Aby nie zgasło światło

Co sprawia, że pierwsze dwa dni listopada nazywamy świętami? Dlaczego z jednego krańca Polski w drugi mkną sznury samochodów, wioząc tych, których gna jedna myśl: ocalić pamięć, poczuć chłód kamienia, który znaczy miejsce spoczynku najbliższych, najdroższych, niezapomnianych? Skąd tyle zadumy, światła, ciszy? A może chodzi tu jeszcze o coś ważniejszego: dotykając przemijania – ocalić siebie? Spoglądając na tych, którzy są już w Domu Ojca, uwierzyć, że nie ma rzeczy niemożliwych.

Jest coś, co bezwzględnie wyróżnia Kościół spośród organizacji, instytucji, struktur czczących pamięć swoich bohaterów. To prawda o „świętych obcowaniu”. Przypomina ona bowiem, że jesteśmy jedną, wielką rodziną, że śmierć nie przerywa więzi, ale je umacnia. Ci, którzy odeszli, nie rozpłynęli się w nicości, ale trwają. Ci, którzy przetrwali czas próby, pomagają tym, którzy jeszcze są w drodze.

Uroczystość Wszystkich Świętych, a także następujące po nim wspomnienie Wiernych Zmarłych, jak żadne inne dni przemawiają do nas znakami, ściśle określoną symboliką. W świecie ludzkiej kultury pojawiają się one zawsze wtedy, gdy dotykają niemożności wyrażenia w inny sposób tego, co ukryte w sercu, bezradności wobec przemijania. W tym zawieszeniu znak wskazuje drogę, dodaje otuchy, pomaga zachować właściwy kierunek. Stąd nie jest prawdą, że zbędne w listopadowe dni są znicze i kwiaty. Oczywiście ujmując rzecz dosłownie – nie potrzebują ich zmarli, one są potrzebne naszej pamięci. Czegóż może przydać nawet najdłużej palący się znicz temu, którego może już w ziemi nawet szczątków nie ma? Czy kwiaty, które najbliższy przymrozek zamieni w zwiędłą masę, mogą darować choć odrobinę życia tym, którzy stoją po jego drugiej stronie? Nie, nie mogą. Ale mogą poprowadzić zanurzoną w doczesności ludzką, rozbieganą myśl w inne rejony istnienia. Przebić się przez zasłonę „świecidełek” i banału w świat ducha, ożywić go, a przynajmniej zwrócić uwagę na jego istnienie.

Czasem rzeczy najprostsze najtrudniej zrozumieć. Bywa nieraz, gdy codziennie przechodzimy obok jakiegoś przedmiotu, mijamy jakiegoś człowieka, że oczy wydają się na uwięzi. Tak jak oczy uczniów, którzy wędrowali do Emaus i nie rozpoznali w Nieznajomym swojego Mistrza. Dlaczego? Ponieważ za bardzo byli zapatrzeni w siebie, w swój ból, porażkę. Wyzwoliła ich wspólna modlitwa, błogosławieństwo i łamanie chleba. To nic, że Jezus zniknął im z oczu – ważne, że przejrzeli. Tak często nie dostrzegamy w swojej obecności na cmentarzach znaków nadziei, koncentrujemy się na marginaliach, a nie na istocie rzeczy, gdyż za bardzo jesteśmy zapatrzeni w siebie, zanurzeni w swoim świecie, niezdolni do tego, by pokonać jego ciasne granice. Skoro uczniom otworzyły się oczy, gdy zaczęli się modlić, może warto pójść ich śladami? Pojechać na cmentarz po to, aby się przede wszystkim modlić: uczestniczyć w Eucharystii, przyjąć Komunię Świętą w intencji zmarłych, zatroszczyć się o to, by ofiarować w ich intencji odpusty. Kościół w te dni (także przez całą oktawę uroczystości) otwiera swoje nieprzebrane skarbce. Trzeba tylko zechcieć z nich zaczerpnąć. Może też warto pomodlić się za siebie, o to, aby nie zabrakło wiary, także o to, by światło, które zapłonie na nagrobnej płycie – a może jeszcze ważniejsze: to w sercu – nie zgasło zbyt szybko.

Marcin Jasiński

drukuj