ZNP miał swoje dwie godziny

Postulat wzrostu płac w oświacie jest słuszny. Stwierdzają to zgodnie rząd, samorząd terytorialny i związki zawodowe. Jednak była właśnie ostatnia chwila, by zrobić strajk i przypisać sobie „wywalczenie” tego, co jest programem oświatowym obecnie rządzących koalicjantów. Efekt zamieszania jest taki, że podwyżki dla nauczycieli zamiast podnieść prestiż zawodu, uczyniły pedagoga w oczach uczniów wagarowiczem.



Dla większości polskich nauczycieli kwestia wysokości zarobków to nie tylko roszczenie pracownika wobec pracodawcy. To także ważny element w dziele odbudowy prestiżu zawodu. Oni naprawdę traktują swoją pracę jako realizację powołania. Pragną wychowywać ludzi szlachetnych. Jednym z przejawów społecznego szacunku dla ich trudu powinno być wynagrodzenie stosowne do posiadanego wykształcenia i odpowiedzialności, jaką ponoszą. Jest to odpowiedzialność za los polskiej młodości, za los tych, którzy są nadzieją kraju. Dlatego można z całą pewnością powiedzieć, że postulat wzrostu płac w oświacie jest słuszny. Stwierdzają to zgodnie rząd, samorząd terytorialny i związki zawodowe.

Ci, dla których podwyżki dla nauczycieli są sprawą nie tylko roszczeń i konsumpcji, ale także sprawą prestiżową, powinni znaleźć godną formę jej wyartykułowania. Jedna tylko, lecz medialnie wrzaskliwa grupa w oświacie postanowiła zawodzić fałszywą nutą, bez względu na okoliczności. Dlatego już od miesięcy słychać ze strony Związku Nauczycielstwa Polskiego jedną groźbę: „strajk!”.

W Polsce to słowo związaliśmy, jak nigdzie indziej na świecie, z walką o godność człowieka pracy, ze sprawą Ojczyzny, a nawet służbą Bogu. Strajk w szkole spontanicznie przywodzi na myśl walkę o polską mowę dzieci we Wrześni w czasach rozbiorów i o krzyż młodzieży w Miętnem w latach 80. Dlatego Papież Polak mógł do nauki katolickiej wpisać stwierdzenie, że strajk to „metoda, którą katolicka nauka społeczna uważa za uprawnioną pod odpowiednimi warunkami i we właściwych granicach.(…)Strajk pozostaje poniekąd środkiem ostatecznym. Nie można go nadużywać. Nie można zwłaszcza nadużywać go dla rozgrywek „politycznych”. Ponadto nie należy nigdy zapominać o tym, że nieodzownie usługi dla życia społecznego winny być zawsze zabezpieczone” („Laborem exercens”, nr 20).

Zdaję sobie sprawę, że na laickim ZNP nauki Ojca Świętego nie robią wrażenia. Ale przecież wszystkie te stwierdzenia podsuwa sam zdrowy rozsądek. Przyjrzyjmy się im bliżej. Strajk jako środek ostateczny powinien nastąpić po wyczerpaniu innych narzędzi upominania się o prawa. Tymczasem protest ZNP dotyczy kwestii bądź już częściowo rozwiązanych (uprawnienia emerytalne), bądź takich, co do których jest wstępna zgoda stron dialogu społecznego i prowadzone są negocjacje. Co więcej, strajk o podwyżki następuje wkrótce po naliczeniu podwyżek. Takich, o których nauczyciele mogli tylko pomarzyć w czasach rządów nieformalnej koalicji SLD – ZNP.

Strajku nie powinno się nadużywać dla rozgrywek „politycznych”. Tymczasem obecny protest jest klasyczną manifestacją polityczną ZNP. Bo choć na transparentach nie widać tak często jak dawniej postulatu odwołania ministra, to bój toczy się o polityczne skonsumowanie zmian w oświacie, bowiem dalsze korzystne zmiany, w tym wzrost wynagrodzeń, są raczej przesądzone. Jednak była właśnie ostatnia chwila, by zrobić strajk (chociaż dwugodzinny) i przypisać sobie „wywalczenie” tego, co jest programem oświatowym obecnie rządzących koalicjantów.

Protest nauczycieli to okazja do ujawnienia się centrolewicowej koalicji (nie daj Panie Boże!) przyszłości. W sukurs postkomunistycznemu ZNP przyszły bowiem posłanki PO. Podniosły słuszny postulat, aby wynagrodzenia nauczycieli były uzależnione od jakości pracy, a nie od zbiurokratyzowanego „awansu zawodowego” zyskiwanego niemal automatycznie wraz ze stażem pracy. Wszyscy także gremialnie płaczą nad losem nauczyciela stażysty zarabiającego mniej niż szkolna woźna. Środowisko katolicko-narodowe poprzez głosy poważnych ekspertów o tych złych efektach majstrowania przy edukacji mówiło wtedy, gdy grupy związane obecnie m.in. z Platformą dokonywały tragicznej w skutkach „reformy oświaty”. Winienie więc za ten zły stan rzeczy ministra wywodzącego się z narodowej prawicy jest niezłą przewrotnością.

Wreszcie sprawa najważniejsza. „Nieodzownie usługi dla życia społecznego winny być zawsze zabezpieczone”. Należy do nich praca systemu oświaty, w szczególności jego funkcja opiekuńczo-wychowawcza. Opustoszałe szkoły (na szczęście bardzo nieliczne) w obecnie istniejących okolicznościach to cios w prestiż zawodu nauczycielskiego. A przecież miał on właśnie wzrastać m.in. poprzez docenienie pracowników oświaty rosnącą płacą… Pensje wzrosną, ale w pamięci uczniów pozostanie obraz wagarującego nauczyciela.

Stosunkowo nieliczny udział pedagogów w mocno nagłaśnianym przez liberalne media proteście dowodzi jeszcze jednej tezy. Obecny spór w oświacie nie jest konfliktem ministra z nauczycielami. Jest on starciem pomiędzy nomenklaturą (starą i nową) traktującą polską oświatę jako swoją prywatną branżową korporację i tymi, którzy są jej władztwu przeciwni. „Korporacji” zależy na trwaniu na wywalczonych pozycjach. Nie chce zdemaskowania ideologii, którą karmiła nauczycieli, sowicie wysysając pieniądze z branży (nie wyłączając prywatnych kieszeni pedagogów). „Zero tolerancji” przeszkodzi bezstresowości i okultystycznej neuropedagogice, zweryfikuje edukatorów i „ekspertów”, nadwyręży fundacje i wydawnictwa. Zresztą samo zaprzestanie ciągłych manipulacji nad systemem kształcenia i zwrócenie uwagi na dyscyplinę i szacunek dla nauczyciela odebrało chleb już niejednemu znawcy „współczynnika scholaryzacji” czy rzecznikowi praw ucznia. Dlatego, choć zwykły nauczyciel na obecnych zmianach w oświacie nic nie traci, wręcz przeciwnie, ma szansę wrócić do swej roli mistrza wobec uczniów, niektórzy dochodzą do wniosku, że trzeba robić w szkole strajki. A może wyślijmy polityków z ZNP na wcześniejszą emeryturę?

Radosław Brzózka
drukuj