Na tropach kryzysu

Ks. prof. Jerzy Bajda

Przedmiotem ostatnich wypowiedzi niektórych wysoko postawionych osobistości jest analiza aktualnego kryzysu o zasięgu światowym. Jest to kryzys rujnujący podstawy kultury, a bezpośrednio – płaszczyznę współżycia ludzkiego w skali ogólnoludzkiej.

Na 62. sesji ogólnej ONZ ks. abp Dominik Mamberti, watykański sekretarz do spraw stosunków z państwami, skierował mocny apel do Narodów Zjednoczonych w sprawie obrony godności człowieka (Zenit, 2 października 2007 r.). Stwierdził, że „poszanowanie dla ludzkiej godności (…) jest najgłębszą etyczną podstawą dla poszukiwania pokoju i budowania stosunków międzynarodowych w stopniu odpowiadającym oczekiwaniom i autentycznym potrzebom wszystkich narodów ziemi”. Wśród wielu zjawisk sprzecznych z tą ideą wskazał przede wszystkim na brak poszanowania prawa do życia i prawa do wolności religijnej. Zbliżamy się do 60-lecia ogłoszenia Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, a tymczasem „wiele narodów nigdy o tym nie słyszało, albo nigdy nie doświadczyło dobrodziejstwa tych zasad”. Wzywał więc arcybiskup, żeby ONZ uczyniła wszystko, aby „kultura śmierci” nie rozpowszechniała się w społeczeństwach.

W podobnym tonie przemawiał na tej samej 62. sesji ONZ inny przedstawiciel Watykanu, ks. abp Celestino Migliore, stały obserwator Stolicy Apostolskiej przy ONZ (9 października 2007 r.). Wzywał on do wszechstronnej ochrony życia ludzkiego „na każdym poziomie i w każdym zakątku świata”. Arcybiskup przytacza niepokojące cyfry świadczące o groźnym pochodzie śmierci poprzez naszą ziemię: na przykład miliony dzieci, które umierają z powodu przyczyn, którym można było zapobiec lub przeciwdziałać; duży procent matek, które umierają z powodu powikłań, którym można było zapobiec; prawie trzy miliony osób zmarłych w ostatnim roku z powodu okoliczności związanych z HIV/AIDS, a także fakt, że połowa świata nie dysponuje podstawowymi strukturami sanitarnymi. Masy ludzkie żyją poniżej elementarnego poziomu higieny, a tymczasem niewyobrażalnie wielkie sumy pieniędzy są wydawane rokrocznie na zbrojenia (trylion dolarów).


Przeciw eutanazji


Ogłoszenie 14 września odpowiedzi Kongregacji Nauki Wiary na pytania biskupów amerykańskich wywołało nową falę dyskusji na temat eutanazji, którą komentuje o. John Flynn (Zenit, 3 października 2007 r.). Przedmiotem wypowiedzi Kongregacji była powinność dożywiania chorego pozostającego w stanie tak zwanym wegetatywnym. Dokument wywołał charakterystyczne echo w postaci zarejestrowania w opinii publicznej szeregu faktów „przebudzenia się” osób, które uważano niekiedy za bezpowrotnie „uśpione”. Na tym tle tragiczniej przedstawia się fakt sprzed dwu lat – zagłodzenie Terri Schiavo na Florydzie. W Niemczech natomiast dyskutuje się nad dopuszczeniem do swobodnego użytku „maszyny do zabijania”, tj. urządzenia, które ma służyć potencjalnym samobójcom do sprawnego zadawania śmierci, bez trudu, za naciśnięciem guziczka… Mówi się znowu o tak zwanym sanatorium, noszącym nazwę „Dignitas”, w Szwajcarii, w którym „pomaga się” umrzeć ludziom, którym znudziło się życie. Od roku 1998 około 700 osób skorzystało z tego „dobrodziejstwa”, oczywiście za dużą opłatą. Ojciec Flynn przypomina wypowiedzi Benedykta XVI w Austrii, a także biskupów kanadyjskich broniących godności życia. Przeciwko eutanazji, względnie „wspomaganemu samobójstwu”, wystąpili także niepełnosprawni, o czym donosił „Los Angeles Times” 6 sierpnia. Boją się oni, że system opieki zainteresowany uzyskaniem oszczędności będzie skłonny podstępnie zastosować techniki eutanazyjne bez wiedzy zainteresowanych. W Wielkiej Brytanii prawo „czuje się” bezsilne wobec faktów skracania życia w rodzinach „z motywu miłości”; sędziowie nie wiedzą, czy to jest przestępstwo, czy dobry uczynek, o czym pisał „Independent” 1 maja br. Podobnie we Francji prawo łagodnie traktuje lekarzy, którzy „pomagają do śmierci” osobom nieuleczalnie chorym (1 rok w zawieszeniu). Ten klimat sprzyja zalegalizowaniu prawa o „samobójstwie wspomaganym”.

Kulturę, w której lekceważy się prawo do życia dzieci poczętych i ludzi starych, ks. kard. Jorge Mario Bergoglio (Buenos Aires) nazwał „kulturą odpadków” (cultura dello scarto, Zenit, 3 października 2007 r.). Kardynał napiętnował praktykę nakładania kary śmierci bez wyroku w postaci aborcji i zamaskowanej eutanazji. W Argentynie lekceważy się i źle traktuje ludzi starych; ta „kultura” ma także wpływ na stosunek do dzieci, którym odmawia się normalnego wyżywienia i wychowania, często zmusza do prostytucji i różnych form wykorzystania.


Przeciw ludobójstwu kobiet


Wspomniany wyżej o. John Flynn wystąpił energicznie przeciw „ludobójstwu kobiet” (Il silenzioso genocido femminile, Zenit, 26 września 2007 r.). Chodzi głównie o selektywne przerywanie ciąży, które pociąga za sobą miliony ofiar. Dzieje się to zwłaszcza w Indiach, gdzie zaczynają się już budzić obawy o kryzys demograficzny w wyniku wzrastającej nierównowagi ludnościowej z punktu widzenia płci. Według raportu UNICEF z grudnia 2006 r., w Indiach rodzi się znacznie mniej dziewcząt w stosunku do średniej światowej. Według Agencji Reutera, rząd Indii przypuszcza, że w ciągu ostatnich 20 lat zamordowano 10 milionów dziewczynek przed lub tuż po narodzeniu. Rozpowszechnia się też używanie technik diagnostycznych służących identyfikacji płci dzieci w łonach matek, co sprzyja praktykowaniu selektywnej aborcji. Niektóre firmy zarabiają na sprzedaży takich aparatów duże pieniądze (np. General Electric). Raporty policyjne donoszą o faktach porzucania lub zakopywania ciał nienarodzonych dzieci (dziewczynek) na polach lub w miejscach przeznaczonych na odpadki medyczne. Podobne problemy jak w Indiach obserwuje się także w Chinach. W niektórych rejonach na 8 chłopców rodzi się 5 dziewczynek. W grupie dzieci do czterech lat w mieście Lianyungang na 163,5 chłopców przypada 100 dziewczynek. W około 100 miastach Chin ten stosunek kształtuje się na poziomie 125 chłopców do 100 dziewczynek. Socjologowie obawiają się poważnych konfliktów społecznych z tego powodu. Tendencja do kontroli płci dzieci przed narodzeniem pojawia się także w innych krajach. W Wielkiej Brytanii opracowano łatwy i podobno bardzo skuteczny test sprawdzający płeć płodu już w szóstym tygodniu ciąży: wykorzystuje się tylko jedną kroplę krwi matki. Test daje – według specjalistów – 98 proc. pewności oceny.

To ludobójstwo w stosunku do rodzących się kobiet zdaje się niezauważone przez agencje ONZ. UNICEF wprawdzie zauważa problem, ale w raporcie na temat „Sytuacja dzieci w świecie 2007” ogranicza się do bardzo oszczędnych informacji. Na 160 stron rozdziału mówiącego o nierównowadze płci niemowląt przeznacza jedynie 102 słowa na temat zabijania dziewczynek przed narodzeniem lub tuż po. Minimalizuje także problem, twierdząc, że nie ma dowodu, iż badania diagnostyczne mają jakiś wpływ na ten proceder. Autor twierdzi jednak, że „śmierć milionów dzieci zaprzecza głośno tej mistyfikacji”.


W obronie godności kobiet


Nieco na innej płaszczyźnie w obronie dziewczynek i po prostu kobiet występuje dziennikarka Marsha West w artykule pt. „Skończyć z głupotą!” (Stop the Madness!, MichNews, 24 września 2007 r.). Autorka otwarcie, energicznie i z dużym znawstwem merytorycznej strony problemu występuje przeciw wszelkim, jakże rozpowszechnionym w USA, przejawom pornografii i seksualizacji mody, i całego stylu myślenia i postępowania. Autorka widzi jasno antropologiczny i etyczny wymiar problemu, dostrzegając wysoki stopień odpowiedzialności Kościoła za uleczenie tej patologicznej sytuacji. Autorka pisze: „Wiele młodych kobiet, które chodzą do kościoła, nie ma żadnego poczucia tego, co przystoi! Żadnego wstydu! Duszpasterze zdają sobie sprawę, że jest to duży problem. (…) Bóg ma w tym zakresie swój kodeks. Chrześcijanie nie mają być namiętni, mają być święci!”. Należałoby przytoczyć ten artykuł w całości; choć może nas nie trzeba przekonywać do głównej tezy leżącej u podstaw tych rozważań: współczesna kultura zagubiła wymiar etyczny ludzkiej cielesności, konkretnie – płciowości.


Czy Europa ma przyszłość


Dziennikarka Marsha West martwi się o los Ameryki, jeśli nie odbuduje etosu ciała. W Fatimie Rada Konferencji Episkopatów Europy wyraziła niepokój co do przyszłości Europy, jeśli ta nie obroni rodziny, albo raczej jeśli nie przestanie niszczyć duchowej substancji rodziny (Zenit, 9 października 2007 r., Senza la famiglia non c”e futuro per l”Europa). „Przewodniczący episkopatów europejskich podjęli debatę nad instytucją małżeństwa i rodziny w aspekcie prawnym, instytucjonalnym, społecznym i pastoralnym w krajach europejskich”. Niezależnie od teoretycznej afirmacji priorytetu rodziny zauważono, iż w praktyce mnożą się (narastają) zjawiska negatywne, oznaczające upadek małżeństwa i rodziny. W duchu myślenia socjologicznego stwierdzono „kryzys tradycyjnej formy rodziny”, natomiast w kulturze zauważono dominację indywidualizmu i sekularyzmu. Podkreślono z całą powagą, że „Europa straci swoją przyszłość, jeżeli utraci rodzinę”. Powiedziano także wiele ważnych rzeczy o znaczeniu ogólnoeuropejskim i ogólnoświatowym.

Osobiście interesuje mnie nadal temat rodziny. Odnoszę wrażenie, że rodzina była rozważana głównie jako zjawisko społeczne, jako „pierwsza i fundamentalna społeczność”, natomiast z relacji przedstawionej przez Zenit nie wynika jasno, czy w ramach debaty pastoralnej na temat rodziny dotknięto zagadnienia prawa moralnego, które określa sposób realizacji powołania małżeńskiego. Dokument relacjonowany przez Zenit podkreśla wprawdzie fakt, że są pewne dobrze rozwijające się grupy rodzin, co budzi optymizm co do przyszłości, jednak sam tego rodzaju fakt nie oddala wszelkich obaw. Istniał na przykład we Francji pewien wysoko postawiony ruch rodzin, który załamał się duchowo, kiedy ktoś im wytłumaczył, że zasady moralne wyłożone przez Pawła VI w encyklice „Humanae vitae” obowiązują tylko tych, którzy są subiektywnie o tym przekonani, natomiast nie obowiązują obiektywnie. Ruch był, natomiast zawiodła praktyka pastoralna, odpowiedzialna za straszliwy zamęt w sumieniach, wywołany przez relatywistyczne komentarze i subiektywistyczną interpretację sumienia, zaakceptowaną przez pewne episkopaty Europy. Byłby czas, aby ten błąd poprawić i zacząć z całą powagą nauczać autentycznie chrześcijańskiej nauki moralnej głoszonej zawsze przez Kościół (Magisterium Kościoła), szczególnie przez Pawła VI i Jana Pawła II. Jest to ta dziedzina moralności, od której zależy ocalenie tożsamości osoby ludzkiej oraz wspólnoty ludzkiej zbudowanej na zasadzie komunii (por. adhortacja „Familiaris consortio”). Dlatego czytając tego rodzaju relację, czuję pewien niedosyt i obawiam się, że jest to mnożenie dokumentów, z których nic nie wynika. Zwłaszcza że władze tak zwanej Europy są zdecydowane zrobić wszystko, aby z tych dokumentów nic nie wynikło.


W czym chrześcijanie są zgodni


Problem ocalenia przyszłości Europy może się okazać o tyle trudniejszy, że sami chrześcijanie nie tylko różnią się w przedmiocie rozumienia prawd wiary, ale nawet w zakresie podstawowych prawd rozumu. Zjawisko to zostało ostatnio zaakcentowane w wywiadzie przeprowadzonym ze Stefano Fontaną, dyrektorem Międzynarodowego Obserwatorium w dziedzinie Społecznej Nauki Kościoła (Zenit, 8 października 2007 r.). Dyrektor Fontana stwierdził, że ma wrażenie, iż „niektóre aktualne trudności ekumeniczne zależą bardziej od rozumu niż od wiary”. Na przykład na spotkaniu ekumenicznym w Sibiu (Rumunia) okazało się, że „przedstawiciele różnych wyznań nie zgodzili się na zdanie zaprojektowane w końcowym Przesłaniu, mówiące o tym, że prawo do życia przysługuje człowiekowi od poczęcia do naturalnej śmierci”. Przeciwko zamieszczeniu tego zdania podnoszono argumenty formalne, proceduralne itp., ale okazuje się, że „pod tymi motywami proceduralnymi leży zawsze problem istotny”. Fontana uważa, że źródłem tego problemu nie jest wiara, lecz „brak zaufania do poznawczej zdolności rozumu w przedmiocie prawdy o człowieku”. Stwierdził też, że ruch ekumeniczny wszedł na drogę dialogu na temat różnych kwestii takich jak sprawiedliwość, pokój, ochrona środowiska. Lecz na tej drodze nie można postąpić, nie opierając się o rozum zdolny rozpoznać dobro etyczne. Wielką przeszkodą w tym względzie jest negatywna fala relatywizmu. Dziwne jest – zauważa Fontana – że chrześcijanie są stosunkowo zgodni w sprawie oceny zmian klimatycznych, natomiast nie mogą się zgodzić w uznaniu prawa do życia. Przy tej okazji Fontana wypowiedział się na temat pewnego dokumentu opublikowanego w Australii 30 września przez Narodową Radę Kościołów Australii. Otóż dokument ten mówi o wyzwaniach globalizacji – i słusznie, rozważa problemy ubóstwa i niesprawiedliwości, zbrojeń, również nuklearnych, handlu międzynarodowego i terroryzmu. Mówi także o prawach człowieka, lecz nie kładzie żadnego nacisku na prawo do życia, choć wszyscy wiedzą, że to jest obecnie problem prawdziwie globalny. Dyrektor Fontana dodał, że pewne instytucje międzynarodowe promują kampanie dla wprowadzenia sterylizacji, uzależniają pomoc ekonomiczną od przyjęcia polityki redukcji urodzeń; popiera się aborcję jako element „zdrowia reprodukcyjnego”; bioinżynieria oferuje możliwość klonowania i tworzenia chimer, na co przeznacza się duże sumy zabierane z funduszu rozwoju; praktykuje się dzieciobójstwo i selekcję płci na wielu terenach świata; mnożą się przypadki eugeniki genetycznej. „Lecz na ten temat chrześcijanie w Australii nie mają wspólnego zdania. Natomiast w sprawie zmian klimatycznych, tak”. Jest to zdanie dające do myślenia.

Budzi się oczywiście na ten temat refleksja: jeżeli nie ma zgody na temat istotnych kwestii etycznych, to chyba dlatego, że zapanowała rozbieżność w pojmowaniu natury człowieka. A stąd wynikają bardzo poważne konsekwencje. Zagubienie jednoznacznej prawdy antropologicznej uniemożliwia podejmowanie jakichkolwiek działań międzyludzkich, także społecznych, które miałyby mieć znaczenie wewnętrznie-ludzkie (istotowo ludzkie). To jest powód, dla którego człowiek rozpoznaje w drugim człowieku kogoś „obcego”, a nie siebie jako „drugiego ja”. Ten błąd antropologiczny jest odpowiedzialny za kryzysy małżeńskie i rodzinne, kryzysy ekumeniczne, społeczne i polityczne. Uzupełniając postulat dyrektora Fontany, że konieczne jest zaufanie do poznawczych zdolności rozumu, można dodać, że to funkcjonowanie rozumu jest wtedy bezbłędne, kiedy dokonuje się w świetle wiary, w świetle Logosa, „w którym wszystko zostało stworzone”. Zresztą pod tym względem nie trzeba korygować Stefana Fontany: on sam naświetlił głęboko problem niesamowystarczalności ludzkiej natury, na wykładzie wygłoszonym w Madrycie 13 września z okazji XVI Kursu Społecznej Nauki Kościoła (Zenit, 15 września 2007 r. Wykład nosi tytuł „Odpowiedź chrześcijańskiej wiary na relatywizm zachodni”).


Najgłębsza warstwa kryzysu


Zagrożenie dla chrześcijaństwa pojawia się nie tylko ze strony relatywizmu czy sekularyzmu. Judie Brown wskazuje na jeszcze inne, głębsze źródło zła w artykule pt. „Diabeł wygrywa w Connecticut” (The devil wins In Connecticut, MichNews, 8 października 2007 r.). Judie Brown ubolewa nad faktem, że Katolicka Konferencja Stanu Connecticut, ulegając politycznej presji, zgodziła się na stosowanie pigułki „dzień po” przez ofiary gwałtu, o ile odpowiedni test wykaże, że kobieta nie jest w ciąży. Przewodnicząca American Life League stwierdza, że takie rozwiązanie polega na oszukańczej retoryce. Nie ma bowiem takiego testu, który bezbłędnie pokaże, czy taka kobieta jest w ciąży. Istnieje test, który pokazuje stan ciąży dopiero po implantacji. Przed implantacją żaden test nie wykazuje obecności ciąży i zażywanie w tym stanie pigułki „dzień po” może mieć tylko jeden skutek: nie dopuścić do ewentualnego zagnieżdżenia zapłodnionego jajeczka. Oznacza to skutek abortywny. Z punktu widzenia etyki jest niedopuszczalne stosowanie chemicznych środków zabijających embrion w początkowym stadium rozwoju, jeżeli jest nawet tylko małe prawdopodobieństwo, że mogło dojść do zapłodnienia. Jest czymś nie do pomyślenia, aby Katolicka Konferencja opowiadała się za praktyką sprzeczną z etyką życia. Autorka przytacza aktualnie wiążące wypowiedzi Kościoła na ten temat. Przywołuje także opinię ks. Toma Euteneuera, prezesa Human Life International: „Nigdy w historii ludzkości szatan nie oszukał tak wielu ludzi, stawiając przed nimi fałszywe bożki na miejsce Prawdziwego Boga. Nigdy jeszcze nie powiodło się szatanowi doprowadzić ludzi do porzucenia czci należnej Bogu oraz posłuszeństwa prawu moralnemu na tak masową skalę”. Tę opinię niewątpliwie należy brać pod uwagę w ocenie aktualnych kryzysów.

W tym kontekście wydaje się, że istotą najbardziej zwiedzioną i oszukaną jest znowu kobieta. Ten fakt oznacza nie tylko osobistą krzywdę dla niej samej, lecz dla całej ludzkości. Znana już nam Judie Brown w artykule z 13 marca 2007 r. zawarła głęboką refleksję nad faktem skrzywdzonego macierzyństwa. (Wrongful motherhood, MichNews 13 marca 2007 r.). Chodzi o 45-letnią Jennifer Raper, matkę dwuletniej córeczki, którą wcześniej zamierzała zgładzić przez aborcję. Obecnie sądzi aborcjonistów z Planned Parenthood za nieudany „zabieg” i za to, że nikt jej nie powiedział, że jej dziecko mimo wszystko, po tym wszystkim, żyło. (Historia jest, jak widzimy, podobna do tej, którą przeżywaliśmy w związku z procesem i wyrokiem pani Alicji T.).

Judie Brown snuje głębszą refleksję. Zastanawia się, dlaczego Jennifer Raper, „bohaterka” nieudanej aborcji i przypadkowego porodu, nigdy nie uświadomiła sobie tego faktu, że jest matką. Uważa, że okres 34 lat od depenalizacji aborcji przez Sąd Najwyższy wycisnął negatywne piętno na mentalności wielu mężczyzn i kobiet. „Domyślam się – pisze Judie Brown – że kiedy pani Raper pierwszy raz spostrzegła, że ma dziecko, nie myślała o sobie jako o matce tego dziecka, którego życie było całkowicie od niej zależne. Nie, ona myślała tylko o tym, że gnębi ją jakiś niewygodny problem, z tym że wiedziała dokładnie, jak go rozwiązać. To, że jest matką, nigdy nie pojawiło się w jej świadomości. Być może była przekonana, jak to jest u wielu kobiet w dzisiejszym społeczeństwie, że kobieta w ciąży cierpi na dolegliwość, która wymaga leczenia…”. W dalszym ciągu Judie Brown zastanawia się: „Przypadek pani Raper został określony jako „złe urodzenie” (wrongful birth), co prowokuje do pytania, co właściwie jest złego w urodzeniu dziecka? Odpowiedź na to pytanie, to wielki temat. Odkąd Ameryka stała się narodem przekonanym, że jednorazowe półmiski, mikrofalowe obiady i praca obliczona na szybkość, są sposobami do zaakceptowania, to i ciążę zaliczono do tej samej kategorii. Możesz wyrzucić produkt bez większego namysłu. Z tą samą szybkością, z jaką opróżniasz torbę z popcornem, możesz uwolnić się od myśli, że nosisz w sobie dziecko, którego nie akceptujesz (…). Dla mnie jest czymś trudnym do przyjęcia, że naprawdę są mężczyźni i kobiety wokół nas, których nigdy nie urzekło piękno rodzicielstwa, niepojęta godność bycia matką, ta naprawdę wielka radość, wiedzieć, że nosisz w sobie dziecko, które jest ci bardziej bliskie przez te dziewięć miesięcy, niż ktokolwiek inny w ciągu całego twego życia. Szczególna relacja łącząca matkę z dzieckiem w stanie błogosławionym jest czymś, co nie da się wyrazić słowami”. Aby nie przedłużać, opuszczam resztę cennych refleksji Judie Brown. Autorka, opisując ten „taniec Ameryki ze śmiercią”, stwierdza, że „jesteśmy w obliczu kryzysu większego, niż ktokolwiek chciałby przypuścić. Żyjemy wśród społeczeństwa, które uważa dzieci za problem, ciążę zaś za chorobę niemal gorszą niż rak, a egoistyczną „miłość” za zabawę. Czy może to dłużej trwać, by nie skończyło się tragicznie dla ludzkości?”. Odpowiedź jest prosta. Społeczeństwo, które zbuntowało kobietę przeciw macierzyństwu, to znaczy przeciw sobie, przeciw rodzinie jako sanktuarium życia i przeciw Bogu jako Stwórcy każdego człowieka (bo Bóg zawierzył kobiecie człowieka, jak głosił Jan Paweł II) – takie społeczeństwo samo wydaje na siebie wyrok śmierci. Zdrada wobec macierzyństwa jest największą tragedią ludzkości. Ci, którzy są winni tego, że kobieta zdradziła całe piękno tajemnicy stworzenia, są największymi zbrodniarzami w historii.

drukuj