Terroryzm, lewica, dialog

Słowo „terroryzm” jest najczęściej utożsamiane przez media z zamachowcami spod znaku dżihadu. Ale zanim samoloty uderzyły w WTC, jeszcze zanim upadła żelazna kurtyna, kraje EWG doświadczały terroryzmu rodzimych lewackich bojówek. Teraz same władze państw Europy Zachodniej wyjmują tego trupa z szafy.

Na wolność wyszedł Philippe Bidart, przywódca baskijskich terrorystów we Francji, skazany na dwukrotne dożywocie za zabójstwo dwóch policjantów. Odsiedział 20 lat, z więzienia wychodził, wymachując baskijską flagą, przy aplauzie zgromadzonych zwolenników. Potem ogłoszono, że wkrótce na wolność wyjdzie Brigitte Mohnhaupt. W latach 70. należała ona do ścisłego kierownictwa Frakcji Czerwonej Armii, działającej w Niemczech Zachodnich lewackiej organizacji terrorystycznej. W 1977 r. Mohnhaupt własnoręcznie zastrzeliła szefa Dresdner Banku, Jurgena Ponto, brała również udział w innych zamachach. Także Mohnhaupt została skazana na wielokrotne – dokładnie pięciokrotne – dożywocie.

Zagłaskać zbrodniarzy

Oba przypadki to efekt liberalnej doktryny prawa karnego panującej w Europie, również w Polsce. Doktryna ta wychodzi z założenia, że można złagodzić karę przestępcy, który nie stwarza już zagrożenia dla społeczeństwa. W efekcie zasądzane wyroki okazują się iluzją – już nie tylko wypuszcza się przed terminem, ale z więzienia wychodzą zbrodniarze z wyrokami dożywocia. A przecież dożywocie miało zastępować karę śmierci, być bardziej humanitarnym sposobem na uwolnienie społeczeństwa od kryminalistów, którzy powinni zostać trwale unieszkodliwieni.

Nadmierny liberalizm powoduje oczywiście upadek autorytetu wymiaru sprawiedliwości – ślepe, wydawałoby się, zastosowanie tych samych zasad do terrorystów to sygnał, że nawet oni nie muszą obawiać się konsekwencji ze strony społeczeństwa. Czy jednak na pewno ślepe? Od dawna wiadomo, że dawni dysydenci z czasów rewolty studenckiej 1968 r. obecnie tworzą trzon europejskiej lewicy. A właśnie z tejże rewolty powstała również niemiecka Frakcja Czerwonej Armii. Także terroryzm spod znaku baskijskiego nacjonalizmu narodził się w tym samym czasie. Czy powiązania między establishmentem a „gniewnymi” lewakami są natury li tylko genealogicznej?

Na marginesie, trudno nie zauważyć podobieństwa z sytuacją w Polsce. U nas również co najmniej od czasów okołookrągłostołowych panuje ideologia „humanitarnego” prawa – i systemu penitencjarnego. Dopiero niedawno, przy okazji kolejnych afer, wyszły na jaw powiązania elit III RP z przestępczością zorganizowaną – powiązania stanowiące element zjawiska zwanego układem, zjawiska, którego zwornikiem są struktury wyrosłe na fundamencie jeszcze PRL-owskich służb specjalnych.

To oczywiście, jak mawiał Rudyard Kipling, zupełnie inna historia. Jednak to porównanie dowodzi, że ścisłe związki między tzw. „elitami” a pospolitymi przestępcami nie są czymś niewyobrażalnym.

Głodówka de Juany

Trudno ocenić, czy fala „dobroci” dla terrorystów oznacza jakiś sygnał ze strony establishmentu, czy jest jedynie spłatą zaciągniętych zobowiązań, czy jeszcze czymś innym. Na pewno natomiast zwolnienie Bidarta i Mohnhaupt to nie jedyne dwa przypadki. Uwagę mediów przykuwa ostatnio również niejaki I?aki de Juana Chaos. Ten członek najbardziej niebezpiecznej baskijskiej organizacji terrorystycznej – ETA – został pod koniec lat 80. skazany na 3000 lat więzienia za zabicie w zamachach terrorystycznych 25 osób. Zgodnie z obecnym hiszpańskim prawem ów terrorysta i wielokrotny zabójca miał wyjść z celi po 18 latach. Jednak w ubiegłym roku sąd uznał, że już w więzieniu de Juana dopuścił się kolejnego przestępstwa – podżegania do terroryzmu. Tak właśnie zinterpretowano artykuły, które wspomniany „etarra” pisywał do gazet. Skazany za to na kolejne 12 lat terrorysta uznał wyrok hiszpańskiego sądu za łamanie jego praw i na początku listopada 2006 r. podjął głodówkę. O sprawie zrobiło się jednak głośno dopiero niedawno, gdy „The Times” opublikował zdjęcia „biednego, wychudzonego” więźnia. Choć de Juana nie tylko nie okazał skruchy, ale w wywiadzie dla brytyjskiego dziennika oświadczył, że nie żałuje swoich zbrodni (25 ofiar śmiertelnych!), sąd ugiął się pod naciskiem i zmienił wyrok na 3 lata, z których 2 już odsiedział, więc za rok wyszedłby na wolność. To jednak nie wystarcza terroryście, który kontynuuje głodówkę.

Publikacja „Timesa” wzbudziła oburzenie hiszpańskiej opinii publicznej. Sekretarz generalny Europejskiej Partii Ludowej (w skład tej frakcji Parlamentu Europejskiego wchodzą m.in. PSL i PO, a w Hiszpanii Partia Ludowa i Unia Demokratyczna Katalonii) Antonio López Istúriz w wywiadzie dla radia COPE oświadczył, że gazeta powinna była raczej opublikować zdjęcia ofiar de Juany, w tym dzieci. W sondażach przytłaczająca większość respondentów domaga się zatrzymania terrorysty w więzieniu.

Zamachy z 11 marca

Hiszpania jest krajem, w którym temat powiązań lewicy z terrorystami jest szczególnie drażliwy. Niedawno rozpoczęły się rozprawy w procesie osób oskarżonych o dokonanie zamachów z 11 marca 2004 r., które doprowadziły do przejęcia władzy przez lewicę. Oskarżeni to 20 osób narodowości arabskiej – z różnych krajów islamskich – i 9 Hiszpanów. Ci ostatni odpowiadają za takie przestępstwa, jak np. dostarczenie zamachowcom materiałów wybuchowych z kopalni Conchita w Asturii.

Zdaniem wielu krytyków, proces jest pokazowy i nie doprowadzi do rzeczywistego ujawnienia tajemnic 11-M. I tak np. Alicia Castro, deputowana i swego czasu członkini parlamentarnej komisji ds. 11-M, oświadczyła, że oskarżeni, którzy zeznawali przed trybunałem, w żaden sposób nie odpowiadają „profilowi intelektualnych autorów masakry”. Posłanka ludowców nie bez racji wskazała, że brak zaufania do obecnej rozprawy to wynik manipulacji, jakich dopuścił się obecny rząd w czasie trzech lat śledztwa. „Socjaliści kłamią, myślą, że obywatele są głupi, to rząd uczynił niewiarygodnym proces (w sprawie) 11 marca” – dodała Castro w ostrych, typowych dla hiszpańskiej debaty publicznej słowach, nawiązując do wielu pytań, jakie wciąż pozostają bez odpowiedzi.

Istotnie, jeśli chodzi o 11-M, starożytna zasada is fecit cui prodest (ten dokonał, kto zyskał) sugeruje związek PSOE (hiszpańskich socjalistów), a także ETA, z zamachami (pisaliśmy o tym ostatnio w „Naszym Dzienniku”, m.in. przy okazji niedawnej manifestacji przeciw ETA w Madrycie). Dodatkowo w toku śledztwa starannie ukrywano wszelkie możliwe powiązania zamachowców z baskijską organizacją terrorystyczną, starając się wyeksponować wątek islamski. To miało jeszcze bardziej pogrążyć ludowców, którzy w czasie sprawowania władzy wysłali hiszpańskich żołnierzy do Iraku.

Oczywiście jest mało prawdopodobne, żeby za masakrę, w której zginęło 191 osób, w tym czworo Polaków, odpowiadała wyłącznie ETA. Jednym z najbardziej dramatycznych przypadków 11-M była historia Patrycji Rzący, siedmiomiesięcznej dziewczynki z Alcalá de Henares. Córka Polaków, którzy do Hiszpanii przybyli za chlebem, przeżyła zamach. Przez kilkadziesiąt godzin lekarze walczyli o jej życie – bez powodzenia. Choć w wybuchach zginęli głównie rdzenni Hiszpanie, to imię Patrycji, najmłodszej, jakby najbardziej niewinnej ofiary terrorystów, pojawiało się najczęściej na transparentach na wszystkich demonstracjach solidarności z ofiarami zamachu. W wyniku eksplozji zginął również ojciec dziewczynki, zaś matka została ciężko ranna. Raczej wydaje się, że doszło do swego rodzaju porozumienia różnych organizacji. Dwuznaczna (delikatnie mówiąc) postawa PSOE i rządu Zapatero nie pozwala sądzić, by to porozumienie odbyło się bez ich udziału.

Krzysztof Jasiński
drukuj