Metamorfozy Andrzeja Urbańskiego

Prof. Jerzy Robert Nowak

Dość szczególną postacią z otoczenia prezydenta Lecha Kaczyńskiego jest Andrzej Urbański, który ostatnio został nominowany na tak wpływowe stanowisko tymczasowego prezesa telewizji publicznej. Typowany jest nawet jako główny kandydat na prezesa tej telewizji, stanowisko arcyważne.

Jest to tym bardziej zastanawiające, że Urbański ma kilka aż nadto dziwnych zakrętów w swej karierze.

Należał do czołowych działaczy Porozumienia Centrum Jarosława Kaczyńskiego, i z tej racji został naczelnym redaktorem „Expressu Wieczornego”. Pełniąc tę funkcję, naraził się liderom Porozumienia Centrum, gdyż drukował w kierowanej przez siebie gazecie ogłoszenia agencji towarzyskich, czyli swego rodzaju domów publicznych. Trudno więc się nadziwić, że człowiek z tak liberalnym podejściem choćby w tej sprawie może zostać prezesem telewizji publicznej. Jak będzie postępować w sprawie antywartości?

Niedługo potem Urbański dopuścił się jawnej zdrady wobec Porozumienia Centrum. Nastąpiło to potem, jak spełzły na niczym jego zabiegi, aby Porozumienie Centrum poparło zdominowany przez Unię Wolności rząd Hanny Suchockiej Urbański wyprowadził wówczas pięciu posłów z klubu parlamentarnego Porozumienia Centrum do nowego klubu założonego wraz z Kongresem Liberalno-Demokratycznym. Potem związał się na krótko z niesławnej pamięci Bezpartyjnym Blokiem Wspierania Reform (BBWR) Lecha Wałęsy. I wtedy doszło do szczególnie wyrazistego aktu jego nielojalności wobec PC i Jarosława Kaczyńskiego. Wystąpił z otwartym listem w obronie działacza Unii Demokratycznej Jana Lityńskiego, z uzasadnieniem atakowanego w reklamówkach wyborczych Porozumienia Centrum. Urbański pisał w swym liście m.in.: „Jako polityk staram się rozumieć racje Jarosława Kaczyńskiego. Przychodzi mi to coraz trudniej. Ale jako człowiek nie rozumiem go w ogóle. Coraz częściej wprowadza do polskiej polityki język, który ma za zadanie przede wszystkim degradować jego przeciwników, ma ich niszczyć jako ludzi właśnie”. W ten sposób były działacz Porozumienia Centrum A. Urbański zadał w jakże niegodny sposób prawdziwy cios w plecy Porozumienia Centrum i J. Kaczyńskiego w czasie kampanii wyborczej.

Potem Urbański pracował jako dziennikarz, m.in. przez dwa lata prowadził programy „Pytania o Polskę” i „Premierzy” w telewizji publicznej rządzonej przez postkomunistyczną lewicę. W postkomunistycznej „Polityce” wskazywano, że znajomi Urbańskiego traktowali to jego zachowanie jako dowód umiejętności dogadywania się, co podobno czyni z niego polityka nowego typu. Moim zdaniem, nie jest to żaden „polityk nowego typu”, lecz po prostu typ bardzo zręcznego oportunisty, który za nic ma wierność ideom. Ponad wszystko przedkłada zaś zasadę dogadywania się z wszystkimi, którzy mogą mu w danym momencie ułatwiać dalszy rozwój kariery.

22 września 1997 r. Urbański wystąpił na łamach „Życia” z artykułem ogromnie stanowczo nalegającym na dogadanie się między AWS i Unią Wolności i utworzenie wspólnej koalicji rządzącej. Urbański bardzo mocno optował na rzecz docenienia szczególnej roli Unii Wolności, pisząc m.in., że: „(…) wśród wielu ludzi centroprawicy rośnie przekonanie, że bez Unii Wolności nie da się dokończyć tej rewolucji, którą w naszym imieniu rozpoczął Tadeusz Mazowiecki”. Szczególnie szokujące były nagromadzone w tekście Urbańskiego, lubiącego „dogadywać się ze wszystkimi”, pochwały na temat postkomunistycznego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Przeciwstawiając się centroprawicowym publicystom, „mającym dziwną skłonność do postrzegania Kwaśniewskiego jako socjologicznego produktu z nalepką made in PZPR”, Urbański pisał, że: „Aleksander Kwaśniewski należy do zawodników dobrze przygotowanych do gry „w demokrację””. Choć przyznawał, że Kwaśniewskiemu zdarzały się błędy szkolne typu magister, Polisa, Ałganow, równocześnie akcentował jego wielką skuteczność. Podkreślał, że Kwaśniewski: „Łączy w sobie maniery Kuronia z pragmatyzmem Pawlaka i konsekwencją Krzaklewskiego. Nie ma w nim, Bogu dzięki, za grosz charyzmy, w zamian – nieprzebrany realizm. Kwaśniewski wsparty przez tę ideowość, którą od czasu do czasu można wyczytać w programowych tekstach „Gazety Wyborczej”, uzyska to, co dzisiaj jest jego największym brakiem – wizjotwórczą rację. I umocni swoją pozycję w zbiorowej świadomości Polaków”. Kontynuując swe wywody, Urbański namawiał do dogadywania się ewentualnego premiera centroprawicowego z prezydentem Kwaśniewskim.

Wyjątkowe umiejętności A. Urbańskiego w sferze „dogadywania się ze wszystkimi” potwierdzają różnorodne relacje. Na przykład Julia Pitera z PO głosiła w „Polityce” z 10 grudnia 2005 r., że „Andrzej [Urbański – JRN ] zawsze dobrze żył ze wszystkimi, obojętnie, jaką kto reprezentował opcję polityczną i jaką miał reputację. Dla mnie to postawa asekurancka”. W „Przekroju” z 16 listopada 2006 r. Igor Zalewski pisał, że „wszędobylski” Urbański i Balazs to mistrzowie utrzymywania dobrych i nieformalnych stosunków z absolutnie wszystkimi. W tej dziedzinie są mistrzami”.

Mistrzowskie talenty Urbańskiego w dogadywaniu się ze wszystkimi ujawniły się kilka lat temu, kiedy dogadał się z Lechem Kaczyńskim, który wielkodusznie darował mu dawną zdradę. Urbański bardzo mocno pomógł w kampanii Lecha Kaczyńskiego na prezydenta Warszawy, został za to wiceprezydentem Warszawy, i stał się wręcz niezastąpionym pomocnikiem Lecha Kaczyńskiego. Stąd gdy Lech Kaczyński został prezydentem Polski, mianował Urbańskiego ministrem stanu w swej kancelarii. W połowie zeszłego roku wybuchł jednak skandal. „Rzeczpospolita” ujawniła, że tak łatwo dogadujący się ze wszystkimi Urbański prowadził interesy z SLD-owskim działaczem Nawrotem. Pod wpływem presji medialnych i reakcji opinii publicznej usunięty został ze stanowiska ministra w kancelarii prezydenckiej. Ale już niedługo potem mianowano go znów na doradcę prezydenta Kaczyńskiego. Tak mocno widać jest niezastąpiony.

Na tle tego wszystkiego tym bardziej szokujące jest promowanie Urbańskiego na prezesa telewizji publicznej, telewizji, w której trzeba przeprowadzić rewolucyjne zmiany. Ciągle widać, do jakiego stopnia jest ona opanowana przez ludzi ze starej nomenklatury, ich krewnych i pociotków, ludzi, którzy szukają dosłownie każdej okazji, żeby podważać i ośmieszać radykalny program naprawy i ideę IV Rzeczypospolitej, a szczególnie zajadle przy każdej okazji uderzają w Kościół i patriotyzm. To telewizja, w której ciągle brylują osoby typu osławionej Doroty Wysockiej-Schnepf, żony sławetnego ambasadora Ryszarda Schnepfa, usuniętego po otwartym wystąpieniu z poparciem dla godzącego w Polskę pomysłu gazociągu rosyjsko-niemieckiego na dnie Bałtyku.

Przypomnijmy tu, że Wysocka-Schnepf chwaliła się, że będąc żoną ambasadora RP w jednym z krajów Ameryki Południowej, organizowała pomoc materialną dla żydowskiej mniejszości w tym kraju. Wydaje mi się, że żona ambasadora Rzeczypospolitej Polskiej, a nie Izraela, powinna zajmować się przede wszystkim kontaktami z mniejszością polską. Akurat te kontakty jednak z winy jej męża były wypełnione konfliktami. Ambasador Schnepf wyspecjalizował się w zniesławianiu wielkiego polskiego patrioty z Ameryki Południowej – prezesa Jana Kobylańskiego.

Krytykowałem wcześniej B. Wildsteina za zbyt małe zmiany w telewizji, będącej ciągle prawdziwą stajnią Augiasza, bastionem starych sił lewicy komunistycznej i liberalnej lewicy. Mam wszelkie podstawy sądzić, że mianowany prezesem publicznej telewizji A. Urbański nie zrobi żadnych radykalnych zmian. Będzie wręcz przeciwnie. Już teraz można przewidzieć, że Urbański świetnie dogada się z przedstawicielami salonów „warszawki” i „krakówka” ze szkodą dla tak potrzebnych zmian, ze szkodą dla Polski. Jakże wymowna pod tym względem była wypowiedź Urbańskiego, akcentująca, że żałuje odejścia z telewizji publicznej Moniki Olejnik i Kamila Durczoka. Wypowiedź wręcz skandaliczna, gdy zważymy na ogromne szkody, jakie wyrządzała i wyrządza M. Olejnik swoją skrajnie lewicową fanatyczną tendencyjnością i różnorodnymi manipulacjami w programach!

Urbański, po mianowaniu go tymczasowym prezesem telewizji, opowiedział się za przywróceniem w TVP starych komunistycznych seriali „Czterej pancerni i pies” i „Stawka większa niż życie”. Komentując to stanowisko Urbańskiego, b. prezes TVP B. Wildstein powiedział w wywiadzie dla „Gazety Polskiej” z 14 marca 2007 r., iż: „(…) to telewizja mówi, co jest ważne. Niepokoi mnie wypowiedź Urbańskiego, który twierdzi, że serial „Czterej pancerni i pies”, serial, który w ewidentny sposób zakłamuje historię, jest nieszkodliwy. Słowa Urbańskiego mają wymiar symboliczny. Ludzie bardziej uczą się historii z takiego serialu niż z lekcji w szkole. Jeśli uznamy, że te sprawy są nieważne, doraźne sukcesy PiS pozostaną tylko doraźne. Jeśli liderzy PiS tego nie rozumieją, nie mają szans na zbudowanie państwa opartego na ładzie moralnym”.

Wydaje się, że przywódcy rządzącej koalicji, premier i prezydent RP powinni dokładnie przemyśleć sprawę obsady kierownictwa telewizji publicznej. Podstawowym wręcz wymogiem staje się postulat, by na czele telewizji publicznej stanął ktoś, kto chce radykalnych rewolucyjnych zmian, a nie ten, który może się stać tylko ich głównym hamulcowym.

drukuj