Kilka słów w sprawie „szamba”
Znów okazała się potrzebna jakimś siłom politycznym kampania
mająca na celu nękanie ojca Tadeusza Rydzyka. Takich kampanii przeżywaliśmy już parę ostatnimi laty, żeby wspomnieć choćby ojca Konrada Hejmo, ks. abp. Stanisława Wielgusa, ks. Mirosława Drozdka. Wszystkich prześladowano zapamiętale, wpędzając ich w głęboki dramat duchowy i utratę zdrowia. Komu są potrzebne takie kampanie nacisku i szykan organizowane przez niepolskie ośrodki informacji?
Ogólna sytuacja polityczna i różne gry zakulisowe wskazują na to, że pewnym siłom dążącym do renesansu „demokracji od lewej nogi” bardzo przeszkadza autorytet dyrektora Radia Maryja. Każdy rozsądny i obiektywny obserwator natychmiast się zorientuje, że cały spór o przeproszenie pani prezydentowej jest tylko zasłoną dymną, mającą na celu odwrócenie uwagi od spraw znaczniejszej wagi, decydujących o naszym być albo nie być jako suwerennego państwa, czyli IV Rzeczypospolitej. Spór jest rozdmuchany i wyolbrzymiony w sposób całkowicie tendencyjny. Jeśli chodzi o „meritum” sprawy, czyli o to, czy pani prezydentowa miała prawo się czuć obrażona (czy obiektywnie miała prawo, bo subiektywnie wiele kobiet obraża się na zamówienie), to na podstawie uczciwej relacji samego ojca Tadeusza Rydzyka uważam, że nie miała absolutnie takiego prawa. Osobiście uważam, że ojciec Rydzyk nie ma żadnego obowiązku przepraszać kogokolwiek, bo nikt nie powinien przepraszać za to, że mówi prawdę. Kompozycja zdaniowa, w której użyte zostało słowo „szambo”, nie odnosiła się absolutnie do osoby – do żadnej osoby. Słowo to było użyte jako człon porównania, mającego na celu wykazać fakt istnienia różnicy między dobrem i złem w sprawie ochrony życia ludzkiego. Ojciec Rydzyk jako doświadczony misjonarz i katecheta doskonale orientuje się, że w naszej kulturze nie zawsze jest wskazane używanie pojęć metafizycznych (na przykład „byt”, „istnienie”, „istota”, „dobro”, „zło”, itd.) i pewne zagadnienia moralne należy przybliżać wyobraźni współczesnego człowieka przy pomocy pojęć bardziej obiegowych, popularnych. Mógł na przykład o. Rydzyk użyć staropolskiego słowa „gnój” (poecie Leopoldowi Staffowi zawdzięczamy nobilitację tego słowa w specjalnie skomponowanej odzie…). Jednak dziś mało ludzi wie, co to jest gnój, bo procent ludzi mieszkających na wsi wybitnie maleje, jest też coraz mniej koni i bydła, które coś takiego produkują, dlatego słowem bardziej zbliżonym do pojętności współczesnych umysłów jest słowo „szambo”, upiększone nieco przez element nowoczesnej technologii w duchu naukowego postępu… Zatem wypowiedź ojca Rydzyka jako wykład katechizmowy, wskazujący na istnienie różnicy między dobrem i złem, między cnotą i grzechem, odpowiadał wszelkim regułom kerygmatycznym i dydaktyczno-metodologicznym. A jeżeli pomimo wszystko, przy tak wyraźnym „wyjściu naprzeciw”, porównanie nie zostało właściwie zrozumiane, to wina nie leży po stronie Ojca Dyrektora, lecz po stronie klimatu emocjonalnego towarzyszącego całemu wydarzeniu.
A jeśli już mówić o tym, kto w Polsce czuje się obrażony, to możemy znaleźć więcej osób, które czują się boleśnie dotknięte brakiem szacunku i wdzięczności dla apostolskiej działalności Ojca Dyrektora i całego Radia Maryja, które heroicznie broni honoru Polski i Kościoła katolickiego. Dziwne także, że prasa nie zauważa jakoś, iż wszyscy Polacy mogą (i powinni) czuć się obrażeni na przykład bezczelną działalnością towarzysza Kwaśniewskiego i jego wspólników, jak też arogancką polityką Unii Europejskiej, która narzuca nam niemoralne prawa i obyczaje poniżające godność ludzką oraz wydaje wyroki stanowiące jawną kpinę z wszelkiego poczucia sprawiedliwości, a nawet zdrowego rozsądku. Kiedy dowiemy się o jakimś mocnym proteście na forum Unii Europejskiej przeciw politycznym matactwom stanowiącym zamach na naszą narodową tożsamość i polityczną suwerenność? To pytanie stawiam polskiemu rządowi.
