Radosny projekt?

Polityczny projekt Unii Europejskiej wyraża w sposób szczególny jej hymn, czyli finał IX Symfonii Beethovena, skomponowany do „Ody do radości” Friedricha Schillera. Ku jakiej radości wzdychają swoim mniej czy bardziej świadomym wyborem hymnu twórcy Unii to zatem aktualny politycznie temat. Nietzsche uważał, że owa „radość” mająca jednoczyć ludzkość w padających sobie w ramiona „braci” to opowieść przystająca do starożytnego kultu Dionizosa, a nie do chrześcijańskiego jakoby ponurego Ojca. Nawet wyrywkowe wieści o tym, co się dzieje w dzisiejszej Europie, nie skłaniają do mniemania, iż twórcy Unii bardzo gorąco pragną obecności chrześcijaństwa w Europie. Raczej zatem bliższe im są dionizyjskie radości, a nie jakieś wartości, które wczesnej stawiano Europie jako cele polityczne. Słyszymy często, że wartości religijne jakoby są konfliktorodne i jakoby zrodziły krwawe wojny religijne, kłopoty Abelarda i Heloizy oraz zastępy „homofobów” z Radia Maryja. Głośno w Europie również o tym, że za holocaust, skinheadów itp. jakoby jest odpowiedzialne poczucie odrębności narodowej, a zatem należy się tylko jak najmocniej radować z przynależności do ludzkości, a „ten kraj” łajać przy każdej okazji.

Oczekując, iż zbudowanie UE na radości „wspólnoty interesów” rzuci nas automatycznie w braterskie objęcia, jednocześnie się ostrzega przed wrogami czającymi się z jakimiś moralnymi podziałami. Takie ostrzeżenie usłyszeliśmy również na znanej, już 14-letniej imprezie pedagogiczno-rozrywkowej od znanego telewizyjnego specjalisty od przyszłości „tej Polski”. Wezwał on zgromadzoną młodzież do czujności klasowej i zwarcia szeregów, bo już się czają szykujący podziały, a zatem psujący radość. Jak się uwierzy w podział radości na dobre i złe, to może zabraknąć dostatecznej liczby uczestników imprezy i będzie smutno. Trapi codziennie ten niepokój organizatorów telewizyjnej radości ścigających się z konkurencją przy pomocy skali tzw. oglądalności. Nie istnieją bez lusterka publiczności, a dla skupienia jej uwagi fundują rozmaite ostre radości. Z wyraźną zatem sympatią zdano relację ze spotkania nad Odrą naszej rozradowanej młodzieży. Nic tylko spakować plecaki jeszcze nieobecnym w tym roku i wysłać ich „na Woodstock” podczas następnych wakacji, aby nadążali za „solą tej ziemi”.

Dotychczas mogliśmy zobaczyć w przekazach telewizyjnych radujące się tysiące naszego następnego pokolenia wyrażającego swoją radość ekstatycznym tańcem. Nie ma oczywiście w tańcu samym w sobie nic złego, jednak nam już oswojone od kilkudziesięciu lat tańce z „młodzieżowych” spotkań przypominają imprezy taneczne, o których głośno było również w starożytnej Helladzie, gdzie stanowiły one element przybyłego ze Wschodu kultu Dionizosa. Zazwyczaj mamy o nim fałszywe mniemanie ukształtowane przez obrazy Tycjana i Rubensa. Swoją wiedzę zaczerpnęli oni za pośrednictwem starożytnych Rzymian, a ci ostatni, przejmując dziedzictwo kulturowe Greków, zetknęli się już z Dionizosem pokonanym przez Ateny. Wszystkie bowiem twórcze siły tego miasta świadome były śmiertelnego zagrożenia dionizyjskiego szału, mającego wyzwalać instynktowne siły w człowieku. Najważniejsze świadectwo świadomości tego zagrożenia pozostawił nam Eurypides, najwybitniejszy z trzech greckich tragików, w swoim ostatnim dziele „Bachantki”, napisanym w Macedonii. Dopiero tutaj zetknął się z nierozcieńczonym kultem Dionizosa, bo w Atenach pozostały tylko zatrważające wspomnienia po dawnych rozradowanych pochodach jego wyznawców oraz spotkania religijno-kulturowe, poddane rozumnym społecznym ramom. Wygląda na to, że my natomiast, promując dionizyjskie spotkania naszej młodzieży, chcemy zbudować Europę tylko na irracjonalnej „radości”, bez porządnego, rozumnego rozdzielania jej na dobrą i złą.

Marek Czachorowski



drukuj