Tylko prawda może wyzwolić

Z dr. Dariuszem Iwaneczko, historykiem IPN, obecnie wicewojewodą podkarpackim, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Hrabia Wojciech Dzieduszycki wyjawił swą agenturalną przeszłość. Przyzna Pan, że nazwisko osoby tak zasłużonej dla polskiej kultury w gronie tajnych współpracowników UB i SB jest pewnym zaskoczeniem?
– Przeglądając przez kilkanaście miesięcy dokumenty hrabiego Dzieduszyckiego, zdołałem się już oswoić z tym faktem. Tymczasem w odbiorze społecznym, a zwłaszcza dla środowiska wrocławskiego, szczególnie tego związanego z kulturą, a ściśle kulturą muzyczną, niewątpliwie jest to szok, pewne tąpnięcie. Trzeba bowiem pamiętać, że dorobek pana Dzieduszyckiego, osoby o charakterystycznym sposobie bycia, a zarazem przypominającym atmosferę polskiego przedwojennego dworu, jest bardzo pokaźny. Hrabia ogromnie zasłużył się w takich dziedzinach, jak dziennikarstwo, aktorstwo, prezentując i propagując kulturę muzyczną w Polsce. Był też człowiekiem mocno poważanym, zwłaszcza w środowiskach kresowych. To wszystko sprawia, że szok wynikający z faktu przyznania się przez Wojciecha Dzieduszyckiego do współpracy z UB, a następnie z SB może zaskakiwać, a niekiedy nawet porażać.

Niebawem ukaże się publikacja autorstwa Pana i Krzysztofa Kaczmarskiego dotycząca agenturalnej przeszłości Wojciecha Dzieduszyckiego. Co zadecydowało, że jego osobą zajmował się rzeszowski oddział IPN?
– Czasami zdarza się tak, że w historii i w ogóle w życiu rządzą przypadki. Tak też było w odniesieniu do osoby pana Wojciecha Dzieduszyckiego. Podczas kwerendy w archiwach IPN natrafiono na materiały związane z jego agenturalną przeszłością. Tak to już bywa, że historyk zajmujący się badaniem przeszłości musi mieć odwagę zmierzyć się z pewną postacią i faktami historycznymi, które jej dotyczą. Kiedy poznałem dokumenty, w zasadzie bez zastanowienia postanowiłem napisać o tej współpracy. Pisząc artykuł pt. „Życie w ukryciu, czyli agenturalna współpraca Wojciecha Dzieduszyckiego z aparatem bezpieczeństwa Polski Ludowej w latach 1949-1972”, który ukaże się w listopadzie br. w czwartym numerze periodyku wydawanego przez IPN pt. „Aparat represji w Polsce Ludowej 1944-1989”, starałem się odsunąć na bok emocje, a bardziej skoncentrować się na meritum sprawy. Z jednej strony temat okazał się niezwykle interesujący z uwagi na osobowość Wojciecha Dzieduszyckiego, a z drugiej – na materiały, które się zachowały w zasobach archiwalnych IPN.

Jak doszło do zwerbowania hrabiego przez organy bezpieczeństwa PRL i czy była to świadoma współpraca?
– Tak, z pewnością była to świadoma współpraca. Mamy tutaj do czynienia z trudnymi kwestiami, bo dotykamy ludzkiej natury, osobowości, psychiki i wreszcie pewnych okoliczności, z którymi musiał zmierzyć się człowiek żyjący w okresie komunizmu. Pamiętajmy, że był to rok 1949, głęboki stalinizm w Polsce, kiedy z ulic miast i wsi znikali działacze opozycji, patrioci, a czasami też ludzie Bogu ducha winni, którzy byli aresztowani na skutek splotu różnych wydarzeń. Osadzani w aresztach Urzędów Bezpieczeństwa Publicznego trafiali do więzień, a niejednokrotnie, jak to miało miejsce w przypadku działaczy polskiego podziemia, dostawali kulę w łeb. W kontekście tych wydarzeń trudno wyobrazić sobie, by Wojciech Dzieduszycki nie słyszał o tego rodzaju przypadkach, nie widział ich i by jego osobiście w jakiś sposób to wszystko nie dotykało. Dla wyjaśnienia dodam, że pan hrabia został zwerbowany przez funkcjonariusza UB, który nazywał się Stanisław Laufer. To był prostak, człowiek niedouczony, podobnie jak większość służalców ówczesnego systemu totalitarnego. W akcie werbunku uczestniczył również drugi funkcjonariusz o nazwisku Rafał Fuks, a zgody udzielił im przełożony kapitan Karol Hersz vel Grad. Wojciech Dzieduszycki pracował wówczas na stanowisku zastępcy dyrektora ds. technicznych Państwowych Zakładów Zbożowych we Wrocławiu. W ciemnym okresie stalinizmu każda awaria, każdy problem techniczny, jaki pojawiał się w takim zakładzie pracy, na ogół był uznawany jako działanie sabotażowe. Na Dzieduszyckiego, który już wcześniej był rozpracowywany przez Urząd Bezpieczeństwa, został złożony donos przez jednego z informatorów UB, który zeznał, że odpowiedzialny za problemy techniczne w zakładach zbożowych jest właśnie hrabia. Fakt ten wykorzystał w procesie werbunkowym ów prostacki Laufer, który wspólnie z Fuksem zaszantażował Dzieduszyckiego, twierdząc, że jeżeli nie podejmie współpracy, to będą mu grozić poważne konsekwencje. Sytuacja była jeszcze o tyle trudna, że żona hrabiego, druga żona (pierwsza zmarła na skutek wycieńczenia w obozie koncentracyjnym), była wówczas w stanie błogosławionym. Była to więc, przynajmniej dla mnie, sytuacja, która mogła istotnie zaważyć na decyzji o natychmiastowym podpisaniu zobowiązania i podjęciu aktywnej współpracy ze służbami PRL.

Jak wyglądała ta współpraca?
– W pierwszym okresie rzeczywiście była bardzo aktywna. Dzieduszycki własnoręcznie sporządzał raporty. Werbunek nastąpił 12 lutego 1949 r. i na przestrzeni tylko tego roku hrabia dostarczył organom bezpieczeństwa 80 dość intensywnych donosów. Później ta aktywność agenturalna na przestrzeni lat zaczęła nieco maleć. Były też kilkumiesięczne przerwy. Można powiedzieć, że współpraca przebiegała falami, raz przybierając tendencję zwyżkową, to znów opadając. W latach 60., w związku z wyjazdami Wojciecha Dzieduszyckiego za granicę, jego działalność agenturalna nabrała nowej dynamiki. Hrabia był założycielem kabaretu „Dymek z papierosa”, z którym niejednokrotnie wyjeżdżał na występy za granicę. Zostało to skrzętnie wykorzystane przez SB do zbierania informacji o środowiskach emigracji polskiej.

Jak wiele osób mogło zostać poszkodowanych w wyniku agenturalnej działalności hrabiego?
– W dokumentach łącznie przewija się kilkaset nazwisk z bardzo różnych środowisk. Trudno jednak określić, ile osób zostało de facto skrzywdzonych przez działalność pana Dzieduszyckiego. Żeby ostatecznie stwierdzić, na ile SB wykorzystywała donosy arystokraty, trzeba wykonać bardzo mozolną pracę. Wiemy natomiast, co zresztą wynika z materiałów operacyjnych, że w wielu przypadkach informacje te były aktywnie wykorzystywane w pracy operacyjnej, kilka osób mogło być aresztowanych m.in. z powodu tych donosów. Z całą pewnością podejmowano działania wobec wielu dziesiątek osób, które przewijały się w tych materiałach.

Hrabia Dzieduszycki w czasach swej aktywności zawodowej był dziennikarzem, artystą operowym, ale także znanym ze swej działalności animatorem kultury. Czy współpraca z UB i SB mogła mieć wpływ na osiągane przez niego awanse w świecie kultury?
– Takie pytania jako historycy również sobie zadawaliśmy i wciąż zadajemy: na ile to miało swoje przełożenie na awans w pracy zawodowej pana Dzieduszyckiego. Jeżeli bowiem mówimy o współpracy z organami bezpieczeństwa w latach 50., szczególnie do 1956 r., to należy pamiętać, że był to bardzo ciężki okres, kiedy zerwanie współpracy mogło być trudne. Natomiast po 1956 r. ludzie, którzy współdziałali wcześniej z UB, zrywali kontakty i współpracę – znam wiele takich przypadków z materiałów archiwalnych. Jednak Dzieduszycki tego nie zrobił. Nie wiem, czy działalność agenturalna hrabiego nie miała przełożenia na pewne możliwości poruszania się w środowiskach twórczych, na wyjazdy zagraniczne, skoro były one wykorzystywane przez bezpiekę. Należy pamiętać, że przecież pan hrabia wyjeżdżał za granicę z konkretnymi zadaniami w celu rozpracowania konkretnych ludzi czy też środowisk. W świetle tych faktów miało to na pewno swoje znaczenie. Zresztą w niektórych jego donosach, materiałach operacyjnych pojawiają się wątki obrazujące dość silną pozycję Wojciecha Dzieduszyckiego, która z kolei jasno wynikała z jego koneksji z władzami. Ponadto w środowisku podejrzewano, że dzięki tym układom czuje się on mocny.

Do czego były wykorzystywane informacje przekazywane przez hrabiego?
– Dzieduszycki niejednokrotnie dostarczał dość dokładne charakterystyki poszczególnych osób bądź też środowisk. Opisując ludzi, sięgał do rzeczy czasem bardzo osobistych, być może z pogranicza plotki, niemniej jednak były to też kwestie bardzo intymne. Biorąc pod uwagę, w jakim zakłamaniu funkcjonowały służby PRL-owskie, tego rodzaju haki mogły być wykorzystywane z jednej strony do werbunku pewnych osób, których dotyczyły, a z drugiej – do ich rozpracowania, zastraszenia czy do przerwania drogi ich awansu zawodowego. Trzeba powiedzieć, że w donosach Dzieduszyckiego jest mnóstwo wartościowania, zresztą bardzo subiektywnego, co z kolei musi przejść przez bardzo krytyczny warsztat historyka. Niewątpliwie były to informacje bardzo wnikliwie studiowane przez aparat bezpieczeństwa i bardzo dokładnie wykorzystywane do rozpracowywania środowisk, których dotyczyły.

Wspomniał Pan wcześniej, że poziom intelektualny funkcjonariuszy prowadzących hrabiego nie był najwyższy. Co natomiast można powiedzieć o raportach samego Dzieduszyckiego?
– Myślę, że w swoich donosach hrabia nie wykorzystywał w pełni swojej inteligencji. Czasami nie odbiegały one znacząco od poziomu intelektu funkcjonariuszy, którzy go prowadzili. Były też raporty pisane prostym, dość trywialnym językiem, zwłaszcza gdy hrabia opisywał niektóre osoby, wartościując ich osobowości. Znaczna część donosów była pisana własnoręcznie. Później, zwłaszcza w drugim okresie współpracy, donosy były spisywane przez funkcjonariusza, a więc także cechował je subiektywizm osoby piszącej, która niejako wkładała w te teksty samego siebie. Trzeba też powiedzieć, że informator „Jeden”, „Turgieniew”, pod którym krył się Dzieduszycki, czasami nawet sam siebie zadaniował, czyli jakby wyprzedzając intelekt funkcjonariusza, co zresztą nie było trudne, sam przenikał pewne środowiska. W jednym z raportów uzasadniał np., że specjalnie wstąpił do chóru kościelnego, żeby móc rozpracowywać księży ze swojej parafii. To dowodzi, że wykazywał się dość dużą aktywnością.

Działalność agenturalna arystokraty trwała od 1949 do 1972 roku. Czy w ciągu tych ponad dwudziestu lat Dzieduszycki próbował zerwać okowy współpracy?
– Ostatni donos złożony przez Dzieduszyckiego datowany jest na 1969 r., ale właściwie od 1966 r. ta współpraca przybiera formę incydentalną. Natomiast w 1972 r. dokonano formalnego wyrejestrowania ze współpracy TW o pseudonimie „Turgieniew”. Wojciech Dzieduszycki dwukrotnie próbował zerwać więzy z aparatem bezpieczeństwa PRL. Pierwsza próba miała miejsce w 1953 r., kiedy przekazał informację, jakoby w Radiu Wolna Europa dwukrotnie mówiono o nim jako o konfidencie UB. Była to ewidentna konfabulacja. Dzieduszycki chciał w ten sposób wzbudzić podejrzenie swoich mocodawców, że jest osobą zdekonspirowaną. Co prawda zawieszono z nim współpracę na pewien okres, ale informację sprawdzono. Kiedy jednak okazało się, że nie ma ona potwierdzenia w faktach, cała sprawa zakończyła się kolejnym zdyscyplinowaniem informatora. Innym razem hrabia Dzieduszycki twierdził, że otrzymuje telefony z pogróżkami, ale podobnie jak poprzednio nie dano temu wiary, uznając to za próbę wymuszenia zerwania współpracy. Rzecz jasna, były to dość nieudolne próby zerwania z agenturą. Tymczasem najskuteczniejsza byłaby po prostu odmowa współpracy, szczególnie po 1956 r., ale niestety „Jeden” tego nie uczynił.

Co w teczce „Turgieniewa” najbardziej Pana zaskoczyło?
– Zaskakujące było to, że w pewnych momentach działalności agenturalnej hrabia sam stawał się nadgorliwy i bardzo zaangażowany, co z kolei przejawiało się w dość intensywnym sposobie jego współpracy. Tymczasem miał on do czynienia z ludźmi o słabym intelekcie, z którymi to on mógł prowadzić pewną grę operacyjną, a nie wykazywać nadgorliwość. Drugi zaskakujący element dotyczy bardzo szerokiego spektrum środowisk, których dotyczyła współpraca Dzieduszyckiego. Był bardzo aktywny, począwszy od inwigilacji środowiska, w którym pracował, a więc PZZ we Wrocławiu, poprzez środowiska kultury, aktorów, pisarzy, dziennikarzy, po środowiska emigracyjne, gdzie mamy już do czynienia z poważnymi nazwiskami, takimi jak chociażby: Stanisław Lis, sekretarz Zarządu Głównego Federacji Światowej Stowarzyszenia Polskich Kombatantów, Jan Nowak-Jeziorański, Włada Majewska i Leopold Pobóg-Kielanowski z Radia Wolna Europa, a ponadto druga żona gen. Andersa – Irena Renata Anders, i wiele innych osób.

Większość ujawnianych agentów, wbrew zgromadzonym przez IPN dowodom, zaprzecza i odżegnuje się od swej agenturalnej przeszłości. Inaczej postąpił hrabia Dzieduszycki, który mało że przyznał się do współpracy z UB i SB, ale także publicznie wyraził skruchę i przeprosił wszystkich, którym mógł zaszkodzić.
– Jako historyk, a muszę powiedzieć, że uważam się za historyka odpowiedzialnego, podobnie jak Krzysztof Kaczmarski, współautor artykułu, uznaliśmy, że tam, gdzie dotykamy spraw człowieka, jego osobowości, duchowości czy psychiki, należy postępować bardzo ostrożnie. Stąd w wielu sytuacjach staramy się nie usprawiedliwiać współpracy, ale zrozumieć ją tam, gdzie jest to możliwe. Rzeczywiście jest tak, że w większości przypadków, które zostały publicznie ujawnione, tajni współpracownicy UB czy SB idą w zaparte do końca, nie przyznając się do działalności agenturalnej. Nie umiem powiedzieć, jakie motywy legły u podstaw decyzji pana Dzieduszyckiego, ale wobec tej decyzji ja osobiście chylę czoła. Szczególnie głęboko przemawiają do mnie słowa, jakie wypowiedział: „Naprawdę wybaczcie mi”. Pisząc tekst o współpracy hrabiego ze służbami PRL-u, miałem na uwadze jedną oczywistą zasadę: „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”. Nie wiem, czy ujawnienie prawdy nie spowodowało u pana Dzieduszyckiego, że on się wyzwolił z tego balastu, który tkwił w nim przez wiele, wiele lat, nawet wówczas, kiedy już zerwał tę współpracę. Ten gest jest godny pochwały. Taką mamy historię, albo się z nią zmierzymy, albo będziemy żyli w zakłamaniu.

Czy zatem można użyć stwierdzenia, że lustracja jest i powinna być dla ludzi uwikłanych we współpracę ze służbami PRL-u szansą na zrzucenie niechlubnego garbu przeszłości?
– Nie da się inaczej tego zinterpretować, aczkolwiek wszystko zależy od indywidualnego podejścia człowieka. Pan hrabia Wojciech Dzieduszycki uznał, że ta swoista autolustracja dała mu szansę. Tymczasem wiemy, że wiele środowisk w Polsce ocenia, że lustracja jest złem. Osobiście uważam, że lustracja jest szansą poznania prawdy, wyzwolenia się z więzów, może nawet układów do dziś głęboko tkwiących w ludziach czy środowiskach, które były związane z aparatem bezpieczeństwa w okresie PRL-u. Tę szansę należy i trzeba wykorzystywać. Szczerze mówiąc, dla mnie, jako współautora artykułu, przyznanie się pana hrabiego do współpracy z UB i SB było wielką ulgą. Proszę pamiętać, że gdyby nie odwaga arystokraty, cały ciężar ujawnienia tej prawdy spoczywałby na mnie i na moim koledze Krzysztofie Kaczmarskim. Mimo iż jesteśmy historykami, że robimy to w sposób, jak nam się wydaje – profesjonalny, to mamy też obawę, czy oby na pewno i do końca jesteśmy upoważnieni, by dotykać tak mocno i głęboko ludzkich spraw.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj