wstępnie od razu na statkach. Ich sieci ściągają wszystko, co jest na drodze. Natomiast polski rybak wypływa tylko na wody przybrzeżne, na swoim kutrze segreguje ryby, ma ich zresztą niewiele, i małe sztuki trafiają z powrotem do morza. Tymczasem wygląda na to, że Komisja Europejska w ogóle nie zajmuje się połowami paszowymi, jakby były one całkowicie pod kontrolą. Jeśli więc dorszom coś zagraża, to na pewno nie ze strony naszych kutrów. Zresztą przykład Kanady jest znamienny. Na tamtych łowiskach operowało wiele dużych trawlerów, które rzeczywiście mogą zrobić spustoszenie wśród ryb. Nieduży kuter takim zagrożeniem nie jest.
Polskie propozycje
Niewątpliwie zasługą byłego już ministra Gróbarczyka jest to, że sprawa dorszy stała się problemem europejskim, że Komisji Europejskiej nie udało się zamknąć tematu. Bo jest o co się bić. Prawda jest bowiem taka, że jeśli nasze kutry nie będą łowiły dorszy, to większość z nich będzie musiała w ogóle zlikwidować połowy i trafić na złom. Teoretycznie można bowiem łowić bez przeszkód śledzie, szproty czy flądry. Ale są to połowy o wiele mniej zyskowne, bo dorsze to jednak cenione ryby, a przez to i drogie. I tylko ich połów daje możliwość osiągnięcia godziwego zarobku. Nie tylko rybakom, ale także wędzarniom, zakładom przetwórczym, smażalniom ryb.
Aby jednak nie zaogniać sytuacji i nie wywoływać wrażenia, iż Polska potrafi tylko wywoływać konflikty, poprzedni rząd zaproponował podjęcie kilku istotnych działań w ramach Unii Europejskiej, aby rozwiązać problem dorszy w Bałtyku.
Po pierwsze, chodzi właśnie o powołanie komisji złożonej z niezależnych ekspertów, którzy obiektywnie określą wielkość populacji dorszy w Bałtyku. Będziemy wtedy wiedzieli, czy tej rybie rzeczywiście zagraża wyginięcie. Mieliśmy w tej sprawie poparcie innych unijnych krajów, ale komisja na razie nie zaczęła działać. Nie wiemy jeszcze, jakie będzie stanowisko nowego rządu. Ponadto konieczne jest rzetelne kontrolowanie połowów. Polacy mają wiele zastrzeżeń do dotychczasowych kontroli. Były one bardzo wyrywkowe, objęły niespełna 2 proc. wszystkich kutrów. I na tej nikłej podstawie Bruksela wprowadziła zakaz. Gdyby inspekcja była bardziej drobiazgowa, mogłaby określić rzeczywistą wielkość połowów. Poza tym płacimy za to, że polskie kutry nie oszukują w sprawozdaniach. Pilnuje tego skutecznie administracja morska, tymczasem jednostki z innych krajów już się nauczyły, jak prowadzić odpowiednią sprawozdawczość, żeby zaniżać połowy.
Potrzebna jest determinacja
Komisja szacująca zasoby dorszy jeszcze nie zaczęła działać. Tym bardziej więc konieczne jest, aby nowy rząd przypilnował tej sprawy na unijnym forum. Rybacy nie kryją jednak obaw, że teraz ich interesy będą mniej eksponowane. Premier Donald Tusk zdecydował bowiem o likwidacji Ministerstwa Gospodarki Morskiej, a jego zadania, tak jak było to przed 2006 rokiem, przejęło ministerstwo rolnictwa. Właściciele kutrów boją się, że ponieważ rybaków jest o wiele mniej niż rolników, nie są tak dużą grupą zawodową i społeczną, to ich interesy będą teraz mniej absorbować rząd. A taka sytuacja nie powinna mieć miejsca, bo jakiekolwiek zaniechania i zaniedbania mogą doprowadzić do kompletnej zagłady naszego rybołówstwa morskiego.
