Nowe fałsze Grossa (21):Jak walczyć z kłamstwami
W prezentowanym tu ostatnim odcinku cyklu chciałbym zwrócić uwagę na pewne ogólniejsze sprawy w związku z ogromnym zbiorem fałszów Grossa. Chciałbym przede wszystkim zaakcentować, że „Strach” jest tylko swoistą kulminacją długotrwałych działań Grossa dla przyczernienia polskiej historii. Tym bardziej oburzająca jest ciągła bezkarność, a nierzadko nawet fetowanie fałszerza recydywisty. Stąd główna część tego tekstu stanowi próbę refleksji nad metodami przeciwdziałania fałszom Grossa i jego klakierów.
Oszust recydywista
Minęło już ponad 25 lat od chwili, gdy Gross zapoczątkował swe zabiegi w celu spotwarzania polskiej historii. Dokładnie w 1979 roku po raz pierwszy zaznaczył swoje skłonności do eksponowania ponad wszystko martyrologii Żydów kosztem równoczesnego maksymalnego pomniejszania polskiej martyrologii i polskiego heroizmu. Zrobił to w wydanej w 1979 r. w Stanach Zjednoczonych książce „Polish Society under German Occupation”. Gross napisał swą książkę dla amerykańskich czytelników, na ogół zupełnie nieznających polskiej historii wojennej. Tym usilniej starał się wmówić czytającym go Amerykanom, że działalność polskiej konspiracji nie była wcale ryzykowna, wręcz przeciwnie – podejmowano ją w warunkach zdumiewającej wolności. Kulminacją tych łgarstw były podane na stronie 240 książki Grossa twierdzenia: „Tak, paradoksalnie Polacy cieszyli się większą wolnością w okresie 19391944 niż w ciągu całego stulecia [podkr. – J.R.N.]… Sądzę, iż można słusznie przyjąć, że rozmnożenie się organizacji podziemnych i obfitość konspiracyjnych inicjatyw należy zawdzięczać w znacznej mierze istnieniu w Generalnej Guberni w czasie wojny swobody politycznej. Trudno przypuścić, by podziemne organizacje mogły powstać i istnieć w takiej liczbie, gdyby było inaczej”.
Jak z tego wynika, można by było powiedzieć: „Prawdziwa sielanka za rządów Hansa Franka!”. Tak się złożyło, że dzięki tej niemieckiej „wolności” zginął mój ojciec, podobnie jak kilka milionów innych Polaków. Czytając tego typu stwierdzenia Grossa, nie mogłem więc nie uznać, że mamy tu do czynienia nie z prawdziwym naukowcem, lecz z oszustem i hochsztaplerem, niegodnym podania ręki.
Jako pierwszy obnażył antypolską wymowę wspomnianej książki Grossa Stefan Korboński, jeden z przywódców Polskiego Państwa Podziemnego (były delegat rządu RP na kraj). W artykule opublikowanym na łamach paryskich „Zeszytów Historycznych” (nr 58, s. 176184) bardzo ostro napiętnował on różne kłamstwa Grossa. Korboński szczególnie mocno polemizował z ujawniającym się w książce Grossa oskarżaniem całego polskiego społeczeństwa o antysemityzm i obojętność wobec zagłady Żydów. Podsumowując swe uwagi krytyczne, napisał, że „prof. Gross włączył się do grona tych autorów amerykańskich, którzy za swój święty obowiązek uważają obciążanie narodu polskiego niepopełnionymi winami”.
Korboński wystąpił z krytyczną oceną wymowy „pisarstwa” J.T. Grossa również w wydanej w 1989 roku w Nowym Jorku książce „The Jews and Poles in World War II”. Zaliczył Grossa do tych przybyszów z Polski do USA, którzy uznali, że oskarżanie Polaków o antysemityzm, a nawet współpracę z Niemcami „przyniesie im korzyści osobiste” (wg polskiego wydania książki S. Korbońskiego „Polacy, Żydzi i Holocaust”, Warszawa – Komorów 1999, s. 105, 106, 111).
Warto dodać coś, o czym – o ile wiem – nikt jeszcze przede mną nie przypomniał. Otóż jedną z pierwszych osób, które „poznały się” na Grossie, był naczelny redaktor paryskiej „Kultury” Jerzy Giedroyć. Już 3 kwietnia 1981 roku pisał on w liście do Jana NowakaJeziorańskiego, że J.T. Gross i jego żona to osoby „nafaszerowane kompleksami”, a ich wykłady „uniwersyteckie” „mają w kraju (poza kręgiem ich przyjaciół) jak najgorszą opinię” (J. NowakJeziorański, J. Giedroyć, Listy 19521998, Wrocław 2001, s. 566).
Z kolejnymi skrajnymi uogólnieniami na temat „polskiego antysemityzmu” Gross wystąpił na łamach „Aneksu” (nr 4142 z 1986 r.) w eseju: „Ten jest z Ojczyzny mojej… ale go nie lubię”. Twierdził tam, jakoby podczas okupacji hitlerowskiej „znakomita większość polskiego społeczeństwa odczuwała brak sympatii dla Żydów”, jakoby postawy Polaków „były… na ogół antyżydowskie”. Tekst Grossa wywołał ostrą polemikę na łamach rocznika „Polin” poświęconego stosunkom polskożydowskim. Podjął ją historyk Władysław Teofil Bartoszewski, wykładający historię na uniwersytecie w Oksfordzie, syn Władysława Bartoszewskiego, późniejszego ministra III RP. W tekście opublikowanym na łamach „Polin” pt. „Jews as a Polish Problem” (Oxford 1987, t. II, s. 399403) Bartoszewski zarzucił Grossowi świadome zniekształcanie tekstów, w celu oczernienia Polaków jako antysemitów.
Skrytykowanie Grossa przez Bartoszewskiego pozostało bez efektu. Gross coraz dalej posuwał się w manii tropienia „polskiego antysemityzmu” (vide książki: „Upiorna dekada” i „Sąsiedzi”). Pisarstwo Grossa coraz bardziej stawało się dosłowną ilustracją słów żydowskiego noblisty pisarza Isaaca Bashevisa Singera: „Żydzi potrzebują antysemityzmu jak powietrza.(…)Żyd jest to taki człowiek, który nawet na bezludnej wyspie znajdzie antysemitę”.
Na próżno coraz więcej krytyków Grossa zwracało uwagę na jego skrajną tendencyjność, ewidentne zafałszowania i fatalne braki warsztatu naukowego. Można by tu przytoczyć mnóstwo znaczących autorów, od prof. I.C. Pogonowskiego, prof. M.K. Dziewanowskiego, prof. T. Strzembosza, ks. prof. W. Chrostowskiego po prof. N. Finkelsteina, prof. R.C. Lukasa, dr D. Kacnelson po niemieckiego badacza dr. B. Musiała. Opinię ich szerzej przedstawię w książkowej wersji cyklu. Tu przypomnę tylko, że nawet w tak wysławiającym Grossa „Tygodniku Powszechnym” (nr z 28 kwietnia 2002 r.) ukazały się w końcu bardzo krytyczne słowa o nim – w wywiadzie prof. Tomasza Szaroty. Powiedział on m.in.: „Gross(…)nie ma fachowego przygotowania do napisania pracy historycznej spełniającej wymagania warsztatowe tej dyscypliny. On jest socjologiem i nigdy nie nauczył się warsztatu historyka: poszukiwania źródeł i ich oceny. Tymczasem nasze, tzn. historyków zarzuty i uwagi krytyczne odczytuje jako przejaw zakorzenionego w Polakach antysemityzmu”. Głośny publicysta emigracyjny Karol Zbyszewski pisał kiedyś: „Im głupszy Żyd, tym bardziej dopatruje się wszędzie antysemityzmu”. W przypadku Grossa, wypisującego tak wiele nonsensów o rzekomym „polskim antysemityzmie”, nie chodzi jednak o przejawy głupoty. Mamy po prostu do czynienia z cynicznym hochsztaplerem, który zorientował się, że może świetnie zarobić na atakowaniu Polaków w imieniu „przedsiębiorstwa holokaust” i korzysta z okazji. Money, money, money – oto główny klucz do „pisarstwa” Grossa. Pewną rolę w stachanowskim antypolonizmie Grossa być może odgrywa również nadgorliwość wynikła z chęci zamazania pewnej bardzo brzydkiej skazy sprzed lat. Warto przypomnieć tu, na co wskazywał jako na przypuszczalne źródło antypolskich obsesji Grossa Antoni Zambrowski. Po marcu 1968 roku był on jednym z więźniów Moczarowskiego SB – skazano go w sfabrykowanym procesie na dwa lata więzienia. Z tamtego czasu zapamiętał Grossa z jak najgorszej strony – jako jedną z osób, które fatalnie załamały się podczas przesłuchań. Według Zambrowskiego, Gross haniebnie wręcz sypał na swych kolegów współwięźniów. Zambrowski niejednokrotnie już wspominał w swych artykułach niegodne zachowanie Grossa w więzieniu po marcu 1968 roku. Ostatnio znów przypomniał tę sprawę w wywiadzie „Łże jak Gross” dla „Gazety Polskiej” z 19 lipca 2006 r. i w artykule publikowanym na łamach „Najwyższego Czasu” 15 lipca 2006 r. pt. „Cenzura pogromu?”. W tym ostatnim artykule Zambrowski napisał m.in.: „Jan Tomasz Gross był w 1968 roku więźniem marcowym, załamał się w śledztwie i obciążył swoich kolegów. Czytałem jego zeznania w materiałach własnego śledztwa i pamiętam obrzydliwości, jakie ze strachu opowiadał przesłuchującym go oficerom. Dziś odreagowuje swoje frustracje, obciążając odpowiedzialnością za ówczesny komunistyczny antysemityzm Bogu ducha winny naród polski”.
Dlaczego nie reagują
W „Gazecie Wyborczej” z 1617 września 2006 r. zaatakowano mnie (po raz 17. w tej gazecie od początku roku). Zostałem zaatakowany w dobrym towarzystwie. Zarzucając Radiu Maryja rzekomą jednostronną tendencyjność w doborze prelegentów, napisano: „W ostatnich tygodniach w Rozmowach niedokończonych pojawili się m.in. Zbigniew Wassermann, Kazimierz Marcinkiewicz i znany z antysemickich publikacji Jerzy Robert Nowak”.
Nie byłem zaskoczony metodą działania gazety, tak skorej do oszczerczych pomówień. Atakują mnie z pomocą oszczerczego pejoratywnego uogólnienia, podczas gdy przez parę miesięcy nie zdobyli się nawet na jedno zdanie konkretnej rzeczowej polemiki z moim tak długim cyklem artykułów w „Naszym Dzienniku”. Cyklem tak sprzecznym ze wszystkim, co wielbią koryfeusze „Gazety Wyborczej”. W kolejnych 20 pozycjach cyklu bezlitośnie wyszydzałem ulubieńca „Wyborczej” J.T. Grossa, tak szumnie windowanego niegdyś przez A. Michnika do rangi rzekomego spadkobiercy Mickiewicza i Słowackiego. Rozbijałem kolejne jego kłamstwa, a „Wyborcza” nawet nie pisnęła. Żadnej próby polemiki. Bo jakże mają michnikowcy polemizować z twardymi, niepodważalnymi faktami, jakże często przywoływanymi w oparciu o świadectwa uczciwych Żydów, jak najdalszych od tego, co się na co dzień bajdurzy w organie Michnika (vide teksty F. Mantela, O. Rufeisena, K. Mirskiej i in.). „Wyborczej” pozostaje więc tylko rzucanie od czasu do czasu obelżywymi epitetami.
Doszło do tego, że z wyraźną krytyką Grossa wystąpiła związana ze środowiskiem „Gazety Wyborczej” historyk Bożena Szaynok, była stypendystka Fundacji Batorego. W recenzji opublikowanej 25 sierpnia 2006 r. na łamach „Przeglądu Polskiego” (tygodniowego dodatku nowojorskiego „Nowego Dziennika”) Szaynok napisała m.in.: „Przyczyny antysemityzmu były jednak dużo bardziej złożone od przedstawionych w Fear przez prof. Grossa. Przyczyny niechęci części Polaków do ludności żydowskiej lokują się bowiem i w charakterze relacji polskożydowskich przed wojną, i w doświadczeniu lat 19391945, i w powojennej sytuacji politycznej. I w polityce, i w psychologii.(…)Próba zrozumienia niechętnych i wrogich Żydom postaw wśród części powojennego społeczeństwa polskiego nie da się wyjaśnić jedną czy dwiema prostymi tezami.(…)Książka Jana T. Grossa wprowadza niestety kolejne uproszczenia do tej debaty (polskożydowskiej). Pojawiają się one w tekście, ale także na poziomie zasadniczych tez lokujących przyczyny antysemityzmu powojennego w poczuciu winy Polaków za kolaborację z Niemcami, w mordowaniu Żydów czy obawie Polaków przed utratą korzyści materialnych czerpanych z przejętego w czasie wojny mienia pożydowskiego. Ta teza nie znajduje potwierdzenia w źródłach z tego okresu. Pojawia się w nich, co prawda, problem mordów ludności żydowskiej i rabunków z powodu mienia przejętego przez Polaków w czasie wojny, ale własność żydowska jest tylko jedną z wielu przyczyn wspomnianych zachowań.
Inny zasadniczy zarzut dotyczy sposobu wykorzystywania materiału źródłowego czy literatury. Autor wykorzystuje z nich te fragmenty, które dotyczą tylko antysemickich postaw Polaków [podkr. – J.R.N.], tworząc wrażenie, że antysemityzm jest zasadniczą cechą relacji polskożydowskich. I tak np. znajdujemy tylko zapis negatywnych reakcji Polaków na powstanie w getcie warszawskim. W innym miejscu z zapisu wspomnień niemieckich żołnierzy o postawach Polaków wobec Żydów autor wybiera jedynie te, które ilustrują kolaborację Polaków z nazistami, mimo że obok nich pojawiają się informacje o udzielaniu pomocy ukrywającym się Żydom, jak i o zwiększeniu represji wobec Polaków za taką właśnie działalność. (…)
Czytelnik po lekturze książki zostaje z przeświadczeniem, że opisywane postawy negatywnych, agresywnych zachowań wobec Żydów dotyczą większości Polaków.(…)Brak podkreślenia, że mówimy tylko o części społeczeństwa, np. w przypadku Kielc, jak wynika z ustaleń prokuratury po zakończeniu śledztwa w sprawie pogromu, na miejscu zdarzeń miało być około 500 osób (Kielce w tym czasie liczyły około 50 tys. mieszkańców)”.
Jak widzimy, nawet B. Szaynok – historyk związana ze środowiskiem „Gazety Wyborczej” – potwierdza zarzuty skrajnej tendencyjności „Strachu” Grossa, potwierdza niektóre konkretne zarzuty wysuwane przeze mnie w „Naszym Dzienniku”, choć mnie oczywiście nie cytuje.
Na tym tle tym bardziej kłopotliwa wydaje się sytuacja Znaku, który podjął się wydania „Strachu” w Polsce. Czyż nie jest rzeczą wprost szokującą, że takie wydawnictwo jak Znak chce wydać książkę o wyjątkowo obrzydliwej antypolskiej i antykatolickiej wymowie? Co prawda zapowiedziano, że Znak wyda tę książkę za rok, co jest okresem wielokrotnie dłuższym niż byłby potrzebny do przełożenia „Strachu”. Czytelnik z Piotrkowa Antoni Akerman przesłał mi kopie swojej korespondencji do wydawnictwa Znak w sprawie nowej książki Grossa. W odpowiedzi na bardzo mocne zastrzeżenia wyrażone przez A. Akermana w liście do Znaku co do wydania takiej książki wydawnictwo to broniło swej decyzji o publikacji „Strachu”, stwierdzając m.in.: „Jeśli chcemy być dumni z naszej tradycji i naszej historii, musimy sine ira zmierzyć się z jej ciemnymi kartami”. Pan Akerman odpowiedział m.in.: „Nieobca mi jest prawda, chcę się z nią zmierzyć, ale powielanie kłamstw, insynuacji, nie służy temu.(…)Wydając tę książkę, służycie ludziom, którzy nienawidzą Polski i Polaków”.
Ciekaw jestem, czy tak długi, roczny termin, oddzielający wydanie „Strachu” w Polsce od wydania jego anglojęzycznego oryginału, nie ma przypadkiem na celu dokonania przez Grossa rozlicznych cięć, złagodzeń i innych manipulacji w tekście książki, aby usunąć z niej najbardziej rażące fragmenty antykatolickie i antypolskie. Gross lubi stosować tego typu chwyty (np. wydanie jego książki „W czterdziestym nas, Matko, na Sibir zesłali” znacząco różniło się od wersji anglojęzycznej, w której nie było żadnych krytycznych relacji o zachowaniach Żydów po 1939 roku. Było za to więcej stwierdzeń o rzekomej sile „polskiego antysemityzmu” w II RP. Kanadyjski klakier Grossa Piotr Wróbel już wyraźnie zachęcał do publikacji takiej zmienionej wersji „Strachu” w Polsce, „dostosowującej argumenty” do „wrażliwości różnych czytelników” (por. tekst Wróbla w „Gazecie Wyborczej” z 29 lipca 2006 r.). Z góry zapowiadam, że natychmiast publicznie obnażymy wszelkie manipulacje tego typu.
Zdumiewające zaniechania
Podczas gdy w kraju klakierzy Grossa wyraźnie zostali zepchnięci do narożnika, hochsztapler zza oceanu dalej jest nagłaśniany w USA, w tym przez wywiady udzielane w audycjach radiowych, docierających do milionów słuchaczy. Przynosi to ogromne szkody wizerunkowi Polski i Polaków. Nieprzypadkowo z bardzo ostrą krytyką fałszów Grossa szczególnie szybko wystąpili liczni polscy autorzy ze Stanów Zjednoczonych i Kanady (m.in. Ryszard Tyndorf, prof. John Radziłowski, Marek J. Chodakiewicz, Wojciech Wierzewski czy warszawski korespondent prasy polonijnej Robert Strybel). Tym bardziej zdumiewa jednak całkowita bierność w tej sprawie okazywana przez polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych i ambasadę polską w Waszyngtonie. Ambasadą tą kieruje wywodzący się z grona dyplomatów Geremkowskiego chowu Janusz Reiter, bardzo źle wspominany za fatalne klajstrowanie spraw już w czasie gdy był ambasadorem Polski w Niemczech. Nie zdobyto się na publiczne potępienie tak licznych i obrzydliwych spotwarzeń Polski przez Grossa, choć wcześniej ostro reagowano na dużo mniej znaczące pod względem zasięgu sprawy, typu napastliwego antypolskiego tekstu w niemieckiej gazecie „Tageszeitung”.
Nie zrobiono przez te parę miesięcy nawet rzeczy najprostszej, choć tak podstawowej. Otóż nie zatroszczono się nawet o szybkie wydanie krótkiej broszury prostującej najohydniejsze kłamstwa Grossa w oparciu o rzetelne świadectwa Żydów lub Polaków żydowskiego pochodzenia – świadków epoki. Broszury, w której znalazłyby się np. liczne jakże przeciwstawne Grossowi relacje na temat poparcia Polaków dla walk żydowskich powstańców getta. Zdumiewa fakt, że jak dotąd, o ile wiem, żaden z polityków (poza listem czterech senatorów) nie wystąpił z publiczną krytyką szczególnie niebezpiecznego antypolonizmu w wydaniu Grossa i jego klakierów. Nie zatroszczono się również o uzyskanie na forum międzynarodowym przeciwdziałania kłamstwom Grossa poprzez zwrócenie się do tak wybitnych i obiektywnych zagranicznych badaczy polskiej historii jak prof. Norman Davies z Anglii, prof. Richard C. Lukas z USA czy prof. Jakub Goldberg z Izraela. A przecież chodzi o przeciwdziałanie jakże niebezpiecznym presjom na Polskę. Inicjowana przez Grossa fala antypolskich oszczerstw, mających oczernić Polskę, służy aż nazbyt konkretnym celom – ułatwieniu wymuszenia na biednej Polsce jak największych odszkodowań za mienie żydowskie. Pierwszym krokiem w tym kierunku ma być stwarzanie wokół Polaków wizerunku „katów”, współsprawców żydowskiego holokaustu. Przypomnijmy, co już kilka lat temu prof. Norman Finkelstein pisał w związku z „Sąsiadami” Grossa: „Z błogosławieństwem Grossa Sąsiedzi stali się kolejnym orężem przedsiębiorstwa holokaust w jego dążeniu do ograbienia Polski” (N. Finkelstein, Przedsiębiorstwo holokaust, Warszawa 2001, s. 198). Nasza bierność i chowanie po strusiemu głowy w piasek – tak to dziś robi MSZ – nie usunie narastających zagrożeń i będzie tylko sprzyjać dalszej kulminacji nagonki na Polskę. Premier Jarosław Kaczyński po tylekroć wyrażał swe zatroskanie słabościami obecnego wizerunku Polski w świecie – niech wreszcie i podwładni premiera dostosują się do jego zaleceń! Myślę, że w obecnej sytuacji bardzo przydałby się apel myślących po polsku przedstawicieli różnych partii politycznych i organizacji społecznych do prezydenta i premiera RP o jak najszybsze podjęcie działań zmierzających do pomniejszenia szkód wyrządzonych Polsce przez książkę Grossa i jej klakierów.
Zdumiewający jest fakt, do jakiego stopnia w całej sprawie nabrały wody w usta różne redakcje telewizji publicznej (o TVN czy Polsacie nie warto nawet wspominać), zamiast przeprowadzić prawdziwie porządną debatę wokół książki Grossa. Jak widać, „odnowa wildsteinowska” ciągle nie poszła zbyt daleko!
I jeszcze jedna sprawa. Czy polskie władze w końcu zdecydują się na wystąpienie z pozwem sądowym przeciwko oszczercy Grossowi, który z tak ewidentną złą wolą upowszechnia najbardziej ordynarne kłamstwa antypolskie, narażając nasz Naród na oskarżenia o mordercze współdziałania z nazistowskimi ludobójcami? Zdemaskowanie kłamstw Grossa na forum międzynarodowym ułatwiłoby zamknięcie ust także innym oszczercom tego typu.
Nagradzajmy sojuszników, nie wrogów!
Niejednokrotnie pisałem w swoich publikacjach o postaciach sprawiedliwych pośród Żydów, którzy nie chcieli się pogodzić z nikczemnym oczernianiem Polaków. Zwalczając z całą siłą Żydów antyPolaków, zawsze opowiadałem się za równie silnym nagłaśnianiem wszystkich postaci propolskich Żydów, ich wyrazów sympatii dla Polski czy wystąpień w naszej obronie. Nie było po 1945 r. w Polsce nikogo, kto by napisał więcej ode mnie o postaciach propolskich Żydów lub polskich patriotów żydowskiego pochodzenia. Poza odrębnymi artykułami na ten temat pisałem o tym w osobnych rozdziałach w kilku książkach (por. rozdziały: „Przemilczani rzecznicy polskożydowskiego dialogu” i „Przemilczani Żydzi antykomuniści” w książce „Zagrożenia dla Polski i polskości”, Warszawa 1998, t. I, s. 300310, czy rozdział „Sprawiedliwi pośród kresowych Żydów” w „Przemilczanych zbrodniach”, Warszawa 1999, s. 195205; rozdział „Żydowscy rzecznicy dialogu” w tomie „Antypolonizm – zdzieranie masek”, Warszawa 2005, t. II, s. 5860). W 2002 roku wydałem w Bibliotece książek „niepoprawnych politycznie” 70stronicowy tomik „Przemilczani obrońcy Polski” o polskich patriotach żydowskiego pochodzenia. Przypomnę tu jedną z dawniejszych moich konkluzji na powyższy temat, wyrażonych w książce „Zagrożenia dla Polski i polskości”
(s. 311): „Ciężkim błędem polskiego obozu niepodległościowego są ciągle zbyt małe kontakty z Żydami polonofilami ze świata. Nie umiemy w dostatecznym stopniu odwoływać się do ich argumentów w polemice z polakożerczymi kłamstwami, nie umiemy docenić ich znaczenia. Nie rozumiem, dalibóg, na przykład, dlaczego na uroczystości 50lecia obozu w Oświęcimiu zaproszono tylko prezydentów i laureatów Nobla (w tym polakożerczego Elie Wiesela, znanego z oszczerstw na temat chrześcijaństwa i Ojca Świętego Jana Pawła II). Dlaczego zaś nie zaproszono tam kilkudziesięciu Żydów polonofilów, w tym profesora Israela Shahaka i Oswalda Rufeisena z Izraela czy Dory Kacnelson z Drohobycza. Ta ostatnia by sama najlepiej powiedziała rabinowi Weissowi, co myśli o jego walce z krzyżem”.
Myślę, że cytowane powyżej uwagi są nadal aż nadto aktualne. W walce z tak niebezpiecznymi nowymi fałszami Grossa powinniśmy się tym silniej odwołać do naszych „przyjaciół Żydów” z różnych krajów świata. Począwszy od prof. Normana Finkelsteina i prof. Harolda B. Segela (autora świetnej książki „Image of Jew in Polish Literature”, wyd. w 1996 r.) oraz rabina Byrona Sherwina z USA, poprzez prof. Jakuba Goldberga (doktora honoris causa na UW), Stanisława Aronsona (b. ppor. AK „Ryśka”), generalnego sekretarza Towarzystwa Korczakowskiego w Izraelu Beniamina Anolika i Abrahama Wagemana z Izraela, który niejednokrotnie występował w obronie Polaków, m.in. w związku z Jedwabnem, po propolskiego Żyda z Düsseldorfu z Niemiec Samuela Dombrowskiego, konsekwetnie występującego w obronie Polaków. Zaapelujmy o ich wystąpienia przeciw plugawym oszczerstwom Grossa i odpowiednio je nagłośnijmy. A przy tym wszystkim nauczmy się bardziej nagradzać żydowskich przyjaciół naszych wrogów. (Przypomnijmy tu, że A. Kwaśniewski posunął się do odznaczenia J.T. Grossa wysokim polskim odznaczeniem, że na Uniwersytecie Warszawskim nagrodzono kiedyś doktoratem honoris causa Israela Gutmana, znanego z oszczerczych publikacji na temat historii polskożydowskich stosunków w drugiej wojnie światowej i spotwarzania Armii Krajowej!). Dlaczego nie wyróżnimy wreszcie polskimi odznaczeniami takich przyjaciół Polski, jak prof. N. Finkelstein, S. Aronson, A. Wageman czy S. Dombrowski? Dlaczego polski Sejm lub Senat nie mogłyby się wreszcie zdobyć na zaproszenie prof. N. Finkelsteina na specjalną sesję polskiego parlamentu, na której mógłby wystąpić ze swym tak ważnym przesłaniem krytykującym szantaże żydowskiego „przedsiębiorstwa holocaust” wobec Polski i Polaków? Dlaczego prof. N. Finkelsteina – tak zdecydowanie występującego w obronie polskich interesów narodowych (przeciw rabowaniu biednego polskiego Narodu przez wymuszane „odszkodowania”), nie uhonoruje się wreszcie tak mocno przez niego zasłużonym doktoratem honoris causa na czołowej polskiej uczelni?
A przede wszystkim nauczmy się wreszcie częściej sięgać do różnych świadectw propolskich Żydów i polskich patriotów żydowskiego pochodzenia. Wznawiajmy i popularyzujmy ich ciągle świadomie przemilczane książki, od Mantela i Shahaka po Hirszfelda i Grydzewskiego. Postarajmy się też bardziej o przypominanie ich wystąpień z protestami przeciw tym Żydom, którzy zdradzali Polskę, najczęściej na rzecz sowieckiego Wielkiego Brata. Jakże niewiele osób wie dziś na przykład o tym, że patriotyczni Polacy żydowskiego pochodzenia już w pierwszych latach wojny występowali z postulatami ukarania wszystkich Żydów na Kresach winnych kolaboracji i zdrady. Szczególnie wymowny był fakt, że z postulatem tego typu wystąpiono na łamach wychodzącego na terenie getta warszawskiego organu Żydów asymilatorów – konspiracyjnego pisma „Żagiew” (numer 2 z początków kwietnia 1942 r.). Omawiający ten numer „Żagwi” w meldunku z 13 maja 1942 r. „Wacław” (Henryk Woliński) pisał, że autorzy na czele obowiązków Żydów wobec państwa polskiego postawili lojalność i wierność, w związku z czym „pismo poświęca stosunkowo sporo miejsca uzasadnieniu konieczności pociągnięcia do odpowiedzialności Żydów z Kresów Wschodnich za ich stosunek do okupacji sowieckiej” [podkr. – J.R.N.] (cyt. za: Eksterminacja Żydów w latach 19411943. Dokumenty Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej Armii Krajowej ze zbiorów oddziału rękopisów Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, opr. M. Tyszkowa, „Biuletyn Żydowskiego Instytutu Historycznego” 1992, nr 23, s. 59). Czyż cytowany powyżej tekst z „Żagwi” nie jest najlepszym argumentem w rozbijaniu kłamstw J.T. Grossa, przemilczającego prawdę o kolaboracji z Sowietami na Kresach tak dużej części Żydów?! Przypomnę wreszcie inny, jakże niesłusznie zapoznany, a tak wzruszający „List Żydów z Izraela do Żydów w Polsce listopad 1946”. Podpisany przez 120 Żydów izraelskich list znajdujący się w Arch. Deleg. WIN. Dział II, A, zawierał m.in. słowa: „(…) Nie możemy jednak oprzeć się stwierdzeniu, że rządzące dziś w Polsce komunistyczne sfery żydowskie nie nauczyły się niczego od czasu rewolucji carskiej. Nie nauczyły się wielkiej i praktycznej prawdy, że do szczęścia i niepodległości własnego narodu nie można zdążać przez nieszczęście i niewolę drugiego narodu.
Żydzi rządzący w Polsce, a należący do partii komunistycznej myślą o sobie, a nie o ludności żydowskiej w Polsce i dlatego powiązali się z tymi obcymi czynnikami, którym zależy na tym, aby Polska pozostała krajem małym, słabym i bezwolnym narzędziem w ich ręku. Niech nad tym postępowaniem komunistycznej żydowskiej góry w Polsce zastanowią się prawdziwi żydowscy patrioci.(…)Może przyjść zawierucha i zamieszanie w Europie, i Żydzi będą tak przyparci do muru, że nie znajdą innego wyjścia, jak szukać schronienia w Polsce i u Polaków. Wtedy może być za późno” (cyt. za „Myśl Polska” z 17 czerwca 2001 r.).
O polską szkołę historyczną
Omawiane wyżej sprawy powinny być o wiele bardziej nagłaśniane, nierzadko zaś wydobywane z prawdziwego zapomnienia. Będzie tak, jeśli wreszcie powstanie polska szkoła historyczna badania stosunków polskożydowskich. Bardzo źle wygląda obecna sytuacja, gdy badanie stosunków polskożydowskich jest niemal zmonopolizowane przez Żydowski Instytut Historyczny. Instytut, na którego czele stoi znany ze skrajnego dogmatyzmu swych dawnych prac o ruchu robotniczym zięć Jakuba Bermana, Feliks Tych. Przypomnijmy tu, że słynny historyk prof. Stefan Kieniewicz już w 1984 r. bił na alarm z powodu braku polskich badań nad tematyką stosunków polskożydowskich, pisząc m.in.: „Jest faktem, że dziejami polskich Żydów zajmowali się i nadal zajmują niemal wyłącznie badacze z żydostwem związani.(…)Nieżydowscy autorzy(…)wolą wymijać tę problematykę, zasłaniając się brakiem kompetencji. Wynika stąd jednostronność spojrzenia” (S. Kieniewicz, Polacy i Żydzi w XIX wieku, „Polityka” z 15 grudnia 1984 r.). Jako wyraz tej jednostronności prof. Kieniewicz podał to, że żydowscy badacze zwykli podejmować głównie dwa wątki badawcze. Jeden to wkład Żydów w dzieje Polski: gospodarczy, polityczny (udział w walkach o niepodległość) i kulturalny. Drugim zaś był wątek dyskryminacji Żydów w Polsce przez chrześcijan. Jak widzimy, taka „selekcja” tematów badań stosunków polskożydowskich była i jest aż nadto uproszczona.
Dlatego tak potrzebne jest powstanie polskiej szkoły badań stosunków polskożydowskich, podejmującej jak najbardziej wielostronnie tematy dotąd przemilczane. Być może jej zalążkiem mogłoby stać się powstanie Instytutu obrony dobrego imienia Polski czy Instytutu obrony prawdy o Polsce. Instytut taki mógłby wziąć na warsztat w pierwszej kolejności najbardziej sporne sprawy z dziejów stosunków polskożydowskich w XX wieku.
Słynny polski historyk prof. Władysław Konopczyński pisał kiedyś: „Narody muszą się bronić przed obcą pogardą i własnym zwątpieniem”. Czy weźmiemy sobie do serca tę maksymę i nauczymy się wreszcie skutecznie bronić prawdy o polskiej historii, mającej tyle wielkich kart i tak często szkalowanej przez karły?!
