Uśpieni w Piśmie
„Gdy się modlicie, mówcie” – tymi słowami Jezus wprowadził uczniów do modlitwy „Ojcze nasz”. Dlaczego tak bardzo wyraźnie rozgraniczył czynność mówienia i modlitwy? Jakie zagrożenia dostrzegł? Kiedy mówienie do Boga jest modlitwą, a kiedy staje się jedynie pielęgnowaniem swojego przerośniętego „ego” i z modlitwą nie ma nic wspólnego? Odpowiedź daje dziś Jezus w przypowieści o faryzeuszu i celniku.
Przypowieść to nie tylko przypomnienie prawdy o Bożym Miłosierdziu, które nie ma granic i ogarnia bez wyjątku każdego człowieka, jeśli ten tego pragnie. Nie tylko wyakcentowania dysonansu, jaki pojawia się pomiędzy modlitwą zakochanego w swojej fałszywej, ślepej sprawiedliwości faryzeusza i pokornej prośbie o zmiłowanie celnika, który będąc na dnie, zrozumiał, że może go z niego wydobyć tylko Bóg. Że żadne ludzkie moce nie są w stanie uleczyć potrzaskanej duszy. To także przyczynek do refleksji, jak mają wyglądać słowa, co ma im towarzyszyć, aby mogły nosić zaszczytny tytuł modlitwy?
Nie ma modlitwy bez pokory. Jej właśnie zabrakło faryzeuszowi. To nic nowego dla nas. O pokorze przecież ciągle się mówi na ambonie, jest ona głęboko wpisana w przepowiadanie Kościoła, ale – jak się okazuje – nie w serca ludzkie. Niełatwo być pokornym. Bo też niełatwo stanąć w nagości prawdy o sobie, często tak pieczołowicie skrywanej i kamuflowanej przed drugą osobą; przyznać się do porażki. Są ludzie, którzy nie podejmą jakiegokolwiek działania, jeśli nie mają pewności, że wygrają. A tymczasem porażka, obnażenie poranionej duszy są często zbawienne, mają głęboki wymiar sanacyjny. Każą upatrywać źródła swojego zwyciężania nie w sobie, ale poza sobą. Wielkim nieporozumieniem, którego ciągle zdają się nie rozumieć zwolennicy różnego rodzaju „grubych kresek” i hurtowo udzielanych absolucji, jest domaganie się przebaczenia, kiedy nie było wyznania winy, gdy nie ma żalu za nie, a w ich miejscu stoi przekonanie, że czas zatrze ślady, zaś całun zapomnienia jest czymś, co się z przydziału należy każdemu człowiekowi. Chrystus pokazuje, że wcale tak nie jest. Przebaczył Piotrowi, ale Judasz, który w swojej pysze – choć zrozumiał swój błąd i sam wymierzył sobie sprawiedliwość – pozbawił siebie szansy na Chrystusowe odpuszczenie. Nie zostali „hurtem” kanonizowani obaj towarzysze śmierci na Golgocie, ale tylko ten, który poprosił o miłosierdzie. Potrzebny jest zatem pierwszy krok. Na obrazie wymalowanym z polecenia św. Faustyny Jezus idzie – zachęca do tego, by także zmierzać w Jego kierunku. Spotkanie odbywa się nawet nie w połowie drogi, bo najprawdopodobniej sił by zabrakło, ale w momencie, kiedy już wyruszasz na szlak…
Modlitwa nie znosi wielomówstwa. Celnik chciał zagadać Pana Boga i w tym się pogubił. Klasycznym przykładem zwięzłości i precyzji modlitwy jest wspominane już „Ojcze nasz”. W wielomówstwie łatwo popełnić błąd stawiania siebie w jej centrum, a przecież: „wie Ojciec nasz niebieski, co jest nam potrzebne wpierw, niż go o to poprosimy”. Ważniejsze niż słowa jest wewnętrzne pragnienie, wołanie serca. Ono jest samą modlitwą. Najbardziej przejmujące jest wołanie człowieka skrzywdzonego, podeptanego, upokorzonego. O każdy taki krzyk Bóg się kiedyś upomni…
Dążenie do sprawiedliwości to ważna rzecz. Człowiek nie jest jednak tworem gotowym – on ciągle się staje. Jego dojrzewanie do świętości przypomina falowanie, znaczone wzlotami i upadkami, grzechem i nawróceniem. Zapominali o tym faryzeusze. Zapominają o tym także chrześcijanie. Parafrazując biblijne określenie, można by użyć określenia „uśpieni w Piśmie” – to ludzie, którzy zatrzymali się w połowie drogi, w poczuciu własnej doskonałości i spełnienia. Przekonani, że daje im to prawo do sądzenia. To bardzo niebezpieczna pułapka. Strzeżmy się jej.
