Cierpienie jest tajemnicą

W niedzielę, 11 lutego, w liturgiczne wspomnienie Najświętszej Maryi Panny z Lourdes, Kościół obchodzi XV Światowy Dzień Chorego. Benedykt XVI skierował orędzie do chorych, którzy stoją w obliczu własnej śmierci. O pomocy terminalnie chorym, o sensie cierpienia z ks. Józefem Jachimczakiem, krajowym duszpasterzem służby zdrowia, rozmawia Maria Popielewicz


W tym roku już po raz piętnasty obchodzimy w Kościele Światowy Dzień Chorego. Czy mógłby Ksiądz przypomnieć historię tego dnia?


– Światowy Dzień Chorego został ustanowiony przez sługę Bożego Jana Pawła II 13 maja 1992 roku, w 11. rocznicę zamachu na jego życie na placu św. Piotra. Pierwszy Światowy Dzień Chorego obchodzony był właśnie w Lourdes w 1993 roku. Jan Paweł II o tym miejscu napisał: „Sanktuarium u stóp Pirenejów wydaje się świątynią ludzkiego cierpienia”. Jak wiemy, to miejsce jest po dziś dzień symbolem nadziei i łaski oraz wielu uzdrowień.


Jak zachować się wobec cierpienia?


– Z cierpieniem, śmiercią spotykamy się niemal codziennie. Nikt z nas nie jest wolny od cierpienia, ono jest doświadczeniem ogólnoludzkim, towarzyszącym człowiekowi pod każdym stopniem długości i szerokości geograficznej. Każdego niemal dnia media informują nas o tragicznych cierpieniach, nieszczęściach, katastrofach, huraganach, powodziach, epidemiach. W takich wypadkach wystarczy spojrzeć ludziom w oczy, by zobaczyć, ile w nich kryje się smutku, goryczy życia, trwogi, lęku, zawodu, zmęczenia, bezradności, zwątpienia, rozpaczy, troski. Czasem to urasta do takiej chwili beznadziejności. I trzeba pogodzić się z tym, że na ziemi cierpienia się zdarzają. Nie żyjemy bowiem w raju, ale na ziemi. I dlatego obok radości i szczęścia są ból, choroby, cierpienia, nieuleczalnie chorzy i niestety śmierć.

W sytuacji dramatycznej człowiek nieuleczalnie chory możne doświadczać niekiedy pewnego kryzysu. Zastanawia się nad własną sytuacją, co może rodzić poczucie braku sensu, i mimo postępu w naukach medycznych – mimo wspaniałych środków do leczenia – człowiek nie może być wolny od końca życia ziemskiego, którym jest śmierć. Jest ona udziałem każdej osoby ludzkiej, która musi być na to przygotowana. Przychodzi moment, że żadne lekarstwo, żadna iniekcja, żadne podłączenie do aparatu już nie wystarczy. Człowiek ma świadomość tego, że umiera – większą czy mniejszą. To jest właśnie dziwne doświadczenie psychologiczne, że człowiek nie zawsze zdaje sobie sprawę, że to jest jego koniec. I dlatego ludzie z otoczenia powinni właśnie temu człowiekowi pomóc.



Jak pomagać nieuleczalnie chorym?

– Skoro nie można wyeliminować przyczyny wielu chorób, to trzeba stworzyć nieuleczalnie chorym odpowiednie i godne warunki. Najbliżej chorych są lekarz, pielęgniarka i najbliższa rodzina. Posługę w domu chorego sprawuje zespół, w skład którego wchodzą najczęściej kapłan, lekarz, pielęgniarka i wolontariusze. Tak dzieje się w posłudze hospicyjnej. Cały zespół koncentruje się na adekwatnej pomocy. Hospicja są po to, by poradzić sobie z bezradnością wobec nieuleczalnej choroby. One mają pomóc w przeżywaniu choroby terminalnej. Bardzo ważną rzeczą jest wsparcie duchowe, którego chorzy bardzo potrzebują. Wtedy chory przestaje być osamotniony w swym cierpieniu. Bezduszne, przedmiotowe traktowanie człowieka pogłębia frustrację. A przecież tak niewiele potrzeba, by poprawić samopoczucie chorego, który często czuje się odrzucony, samotny, niemal „trędowaty”. Niepotrzebne są wielkie słowa, jedynie serdeczny uścisk dłoni i chwila czasu spędzonego razem, nawet w milczeniu, co pozwala uwierzyć, że jest się kochanym i kimś ważnym w oczach Boga i ludzi.


Jak towarzyszyć odchodzącym?


– Chory, widząc i czując siebie w perspektywie wieczności, zawsze pragnie uporządkować swoje życie. Poczucie winy nieusprawiedliwionej w Miłosierdziu Bożym staje się dla niego zgryzotą, której towarzyszy lęk przed wiecznością. Ciężko chory w niejednym przypadku będzie więc się starał zrzucić ciężar duchowy, zrobić niejako swój życiowy bilans. Aby tak się stało, trzeba tak poprowadzić chorego, aby skorzystał z posługi duchownego, kiedy jest jeszcze w pełni sił. Ale taka komunikacja, choć z pozoru zewnętrzna, może odbyć się tylko na płaszczyźnie serca i wiary. Tego nie zrozumie człowiek powierzchowny i przypadkowy.


U nas tak się jakoś przyjęło, że nie mówi się chorym, iż cierpią np. na nowotwór. Czy mówić innym prawdę o ich stanie, nawet gdy są umierający?


– To jest bardzo kłopotliwe zagadnienie, wszystko zależy od psychiki chorego. Wśród specjalistów odpowiedzialnych za prawo człowieka chorego do prawdziwych informacji o jego stanie zdrowia toczy się od dawna spór o to, co lepsze: milczenie w imię ochrony psychiki pacjenta czy też danie umierającemu szansy, by świadomie wypełnił ostanie dni swego życia. Czasem chory wyczuwa swój ciężki stan. Niekiedy nie jest przygotowany na przyjęcie złej informacji o stanie swego zdrowia.

Ostatnio byłem przy śmierci chorej, którą dobrze znałem. Ona zdawała sobie sprawę, że umiera. Mówiła: „Ja już mogę jutra nie dożyć”. Lekarz na ogół nie mówi wprost, ale daje do zrozumienia, że medycyna jest już bezradna. Do końca jednak zadaniem opiekujących się chorym jest dawać nadzieję, że jeszcze będzie lepiej.

Jest jednak taki moment, aby w kontekście sytuacji granicznej pokierować chorego – tak jak tego chciał Jan Paweł II w liście „Salvifici doloris” – aby to cierpienie zyskało odkupieńczy sens. Wiara uczy szukać ostatecznego sensu cierpienia właśnie w męce, śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa. Trzeba doprowadzić chorego do tego momentu, by mógł on przyjąć z wiarą, że Chrystus cierpiący na krzyżu jest dla niego nadzieją w jego cierpieniu. Choroba jest szkołą pokory, człowiek jest ograniczony, zdany na pomoc innych, to jest taki moment, że człowiek przechodzi jakby do innego świata.


Czasem nie da się ulżyć cierpieniu, nawet takiemu codziennemu, zwykłemu bólowi, który dotyka każdego z nas. Co zrobić, by go nie zmarnować?


– Faktycznie. Cierpienie jest pewnego rodzaju tajemnicą. Nigdy nie da się go do końca wyłączyć ze swojego życia. Katolicka nauka o cierpieniu kładzie taki mocny nacisk na obowiązek walki z cierpieniem. Mamy prawo i obowiązek leczenia. Nikt oczywiście nie prosi o cierpienie, o chorobę, ale skoro ona przychodzi, to mamy obowiązek łączyć cierpienie z męką Chrystusa na krzyżu. Tu potrzebna jest wiara. Kościół nikogo nie zachęca do cierpiętnictwa. Kościół zachęca do usuwania cierpienia. To przecież Kościół zakładał pierwsze lecznice, szpitale, hospicja. Mamy takie wspaniałe przykłady ludzi, którzy poświęcali swe życie heroicznie chorym i umierającym. Dość wspomnieć Kosmę i Damiana, pierwszych aptekarzy, którzy leczyli bezinteresownie; to byli pierwsi wolontariusze, św. Wincentego ? Paulo, ojca ubogich i chorych, św. Brata Alberta, Matkę Teresę z Kalkuty i wielu innych.


Jaka jest sytuacja w naszym kraju, jeśli chodzi o hospicja, opiekę paliatywną? Czy dla chorych i umierających można znaleźć dobre miejsce?


– W naszym kraju nie jest źle. Opieka nad chorymi rozwija się coraz lepiej. W wielu diecezjach, a nawet w niektórych parafiach powstaje coraz więcej jednostek opieki paliatywnej, chociaż nadal są rejony, gdzie nie jest ona dostępna dla chorych. Nadal jest wielu ludzi, którzy boją się słowa „hospicjum”, bo dla nich to słowo kojarzy się ze śmiercią, mimo że pojawia się tak wiele napisów: „Hospicjum to też życie”.

Z okazji Światowego Dnia Chorego jako krajowy duszpasterz służby zdrowia chciałbym wyrazić wielką wdzięczność i uznanie kapelanom szpitali, lekarzom, pielęgniarkom i położnym, wolontariuszom, farmaceutom, a przede wszystkim najbliższej rodzinie, która dniem i nocą towarzyszy swoim chorym w ostatnich dniach życia. Podczas Mszy św. radiowej w bazylice Świętego Krzyża modlić się będziemy, aby Maryja, Uzdrowienie Chorych, nadal otaczała miłością i opieką wszystkich zranionych na ciele i duszy oraz wstawiała się za tymi, którzy się nimi opiekują.

Bardzo dziękuję za rozmowę.
drukuj