Pisać każdy może

Internetowe pamiętniki, czyli blogi, zaledwie od kilku lat dostępne w sieci, stały się jak na swój krótki staż dość opiniotwórczym medium. Szczególnie blogi polityków, które służą autopromocji, czego modelowym przykładem jest blog byłego premiera Kazimierza Marcinkiewicza. Internetowe „dzienniki” sprzyjają też swobodniejszemu wypowiadaniu się, łatwiej bowiem wyrazić mało popularny pogląd w „osobistym” blogu, „dołożyć” działaczowi innej partii, rządowi, niż powiedzieć to przed kamerą.
Niejednokrotnie blogi stają się także źródłem sensacyjnych informacji. W lecie tego roku w blogu Ryszarda Czarneckiego, eurodeputowanego Samoobrony, znalazła się np. informacja, że trener piłkarskiej reprezentacji Polski Paweł Janas złożył dymisję, na „newsa”
– zanim został zdementowany – powoływały się niektóre media. Innym razem Czarnecki napisał o konfliktach Solorza z Lisem w Polsacie i Leppera z Wildsteinem; blogowe nowinki od razu podchwyciły tzw. wielkie media.

Samoobrona w awangardzie postępu
Słowo „weblog” zostało użyte po raz pierwszy w 1997 roku, początkowo na oznaczenie umieszczania na stronie www linków, którymi – zdaniem autora – warto byłoby się podzielić z innymi użytkownikami sieci. Dwa lata później słowo „weblog” podzielił niejaki Peter Merholtz na dwa odrębne wyrazy „we blog”. Samo zjawisko blogowania wyprzedziło pojawienie się jego nazwy, sięga początków lat 90. W Polsce blogosfera jest dużo uboższa i młodsza niż np. w Stanach Zjednoczonych; zaczęła się rozwijać dopiero na przełomie 2001 i 2002 r., a pierwszy polski serwis internetowy dla blogersów ruszył w czerwcu 2000 roku. W blogosferze politycznej jako pierwsi zadebiutowali jednak nie politycy Platformy Obywatelskiej, którzy swoją ofertę kierują do wyborców młodych, wykształconych, mieszkańców większych miast, ale… działacze Samoobrony. I nie jest tu pionierem autor jednego z najbardziej znanych e-pamiętników Ryszard Czarnecki, który założył swój blog w czasie kampanii wyborczej do europarlamentu w 2004 r., ale radny Samoobrony z Bielawy, Sławomir Waś, który „bloguje” z górą pięć lat, tylko mało kto o tym słyszał. Co innego blog Kazimierza Marcinkiewicza, o którym było bardzo głośno, jeszcze zanim się pojawił w sieci.

Sieciowa tuba propagandowa
Pisząc blog, można się za darmo zareklamować, i to w sposób o wiele bardziej komfortowy niż np. w telewizji, gdzie zapraszani są adwersarze albo prowadzący rozmowę dziennikarz chce zaprezentować siebie i zadaje kłopotliwe pytania bądź przerywa monologi będące nie tyle odpowiedzią na pytanie, ile tym, co polityk chce akurat powiedzieć. Cel prowadzenia bloga przez polityka jest więc głównie marketingowy i trudno w tych e-pamiętnikach dopatrzyć się np. publicystyki politycznej pierwszej próby. Zresztą ci, którzy mogliby pewnie coś niesztampowego popełnić, jak np. Ludwik Dorn, Jarosław Kaczyński, Jan Olszewski, blogów nie prowadzą. Dlaczego? Wydaje się, że np. brak czasu nie jest tu głównym powodem. Jak przypuszczam, nie każdemu taka tania forma komunikowania się z wyborcami odpowiada, jako obarczona pewnym ryzykiem równie taniego efektu. Polscy polityczni blogersi to m.in. Wojciech Wierzejski, Joanna Senyszyn, Marek Siwiec, Waldemar Pawlak, a zatem o sztampę w politycznej blogosferze nietrudno. Wyjątkiem wśród blogersów jest ubiegający się o prezydenturę Warszawy Janusz Korwin-Mikke, przy którym przynajmniej trudno się nudzić. Korwin-Mikke wypowiedział w swoim blogu wojnę nie tylko urzędasom i korupcji w stolicy, ale także… tramwajom, nie mówiąc, że zdaniem Korwina-Mikkego, „80% „klasy politycznej” powinno siedzieć w kryminale, a nie w Senacie czy Sejmie”.

Dla każdego coś dobrego
Kontrastowo inny klimat panuje w sieciowym pamiętniku Kazimierza Marcinkiewicza, który chyba najbardziej ze wszystkich obliczony jest na budowanie image i zjednywanie wyborców. Ani cienia konfrontacyjnego tonu w wypowiedziach o politycznych adwersarzach, śladowe ilości polityki, chęć podobania się każdemu, sporo ogólników. „Jestem przekonany, że aby dotrzeć do konkretnego środowiska, niezbędny jest dobór nie tylko treści, ale także formy. Inaczej prowadzę rozmowy z rektorami uczelni, a inaczej z gimnazjalistami. Innych słów używam na spotkaniu ze związkowcami, a innych na spotkaniu w kościele. To normalne i naturalne” – pisze Marcinkiewicz w swoim blogu, który może być zaskoczeniem o tyle – poza tym, że nie ma w nim polityki – iż sprawia momentami wrażenie jakby był adresowany głównie do nieco indyferentnych, młodszych wyborców. „Znów napiszecie, że nudzę, że piszą mi to PR-owcy, że skończ z tym ściemnianiem Kazik” – pisze były premier, wyprzedzając niepochlebne opinie i jednocześnie dementując plotki, że ktoś go w pisaniu wyręcza. Ocena socjologa Janusza Czaplińskiego, że „blog Marcinkiewicza jest trochę w stylu magazynu Bravo”, może była złośliwa, ale też nie do końca chybiona.
Jeśli Marcinkiewicz już nawet pisze o polityce, to niezwykle ostrożnie, z pozycji kogoś dystansującego się i przy tym zdecydowanie naiwnego jak na polityka do niedawna z pierwszego szeregu: „Chyba jestem zbyt naiwny na dzisiejszą politykę. Gdy byłem premierem, przyjaciele z Platformy Obywatelskiej wielokrotnie dawali znać, że mnie wspierają, że to, co robię, ma sens, że mogę liczyć na ich – raczej ciche – ale jednak wsparcie, że liczą na współpracę – jeśli nie dziś, to w przyszłości. Wielokrotnie padały takie wypowiedzi publicznie. Dziś, gdy patrzę na plakat wyborczy PO w Warszawie, dziwię się. Nie jest to plakat kampanii merytorycznej, merytorycznego sporu, budowania, tworzenia, programu dla Warszawy. To znów walka, zwykła, prosta bijatyka”. Czy jednak z Platformą był kiedykolwiek merytoryczny spór za premierostwa Marcinkiewicza? „Pamiętam moje ostatnie spotkanie z Donaldem Tuskiem w Sopocie, jeszcze w lipcu, tuż przed dymisją. Pan przewodniczący mówił o konieczności współpracy, o potrzebie wspólnego budowania programu dla Polski. Mówił, że wie, iż łączy nas dużo i warto to wykorzystać, że gwarantuje spore poparcie i szacunek wielu polityków PO. Przestrzegał mnie przed moimi partyjnymi przyjaciółmi. Zapewniał, że razem możemy jeszcze sporo zdziałać. Po co więc i dlaczego dziś niemerytoryczna konfrontacja?” – pisze koncyliacyjnie Marcinkiewicz, żeby nikogo do siebie nie zrazić, w tym wyborców PO, co nie jest wcale złe, choć niekoniecznie jest to ciekawa lektura.

Blogowy „lew salonowy”
Podobnych dylematów z unikaniem konfrontacji nie ma zupełnie Ryszard Czarnecki z Samoobrony: „Na lotnisku Zaventem w Brukseli spotykam Marka Siwca, eurodeputowanego z SLD. Mówię mu, że widziałem, jak wczoraj w TV podniósł rękę na rząd Rzeczpospolitej. Mówię, że albo mu ta ręka uschnie, albo będzie mu odrąbana”. W niełaskach u Czarneckiego jest nie tylko Siwiec, ale także były partyjny kolega z ZChN Kazimierz Marcinkiewicz, któremu bardzo osobliwie życzył w lipcu br. „połamania pióra”: „Dzisiaj komisarz Kazimierz odpali swojego bloga. Widocznie uzna, że co nie przystoi premierowi, ujdzie jednoosobowemu zarządowi komisarycznemu stolicy. Mam nadzieję, iż blog Marcinkiewicza będzie pisał… Marcinkiewicz, a nie Pinokio – Ciesiołkiewicz czy inny wynajęty skryba”. „Pinokio” to jeszcze, jak się okazuje, jednak nic w porównaniu z tym, jak Czarnecki „skomplementował” kandydatkę Platformy na prezydenta Warszawy: „W PO rośnie świadomość, że Gronkiewicz-Waltz (w dwuznacznym skrócie HGW, ps. Gronkowiec) nawet po 100 lekcjach u logopedy i oddychaniu wyłącznie przeponą – choćby zatańczyła salsę i zaśpiewała w konwencji hip-hop – to i tak nic tu nie ugra”.

Tylko dla orłów
„Mój blog zrodził się z potrzeby publicystycznej oraz chęci jakiejś formy autoprezentacji” – zwierzył się jednej z gazet Marek Siwiec, europarlamentarzysta z SLD i niesławnej pamięci bohater „incydentu kaliskiego”. „Potrzebę publicystyczną” realizuje jak spod sztancy SLD, krytykując w czambuł PiS i głowę państwa, chociaż spokojnie, bez „fajerwerków”: „Prezydent miał być obecny w polityce krajowej, a zamknął się w pałacu. Przez większą część mijającego roku trwało zamieszanie kadrowe w kancelarii głowy państwa. I gdyby życzliwie pominąć wszystkie wpadki, to i tak z pierwszych dwunastu miesięcy nie wynika żaden spójny obraz prezydentury. W niczym nie chce naśladować swojego poprzednika, nie proponując w zamian nowej jakości. Szkoda”.
Krytykę rządu dla orłów – trzeba wysilić mózg, żeby pojąć – ma za to w swoim blogu prezes PSL Waldemar Pawlak. Krótko i zwięźle podsumował np. pomysły ministerstwa edukacji na zlikwidowanie klas koedukacyjnych w gimnazjach oraz na zwalczanie przemocy w szkołach: „Proponuję krótką, jasną nazwę dla pomysłów MEN – „Gułagi dla…””. „W polityce krajowej mamy powrót do koalicji PiS, Samoobrona, LPR. Tym razem nikt PiSu nie zmuszał do ponownego zawierania koalicji z Samoobroną. W tym przypadku trudno mówić o reaktywacji czy jak publiczne media elegancko podają „o odnowieniu koalicji”. Ponowne (trzecie) wprowadzenie Andrzeja Leppera do rządu to recydywa” – efektownie spuentował odnowienie koalicji Pawlak jako ten, którego partia „nie zmusiła” PiS do „recydywy”.

„Głosik szpiczasty”
Rzadkiej próbki talentu literackiego można skosztować, czytając jeden z ostatnich wpisów na blogu posłanki SLD Joanny Senyszyn. Autorka e-pamiętnika prezentuje próbki twórczości zwycięzców konkursu na najlepsze limeryki rozpisane w ramach jej oficjalnego bloga: „Liberalna wicepremierka z Lublina/ReZytalizację w Rządzie rozpoczyna/”Lepiej walczyć z inflacją/Niż z BEATY-fik (s)acją”/To jest jej dewiza…Wróć! I miejsce dla syna”. Albo jeszcze lepszy kawałek, bo uderzający „w samo sedno”: „Spadło takich dwóch z Księżyca, marzy im się targowica. Wchodzą w układy i knują zdrady. Przewyższa ich tylko mównica”. I jeszcze jeden, chyba najlepszy, jeśli chodzi o autoprezentację autorki bloga, mimo że brakuje w nim krytycznych odniesień do rządu i flagowego „kaczyzmu”: „Pewien facet, nie wychodząc dziś z wanny słuchał głosu Senyszyn Joanny. Ubzdurałeś se chłopie, że to wanna cię kopie… a to głosik szpiczasty tej panny…” (pisownia oryginalna).
„W miarę utrwalania kaczyzmu zaostrza się walka partyjna. A propos terminu kaczyzm.(…)”Dziennik”, jak kiedyś „Wprost”, przypisał ojcostwo tego terminu felietoniście Igorowi Zalewskiemu. Sukces zawsze ma wielu ojców. Zapominają, że tylko matka jest pewna.
A matką – bez wątpienia – jestem ja”
– pisze wcale nie gorzej od wyróżnionych przez siebie poetów Joanna Senyszyn. Zgodnie zresztą z tym, co zapowiadała czytelnikom bloga: „Wraz z erą internetu nastały blogi. Są formą ekshibicjonizmu. Można pisać, co ślina na język przyniesie albo, co w duszy gra. Jeśli gra. Kiedyś pamiętniki pisały pensjonarki. Teraz politycy. Poziom podobny. Ze wskazaniem pensjonarek. Postanowiłam go podnieść, bo jesteś tego wart, Internauto! Zasługujesz na więcej niż wypociny Wierzejskiego, Marcinkiewicza, Czarneckiego…”.

Blog odtrutką?
Lepiej nie myśleć, co mógłby odpowiedzieć Joannie Senyszyn Ryszard Czarnecki, który też potrafi nie przebierać w słowach, a w blogowaniu czuje się jak ryba w wodzie i uważa swój blog za atrakcyjny. Zapytany w jednym z wywiadów, czy nie ma pretensji o to, że czasem jakaś gazeta powtarza – jako swoją – informację, podaną przez niego po raz pierwszy na blogu, odpowiedział, że nie ma, bo „blog Ryszarda Czarneckiego jest dobrem ogólnonarodowym” i „można z niego korzystać”. Z tym „dobrem ogólnonarodowym” to trochę przesada, ale z uwagi na pisane wartkim i barwnym językiem opisy blog pewnie jest chętnie czytany.
Czy można powiedzieć, że sieciowy „dziennik” jest już liczącym się opiniotwórczym medium? Na świecie podobno przybywa 15 tys. blogów dziennie. Po tym, jak pod koniec czerwca było głośno, że rusza blog Kazimierza Marcinkiewicza, można było sądzić, że w kampanii wyborczej i u nas blogi wysypią się jak grzyby po deszczu. Tak się jednak nie stało i blogosfera niewiele na tym straciła, bo w końcu blog polityka to tak jak jego nieustająca kampania wyborcza, a ta rzadko bywa ciekawa. Nawet w dosyć sprawnie i obrazowo pisanym blogu Ryszarda Czarneckiego męczy ta partyjna agitka. Jeśli więc już o opiniotwórczej roli mowa, to mogą taką z czasem odegrać blogi nie polityków, ale polityczne z komentarzami, felietonami, które jako nieskrępowane medium mogą stać się skuteczną odtrutką na poprawność tzw. poważnych mediów.

Julia Jaskólska
drukuj