Są pytania bez odpowiedzi
Z pielęgniarką Jolantą Słodownik rozmawia Maria Cholewińska
Na czym polega opieka hospicyjna?
– To jest dosyć trudne wyzwanie. Praca w hospicjum to nie tylko czynności pielęgnacyjne u pacjenta, ale także opieka nad całą rodziną. Trzeba znaleźć bardzo dobry kontakt przede wszystkim z rodzicami dziecka i z rodzeństwem, które jest zdrowe. Jeżeli dziecko jest mocno upośledzone i nie ma z nim kontaktu, to staramy się zapewnić mu przede wszystkim komfort funkcjonowania (odpowiednie ułożenie, sprzęt do pielęgnacji, łóżko, materac przeciwodleżynowy, ssak, koncentrator tlenu) oraz żeby było odpowiednio żywione (założenie gastrostomii, sondy, ustawienie odpowiedniej diety). Natomiast opieka głównie jest nad samą rodziną – zapewnienie rodzicom normalnego funkcjonowania w domu. Przecież po powrocie ze szpitala życie musi się jakoś toczyć. Także staramy się kontaktować rodziców z innymi rodzicami, żeby wiedzieli, jak sobie radzić z problemami w różnych sytuacjach. Staramy się rozmawiać z rodzeństwem, organizować im jakieś zajęcia. Natomiast jeżeli to jest pacjent z kontaktem – są to przede wszystkim pacjenci z chorobami nowotworowymi – to nasza opieka skupia się głównie na nim. Wówczas staramy się przede wszystkim wesprzeć go psychicznie, na przykład poprzez realizowanie jego marzeń. Mają ich dużo. Najczęściej jest to komputer, laptop, mp3, mp4 czy różnego rodzaju gry.
Czym hospicjum jest w Pani życiu?
– Można powiedzieć, że to jest tak jakby drugi mój dom, druga rodzina. Jednak trzeba się nauczyć funkcjonowania tutaj, ponieważ na początku człowiek jest tak pochłonięty pacjentami, że naprawdę trudno oddzielić życie prywatne od pracy. Ale trzeba to zrobić, dlatego że człowiek jest tylko człowiekiem i wzięcie dużej liczby spraw do załatwienia na swoje barki plus sprawy domu – nie da się tego pociągnąć. Ja funkcjonowałam tak, że dwadzieścia cztery godziny byłam dyspozycyjna, ale zaniedbywałam swoją rodzinę. Teraz w pracy jestem osiem do dziesięciu godzin (jeżeli mam dyżur w weekendy, to całe dwadzieścia cztery godziny) i wtedy „przełączam się” na funkcjonowanie tylko w hospicjum. Natomiast w momencie, gdy wychodzę z pracy, przestawiam się na myślenie o swojej rodzinie. Wracając do domu, już w połowie drogi zaczynam myśleć, co dzisiaj będę robiła na obiad.
Jak reagują rodzice, kiedy ich dziecko odchodzi?
– Bardzo różnie. Pamiętam szczególnie taką jedną sytuację. Nie znałam tej dziewczynki, umierała bodajże na nowotwór. Był starszy brat, dziewięcioletni, mama i tata. Pojechałam do nich o godzinie 18.00 na dyżurze, ponieważ dziewczynka umierała. I ci rodzice do końca, z tym starszym synem, byli z nią. Gdy umierała, śpiewali jej piosenki, które lubiła. Do końca, przy śmierci. Dla mnie to było niesamowite doświadczenie. To było dla mnie szokujące, ponieważ nie dali mi do tej małej podejść. Powiedzieli, że dziewczynka nie lubi obcych ludzi, chcieli tylko, żebym doradziła, jakie leki mogą podać. I żebym była w pobliżu. Czekałam więc w drugim pomieszczeniu, a oni cały czas się z nią żegnali. Potem przystąpiliśmy do normalnych czynności, czyli toaleta, ubieranie dziecka, załatwianie formalności pogrzebowych. Nie było lamentu, płaczu, bo wszyscy byli do tego momentu przygotowani. Tak więc sytuacje, jeżeli chodzi o reakcje na śmierć, są naprawdę różne.
