Sumienia na zawiasach

Semicki i afrykański sposób myślenia uznaje tylko dwie skrajne możliwości: prawdę i fałsz, miłość i nienawiść, światło i ciemność. Nie ma miejsca na stany pośrednie. Dodatkowo – używanie mocnych sformułowań w postaci hiperboli ma za zadanie zaakcentować wagę i bezwzględność wypowiadanego zdania. To tytułem wyjaśnienia dla tych, dla których Jezusowe słowa z dzisiejszej Ewangelii wydają się niezrozumiałe. Spokojnie, Jezus nie burzy fundamentów ludzkich odniesień. Chodzi o coś innego.


Dziś bardzo popularnym sposobem budowania relacji interpersonalnych jest kompromis. Do tego stopnia, że czasem stanowi on wartość absolutną sam w sobie. Sięgając przy okazji dna absurdu. Przykład? Niedawno w prasie pojawiła się informacja, że wycinanie z życia społecznego wszelkich śladów chrześcijaństwa – rzekomo, aby nie urazić uczuć religijnych muzułmanów – jest niezrozumiałe i śmieszne właśnie dla muzułmanów, którym elementy chrześcijańskie zupełnie nie przeszkadzają. Co więcej – twierdzą wprost, że partnerami w dialogu nie mogą być ludzie, którzy nie potrafią uszanować podstaw swojej tożsamości. Pewnie, że kompromis jest potrzebny wszędzie tam, gdzie chodzi o wspólne dobro, ale nie może on być wartością absolutną, ponieważ wtedy wszystko, co ważne – z tożsamością na czele – rozpływa się w niezrozumiałym bełkocie.

Jezus uczy, że są pewne sytuacje, gdzie nie ma miejsca na kompromis. To kwestia naszego stosunku do relacji dobro – zło, nadziei zbawienia, fundamentalnego wyboru: Bóg Objawienia czy bóg tego świata. Bez ogródek mówi o cenie, jaką trzeba zapłacić za pójście za Nim. Bardzo wysoką, wedle której bycie Jego uczniem to oddanie siebie, wszystkiego, co się ma, świadomie i bez reszty. Ale nie ma innej drogi.

Mamy wpisaną w ludzką naturę tendencję do zabezpieczania siebie, swojego bytu – „na wszelki wypadek”, „na czarną godzinę”… „No bo co będzie, jeśli…” – i tu pojawiają się nasze lęki, obawy, niewiara, brak ufności. Są większe bądź mniejsze, ale zawsze stanowią przeszkodę w budowaniu czystych relacji z Bogiem. Bo ciągle za dużo jest tam mojego „ja”. To jest jedna z głównych przyczyn naszych porażek. Nawet jeśli jak Abraham wyruszam w moją wędrówkę do „ziemi obiecanej”, ciągnę za sobą tobołki, które mają mi zapewnić „bezpieczne lądowanie”.

Bywa, że Jezus żąda pozostawienia za sobą niepotrzebnych bagaży – złamania wszelkich konwenansów i zabezpieczeń, które nie mieszczą się w kategorii Królestwa Bożego. Oto obraz z przypomnianego dziś fragmentu Listu do Filemona: od pana – chrześcijanina, ucieka niewolnik Onezym. Kara za takie przestępstwo w owych czasach była jedna: śmierć. Przybywa do Pawła, a ten każe mu wracać. Na pewną zgubę? Nie. Paweł pisze list, w którym prosi właściciela o darowanie winy i przyjęcie niewolnika – uwaga! – nie jako niewolnika, ale jak „brata umiłowanego” w wierze! Cóż za nowość! To się na pewno nie mieściło w kategoriach ówczesnych konwenansów i zasad. Było znakiem nowego myślenia. Nowej logiki życia, gdzie pierwszą zasadą jest miłość. Ta prawdziwa – zawsze ukrzyżowana. Nie rozumiemy Ewangelii, bo szukamy w niej najpierw siebie. Bo boimy się utracić coś ze świata: opinii środowiska, etykietki „światłego i nowoczesnego” Polaka, Europejczyka; tego, że ktoś nam może przykleić etykietkę „mohera”. A tymczasem chodzi o prawdę, o wolność i naszą przyszłość. Trzeba więc zaufać Bogu do końca.


Marcin Jasiński
drukuj