TVP na manowcach
Czy warto kruszyć kopię w walce z kolejnymi – poza Bronisławem Wildsteinem – prezesami Telewizji Polskiej, dopuszczającymi po raz enty do emisji czołowe wykwity komunistycznej propagandy, czyli seriale „Czterej pancerni i pies” oraz „Stawka większa niż życie”, perfidnie i sprytnie zakłamujące naszą najnowszą historię?
Nie brak opinii, że jest to walka z wiatrakami, bo dla kierownictwa TVP nie liczy się ani misja, ani uczciwość, ani prawda, a jedynie słupki oglądalności. Ulegają więc dość prymitywnym gustom sporej części swojej publiczności, która chce oglądać głównie to, co dobrze zna i lubi, nie zważając na szkodliwe treści, jakie niosą wymienione seriale. Nie zastosuję się jednak do płynących z czystej życzliwości rad wielu przyjaciół, sugerujących mi, abym lekceważąco machnął ręką na skandaliczną decyzję prezesa Telewizji Polskiej Andrzeja Urbańskiego, który zdecydował o powrocie „Czterech pancernych i psa” na antenę I Programu.
Może jestem nadmiernie uparty, ale nie mogę pogodzić się z tym, że publiczna telewizja kontynuuje w niepodległej Rzeczypospolitej cyniczny proces manipulowania świadomością historyczną Polaków, rozpoczęty w okresie PRL przez wytrawnych komunistycznych propagandzistów, jak np. pułkownik Janusz Przymanowski, autor scenariusza serialu o dzielnej załodze czołgu „Rudy”. Mam bowiem jeszcze zbyt dobrze w pamięci obraz tego człowieka, wyśmiewającego się z początkiem 1982 roku w Sejmie z brutalnie rozjechanej czołgami „Solidarności” i tłum posłów rechoczących z uciechy i bijących brawa sowieckiemu politrukowi.
Jeśli prezentowana przez Przymanowskiego wersja historii Polski ma być nadal lansowana przez publiczną telewizję, to będę przeciw temu konsekwentnie protestować, choćbym miał z tego powodu narażać się na śmieszność i wysłuchiwać niepochlebnych opinii sentymentalnych miłośników PRL.
„Czterej pancerni i pies” nie będą jednak bynajmniej osamotnieni. W ramach nowego cyklu „Dobre, bo polskie” prezes TVP zamierza też ponownie emitować przygody dzielnego porucznika Milicji Obywatelskiej, stanowiące kanwę serialu „07, zgłoś się”. Prowadzi też ponoć rozmowy o przejściu do telewizji publicznej jednej z ikon tendencyjnego dziennikarstwa – Moniki Olejnik. Media donosiły, że stały program publicystyczny z gigantycznym budżetem ma prowadzić Sławomir Sierakowski, którego skrajna lewicowość denerwuje nawet wielu działaczy SLD.
Ciekawe, czy w swoim specyficznym rozumieniu pluralizmu Urbański nie zechce wkrótce wydzielić specjalnego „okienka” dla generała Wojciecha Jaruzelskiego, który mógłby odgrywać rolę autorytetu, pouczającego Polaków, czym jest patriotyzm i tłumaczącego nam, że w określonych okolicznościach historycznych da się pogodzić wierność Ojczyźnie z lojalnością wobec jej okupantów.
Martwi mnie, a nawet – jako płatnika abonamentu – denerwuje nadmierna łaskawość nowego kierownictwa TVP dla ludzi i środowisk do głębi skażonych sowiecką mentalnością. Czyżby głównym zamierzeniem Urbańskiego było podlizywanie się tej części społeczeństwa, która wspomina Polskę Ludową głównie z perspektywy wesołych seriali i filmów, półdarmowych wczasów, braku obawy o utratę pracy, radosnych festynów „Trybuny Ludu” i „Gazety Krakowskiej”, głupawego zadowolenia ze zdobycia kilku pomarańczy, miłościwie „rzucanych” do sklepów przed niektórymi świętami?
Wstyd mi, że sporo jest jeszcze dzisiaj w Polsce takich ludzi. Nic nie nauczyły ich doświadczenia minionych lat, oburzają się więc, kiedy ktoś mówi im nieprzyjemną prawdę prosto w oczy. Na merytoryczne zarzuty wobec komunistycznych agitek propagandowych odpowiadają, że seriale „Czterej pancerni i pies” czy „Stawka większa niż życie” są zupełnie nieszkodliwe, bo nikt nie bierze przedstawianych w nich faktów na serio. Nie wiedzą lub nie chcą przyjąć do wiadomości, iż oglądające je dzieci (a wyświetlane były do tej pory głównie w czasie zimowych i letnich ferii szkolnych) nie rozróżniają ekranowej fikcji od prawdy historycznej i bardzo łatwo przyswajają sobie prezentowane w nich fałszywe treści.
To, na co mogą sobie pozwalać komercyjne stacje telewizyjne, nie przystoi opłacanej z abonamentu Telewizji Polskiej. Ma ona jednak specjalistyczny kanał TVP Historia, do którego znakomicie pasują filmy, nakręcone niegdyś z ideologicznych pobudek. Tam jest idealne miejsce dla opatrzonych stosownym komentarzem naukowym nazistowskich i sowieckich agitek, a także dla „Czterech pancernych i psa”, „Stawki większej niż życie” oraz wielu innych fabularnych i dokumentalnych świadectw minionych epok, zdominowanych przez dwa zbrodnicze totalitaryzmy.
Poza tym są już od dawna w sprzedaży kasety DVD z oboma serialami, które może sobie kupić i oglądać dowolną ilość razy każdy fanatyk komunistycznej propagandy. Jeden lubi komedie, drugiego podnieca „Triumf woli” Leni Riefenstahl, trzeci przeżywa prawdziwie miłosne uniesienia przy projekcji „Pancernika Potiomkina”, a jeszcze inny nie zaśnie bez przypomnienia sobie romansu Janka Kosa i Lidki lub dialogów Klossa z Brunnerem. Od tego są jednak magnetowidy, a nie z założenia (gorzej z realizacją) misyjna telewizja publiczna.
W niej chciałbym zaś oglądać – i to w dobrym czasie antenowym, a nie około północy – jak najwięcej ciekawie zrealizowanych filmów, seriali i spektakli, opartych na historii najnowszej Polski. Było już kilka takich produkcji za prezesury Wildsteina, ale to tylko pojedyncze krople w morzu oczekiwań. Nie mamy do tej pory porządnego obrazu epopei Legionów Polskich, wojny 1920 roku, szczątkowo ukazano w paru filmach kampanię jesienną 1939 roku i działania Armii Krajowej, brak ekranowej historii walk 2. Korpusu Polskiego generała Władysława Andersa, nikt nie podjął tak pasjonujących tematów, jak dzieje oddziału „Ognia”, czy iście sensacyjna misja patriotyczna pułkownika Ryszarda Kuklińskiego.
To są właśnie prawdziwe wyzwania dla obecnego i przyszłych kierownictw Telewizji Polskiej w tej części jej misji, która dotyczy prezentowania rodakom odkłamywanej – przy znacznym udziale Instytutu Pamięci Narodowej – historii. Ambitnych zadań nie zabraknie im zaś z pewnością jeszcze przez wiele lat.
