Skąd te wątpliwości?
Historyczna konstrukcja III Rzeczypospolitej jest tworem opartym na dwóch filarach. Jednym z nich stało się porozumienie części opozycji solidarnościowej z komunistycznymi elitami władzy, definiowany trzema frazami: Okrągły Stół, „gruba kreska” i „kompromis z Magdalenki”. Za tą podporą stoi jednak druga, dużo większa i silniejsza, czerpiąca swoją potęgę z faktu, że identyfikuje się z nią znacznie większa część Polski.
Chodzi o etos „Solidarności”, który stanowi w historii po 1989 roku swoiste sacrum. Nie jest to jedynie flaga związkowców, wycieraczka środowiska Michników czy też przebrzmiały wyborczy projekt. To coś więcej, gdyż zarówno obecnie rządzący prezydent i premier, jak i kilku innych, którzy ich poprzedzali, utożsamiają się z tym etosem.
Pisząc o lustracji, trzeba zadać sobie ważne pytanie, czy jest ona zagrożeniem dla etosu „Solidarności”? Czy lustracyjna kosiarka nie odsłoni prawdy na temat niektórych bojowników o wolność i demokrację, którzy z namaszczeniem noszą nadal w klapie znaczek NSZZ „Solidarność”? Nie chodzi tu przy tym tylko o to, że niektórzy z nich mogą okazać się zwykłymi szpiclami. Sytuacja jest o tyle gorsza, że przy okazji – jak twierdzą (zresztą zupełnie niesłusznie) przeciwnicy nowej ustawy lustracyjnej – mogą wyjść na jaw pikantne szczegóły z ich życia prywatnego. Nagle nobliwy ojciec rodziny okaże się cudzołożnikiem, pijakiem, narkomanem, złodziejem wynoszącym nocą z zakładu części do maszyn rolniczych albo oszustem.
Czy prezydentowi nie powinna więc zadrżeć ręka dzierżąca pióro, którym na ogół podpisuje ważniejsze ustawy? Czy nie powinien w tym momencie pomyśleć o żonie znanego działacza i być może starego dobrego kolegi, o której wiedział to i owo? Czy możliwość ujawnienia prawdy o ludziach, którzy spali wspólnie na styropianie w Stoczni Gdańskiej, nie powinna powstrzymać go od postawienia ich pod pręgierzem? Czy to nie spowoduje paskudnych rys na ich etosie?
Jednak każdy myślący człowiek wie, że żaden etos nigdy rzeczywiście nie był bez skazy. Niejeden rycerz był zbójem i niejeden kapłan zszedł na drogę występku, co jednak nie zniszczyło Kościoła, a rycerstwu nie przeszkadzało trwać przez wiele wieków. Jeśli więc etos „Solidarności” jest prawdziwy, jeśli poświęcenie tysięcy ludzi, którzy narażali swoje życie w imię walki z komuną, było prawdziwe, w co ja osobiście wierzę, to nie ma się czego obawiać. Kilka rys, kilku nieszczęśników wywleczonych na medialne forum nie zniszczy pozytywnej pamięci Narodu o dniach sprzeciwu wobec bolszewickiego reżimu.
To po pierwsze. Po drugie zaś, nowa ustawa lustracyjna jest „bezpieczna” nawet z tego punktu widzenia. Zawiera ona bowiem bardzo daleko idące zabezpieczenia przed takim publicznym praniem brudów życia prywatnego. Żadne szczegóły dotyczące stanu zdrowia oraz – co chyba najważniejsze – życia seksualnego nie będą bowiem ujawniane! Czas więc przestać mydlić ludziom oczy pseudoargumentami o rzekomym przekraczaniu granicy ludzkiej intymności przez nową regulację.
Naturalnie nie ma ustaw doskonałych i nowa ustawa lustracyjna też nie jest aktem idealnym. Ale przyznać trzeba, że w porównaniu do średnich standardów radosnej sejmowej twórczości prezentuje ona bardzo wysoki poziom legislacyjny. A wpadki są stosunkowo nieliczne i niezbyt istotne z punktu widzenia funkcjonowania całego mechanizmu lustracji.
W tym miejscu warto jedynie zwrócić uwagę na dość nieszczęśliwy przepis o obowiązku sporządzenia przez Instytut Pamięci Narodowej wykazu osobowych źródeł informacji (tzw. OZI), czyli mówiąc potocznie, listy agentów. Jest to oczywiście zadanie bardzo trudne i można mieć wątpliwości, czy w ogóle wykonalne, przy założeniu, że chce się to zrobić w miarę rzetelnie. Dlatego też ten przepis powinien zostać szybko usunięty w drodze nowelizacji. Ale z drugiej strony jest to jedyny przepis w nowej ustawie, który wymagałby tak radykalnych działań legislacyjnych i w żadnym razie nie powinien stanowić przyczyny odrzucenia przez prezydenta całości nowej koncepcji. W istocie rzeczy jest to bowiem tylko szczegół.
Nie wierząc specjalnie w różne spiskowe teorie, można przy okazji zastanowić się nad genezą umieszczenia powyższego przepisu w nowej ustawie. Co ciekawe, został on „wrzucony” w ostatniej chwili przez posłów Platformy Obywatelskiej. Czyżby miał spełniać rolę kukułczego jaja, dać prezydentowi pretekst do zawetowania ustawy i tym samym unicestwienia na długi czas planu wprowadzenia nieskrępowanej jawności życia publicznego w Polsce? Jeśli tak, to postępując zgodnie z założeniami autorów tego przepisu i wetując ustawę, prezydent Kaczyński i jego obóz polityczny strzeliliby sobie samobójczego gola. Miejmy nadzieję, że tak się nie stanie.
W trakcie debaty lustracyjnej dużo powiedziano i napisano o walce pokoleń, „spóźnionych rewolucjonistach” z PiS i tym podobnych rzeczy. Niestety, to znacząco wykrzywia rzeczywisty obraz sytuacji. Nowej ustawy nie tworzyli bowiem wyłącznie ludzie młodzi, tacy, co już nie mogli spać na styropianie i w związku z tym „nie wiedzą, jak to było”. Współautorami nowej koncepcji lustracji są również ludzie nobliwi, wielkie autorytety prawnicze (jak choćby były zastępca rzecznika interesu publicznego, sędzia Krzysztof Kauba) oraz wybitni praktycy od spraw lustracyjnych i szerzej – najnowszej historii Polski, wywodzący się głównie z Instytutu Pamięci Narodowej. Prezes IPN prof. Janusz Kurtyka jest gorącym zwolennikiem nowej ustawy. Czy nie jest to wystarczająca rekomendacja? Czy zdanie tych ludzi ma być mniej znaczące tylko dlatego, że w latach 80. nie byli w kierownictwie „Solidarności”?
Kiedyś bracia Kaczyńscy dokonali bardzo trafnej diagnozy politycznej, określając pewne środowiska polityczne (głównie salonowo-okołomichnikowe) jako front obrony przestępców. Niestety, w sprawie lustracji powstał dzisiaj swoisty front obrony społeczeństwa przed prawdą czy też po prostu obrony własnej – nie tak do końca chlubnej – przeszłości. Szkoda, że tak się stało, bo ufam głęboko, że przynajmniej niektórzy uczestnicy tego frontu (choćby Zbigniew Romaszewski) w rzeczywistości nie mają się czego wstydzić, jeżeli chodzi o przeszłość. Niszczą jednak swój własny autorytet zaciekłą walką przeciwko nowej ustawie lustracyjnej i ujawnieniu prawdy, o wiele skuteczniej niż uczyniłyby to otwarte archiwa Instytutu Pamięci Narodowej. Naprawdę szkoda.
