Nowe fałsze Grossa (5)

Jak kłamie Gross
Znakomity polski naukowiec w USA prof. Iwo Cyprian Pogonowski mówił mi
już ponad pięć lat temu o jakże niepokojącym zjawisku zauważalnym na wielu
uczelniach amerykańskich. Chodziło o to, że liczni wykładowcy i studenci
polskiego pochodzenia
wstydzili się przyznawać do polskości z powodu szalejącej już wtedy fali
antypolonizmu, oskarżeń Polaków o "dziki antysemityzm", współudział w mordowaniu
Żydów w dobie wojny etc. Nowa książka J.T. Grossa ma wszelkie "szanse",
aby doprowadzić do lawinowego wręcz pogorszenia wizerunku Polski i Polaków
u nieznających faktów Amerykanów. Stąd nieprzypadkowe tak liczne w ostatnich
tygodniach teksty polskich autorów z USA i Kanady, alarmistycznie wręcz
ostrzegające przed rozmiarami polakożerczych bredni Grossa.
28 lipca 2006 r. na łamach czołowego dziennika polonijnego w USA – "Dziennika
Związkowego" – ukazała się prawdziwie miażdżąca recenzja "Strachu",
wyszła spod pióra Wojciecha A. Wierzewskiego, autora bardzo popularnego polonijnego
programu radiowego w Chicago "Dialog 2000". Wierzewski, znany m.in.
z licznych owocnych prób wspierania dialogu ze stroną żydowską, tym ostrzej
napiętnował nową książkę Grossa, widząc w niej zamierzenie niszczące wszelkie
szanse dialogu między Polakami a Żydami. Oskarża paszkwil Grossa, że stara
się "zapobiec jakiejkolwiek próbie porozumienia i służącą tylko antagonizowaniu
stron, podsycaniu wzajemnej niechęci". Według Wierzewskiego, "Strach" Grossa
to książka, która "wywołuje wyłącznie złe emocje, nie buduje, lecz tylko
rujnuje to, co się już udało osiągnąć we wzajemnym dialogu".
Z równie ostrą recenzją książki Grossa, niewyrażającą dosłownie ani jednego
pozytywnego zdania o "Strachu", wystąpił historyk polski ze Stanów
Zjednoczonych Marek Jan Chodakiewicz w obszernym tekście opublikowanym na łamach "Niezależnej
Gazety Polskiej" z 4 sierpnia 2006 roku. Według Chodakiewicza: "Autor "Sąsiadów" i "Strachu" dokonuje
zawoalowanej próby zaoferowania współczesnej inteligencji polskiej faustowskiego
układu: potępcie polski lud, a szczególnie odetnijcie się od Kościoła katolickiego,
od religii chrześcijańskiej, od patriotyzmu i tradycji, odrzućcie Stary ład,
czyli to, co – według Grossa – spowodowało antyżydowską przemoc".
Wtedy będziecie tak jak ci jedynie Sprawiedliwi polscy intelektualiści,
którzy potępili mord kielecki, bowiem natychmiast rozpoznali jego "reakcyjne" źródła:
Kościół, harcerstwo, "andersowców", powstańców antykomunistycznych, "drobnomieszczaństwo".
Na tym tle z ogromnym zdumieniem obserwuję przerażającą bezczynność MSZ
w sprawie Grossa, i to zarówno na szczeblu kierowniczym, jak i w ambasadzie
RP w Waszyngtonie.
Nie tak dawno przecież Jarosław Kaczyński, którego ogromnie cenię, powiedział,
że "MSZ zostało odzyskane". Czy rzeczywiście? Nasuwa się również
pytanie, dlaczego dotąd w całej sprawie milczą wybitni przedstawiciele patriotycznych
partii polskich na czele z PiS? Idźmy dalej, zapytując, dlaczego nie protestują
przeciwko plugawemu polakożerstwu Grossa czołowi przedstawiciele społeczności
żydowskiej w Polsce? Przecież liczni z nich znają język angielski i mogli naocznie
przekonać się o potworności zoologicznego wręcz polakożerstwa żydowskiego hochsztaplera
z USA. Do rangi skandalu urasta wyraźne poparcie dla Grossa ze strony związanego
z Żydowskim Instytutem Historycznym i IPN (!) Andrzeja Żbikowskiego (według "Przekroju" z
13 lipca 2006 r.). Wyraźnie "odsłonił się" udający dotąd propolskie
sentymenty były ambasador Izraela w Warszawie Szewach Weiss, który wyraźnie
poparł oszczerstwa Grossa w tekście "Polska zdrada" ("Wprost" z
9 lipca 2006 r.). Komentując, że Gross dokonuje "swego rodzaju rozliczenia
z Polską", Weiss kłamliwie twierdzi: "Wiem jednak, że wielu polskich
naukowców prowadzi podobne badania i dochodzi do podobnych jak Gross wniosków" (!).
Zapytajmy, dlaczego trwożnie milczy tak niesłusznie eksponowany jako "autorytet" znawca
stosunków polsko-żydowskich były minister spraw zagranicznych Władysław Bartoszewski.
Zachowuje się w całej sprawie w stylu – jak by powiedział L. Wałęsa – "ani
be, ani me, ani kukuryku!". Tak jak niegdyś w czasie nieszczęsnej
wizyty w Knesecie, gdy nie zareagował nawet jednym zdaniem na ohydne polakożercze
wystąpienia kilku posłów izraelskich.
Myślę, że cała sprawa jest swego rodzaju papierkiem lakmusowym na to, kto
prawdziwie chce bronić prawdy o stosunkach polsko-żydowskich, kto naprawdę
pragnie uczciwego
dialogu między obu nacjami. Tu potrzebne jest otwarte wyrażenie stanowiska,
a nie tchórzliwe milczenie!

Zhańbili się po stronie Grossa!
Jednym z głównych celów mojego tak szeroko udokumentowanego cyklu artykułów
w "Naszym Dzienniku" o nowym paszkwilu Grossa jest ułatwienie Czytelnikom
dostrzeżenia pełnej skali tolerancji dla najbardziej nawet klinicznego antypolonizmu,
występującej w bardzo wpływowych mediach. Myślę, że w świetle przytaczanego
przeze mnie obrazu rozmiarów polakożerczych kalumnii Grossa tylko ktoś kompletnie
ślepy i głuchy w sprawach naszej Ojczyzny, ktoś bez jakiegokolwiek poczucia
polskiej godności narodowej może jeszcze teraz chwalić lub usprawiedliwiać
Grossa. Nader jednoznaczny wydaje się również osąd moralny takich "polskich" gazet
czy tygodników, które jeszcze teraz posuwają się do chwalby lub obrony Grossa.
W ten sposób działają one "na szkodę Polski" – jak słusznie stwierdzili
sygnatariusze oświadczenia Niezależnego Zespołu ds. Etyki Mediów, opublikowanego
w "Naszym Dzienniku" z 5-6 sierpnia 2006 roku.
Warto dobrze zapamiętać nazwiska wszystkich progrossowych dziennikarzy i naukowców,
którzy są faktycznie współwinni dzisiejszej "hańby domowej". Przypomnijmy,
że wśród gazet codziennych najbardziej niegodnie zachowała się "Gazeta
Wyborcza", drukując 29-30 lipca 2006 r. artykuł Piotra Wróbla, "naukowca" z
Toronto, panegirycznie wychwalający Grossa. Wśród tygodników najbardziej jak
dotąd, chyba nieprzypadkowo, skompromitował się katolewicowy "Tygodnik
Powszechny", potocznie "Obłudnikiem Powszechnym" zwany. To w
nim 16 lipca 2006 r. wystąpiono z haniebnym, iście targowickim pomysłem przyznania
Grossowi polskiego państwowego wyróżnienia (w tekście Agnieszki Sabor). To
w "Tygodniku Powszechnym" z 9 lipca ogromnie wyeksponowano, bez jakiegokolwiek
krytycznego komentarza, bardzo obszerny tekst wykładu Grossa, wygłoszonego
w Krakowie 4 lipca 2006 roku. Nie sprostowano tam nawet tak ewidentnych bzdur
jak przejęte od komunistów kłamstwo Grossa o wielotysięcznym tłumie, który
uczestniczył w "pogromie" kieleckim, czy twierdzenie, że "jedna
czwarta mieszkańców miasta brała udział w pogromie". "Tygodnik Powszechny" powinien
przeprosić mieszkańców Kielc za to oszczerstwo! Nie sprostowano kretyńskiej
insynuacji Grossa, że w Łodzi strajkowało 15 tys. robotników, "oburzonych,
że można ich posądzić o współczucie dla wymordowanych Żydów".
Wyjaśniałem już w "Naszym Dzienniku", że robotnicy łódzcy byli oburzeni
wydrukowaniem podpisanych rzekomo w ich imieniu rezolucji, przygotowanych w
najgorszym stalinowskim stylu i potępiających "reakcję", "podziemie", "andersowców".
Skompromitował się – nie po raz pierwszy – tygodnik "Newsweek" z
6 sierpnia 2006 r. tekstem "analityka stosunków międzynarodowych" Bartłomieja
Sienkiewicza, z werwą wybraniającego Grossa przed krytykami jego książki. Dodajmy,
że Sienkiewicz przyznał, iż "Strachu" nie czytał (!). Pogratulować
odwagi w bronieniu "na ślepo" patologicznego polakożercy! Skompromitowała
się po raz kolejny z rzędu znana i tak z rozlicznych wsparć dla wyskoków antypolonizmu
postkomunistyczna "Polityka". 15 lipca 2006 r. ukazał się w niej
ogromniasty wywiad popularyzujący Grossa, przeprowadzony przez Adama Szostkiewicza.
Dodać tu należy wreszcie znaną z różnych wypadów przeciw polskim tradycjom
narodowym i Kościołowi komercyjną stację telewizyjną TVN, która 6 lipca 2006
r. splamiła się popularyzującą J.T. Grossa okołogodzinną debatą z tendencyjnie
dobranymi uczestnikami, w tym z osławioną fanatyczną tropicielką antysemityzmu
A. Bikont z "Gazety Wyborczej". Grossowi w Polsce należy się tylko
sąd, a nie popularyzacja!
W szczególnie paskudnej sytuacji, doprawdy nie do pozazdroszczenia, znalazło
się liberalno-lewicowe wydawnictwo Znak sugerujące swój związek z Kościołem.
Nazbyt pochopnie połakomiło się na polakożerczy "Strach". Podobno
podsunął go im jakiś filar dawnej opozycji laickiej, zapewniając, że znajdą
w tej książce wyjątkowy cymes intelektualny. Teraz zaś już nadto wyraźnie widzą,
że znaleźli się w żałosnej sytuacji, bez jakiegokolwiek dobrego wyjścia. Jeśli
bowiem wycofają się z druku książki Grossa pod wpływem nacisku opinii publicznej,
to będzie raczej bardzo przykra rejterada! Jeśli zaś wydrukują Grossa, to się
haniebnie skompromitują jako protektorzy książki dziko antypolskiej i antykatolickiej
(!). Wpadną jak śliwka w kompot, dowodząc braku elementarnego rozeznania merytorycznego
i "czucia po polsku". Podana niedawno w "Rzeczpospolitej" informacja,
że Znak ma wydać książkę Grossa dopiero w połowie przyszłego roku, być może
oznacza, że wydawnictwo zamierza powoli, po cichu, rakiem wycofać się z całego
tak kompromitującego przedsięwzięcia (przecież przekład "Strachu" może
zająć parę miesięcy, a nie rok!). A może Znak chce przygotować wyraźnie zmienioną
wersję książki Grossa dla Polaków. Coś w tym rodzaju zalecał już w "Gazecie
Wyborczej" stary spec od deformowania historii Polski – "naukowiec" P.
Wróbel z Toronto. Tyle że taki manewr jednak nie przejdzie, właśnie dzięki "Naszemu
Dziennikowi", który już teraz szczegółowo ujawnia pełny katalog polakożerczych "wyczynów" Grossa.
Czytelnicy natychmiast odkryją wszystkie "kosmetyczne zabiegi i cięcia".
Inna sprawa, że tych cięć musiałoby być tak wiele, że ponad 300-stronicowa
książka Grossa musiałaby skurczyć się do maleńkiej broszury!

Kłamstwa o powstaniu w getcie
Wśród najpodlejszych kłamstw zawartych w "Strachu" Grossa poczesne
miejsce zajmują oszczerstwa na temat stosunku Polaków do powstania w getcie
warszawskim. Na stronach 171-173 Gross kreśli dla Amerykanów ponury, jednowymiarowy
obraz Polaków jako prawdziwych "potworów moralnych".
Pokazuje, jak Polacy rzekomo ogromnie cieszą się z tragedii Żydów, ginących
w płonącym getcie, wołając, że oto "smażą się kotlety z Żydów"! Na
dowód Gross podaje oceny wyszłe spod pióra pisarzy żydowskiego pochodzenia
– Adolfa Rudnickiego i Mieczysława Jastruna, wiersz Czesława Miłosza "Campo
di Fiori" i zapis jakiejś mało znanej Żydówki Fanki Gaerber. Równocześnie
zaś Gross cynicznie przemilcza liczne jakże odmienne świadectwa wyszłe spod
piór prawdziwie wielostronnych i wnikliwych komentatorów tego wszystkiego,
co się działo z Żydami w Warszawie. Całkowicie przemilcza np. ogromnie cenne
zapiski z "Kroniki lat wojny i okupacji" Ludwika Landaua. Ten wybitny
żydowski ekonomista dał w swej kronice chyba najpełniejszy i zarazem najobiektywniejszy
opis losów żydowskich doby wojny. Tym wymowniejszy więc jest fakt, że zapiski
Landaua na temat polskich postaw wobec powstania w getcie warszawskim różnią
się wprost diametralnie od oszczerczego czarnego obrazu kreślonego w książce
Grossa. I tak np. pod datą 20 kwietnia 1943 r. Landau pisze o dominującym w
całej Warszawie uczuciu współczucia i aprobaty dla żydowskich powstańców, a
22 kwietnia 1943 r. zauważa, że postawa różnych grup społeczeństwa wobec Żydów
korzystnie zmieniła się w czasie walk: w kierunku aprobaty dla żydowskiego
oporu, a nawet jeszcze większego współczucia odtąd odczuwanego. Pod datą 27
kwietnia 1943 r. czytamy u Landaua, że walki Żydów w getcie spotykają się z
aprobatą nawet najbardziej antysemickich grup. 30 kwietnia 1943 r. Landau zanotował
na temat walki powstańców w getcie: "Walka ta spotkała się wszędzie z
uznaniem, obudziła współczucie, nawet w mało dostępnych dla niego w stosunku
do Żydów środowiskach, zwłaszcza wobec jednoznacznego stanowiska całej tajnej
prasy" (por. L. Landau, Kronika lat wojny i okupacji, t. 2, grudzień 1942
– czerwiec 1943, Warszawa 1962, s. 355, 358, 362, 370, 380).
Inny przykład pochlebnych dla Polaków świadectw, świadomie zatajonych w dostarczonej
przez Grossa tendencyjnej składance cytatów, to opinia Icchaka Zuckermana "Antka".
Ten skądinąd nieskłonny do idealizowania Polaków ideowy przywódca młodzieży
syjonistycznej zapisał w swym pamiętniku: "Możemy powiedzieć, że polska
ulica w tych dniach była prożydowska. Ja nie mówię tu o skrajnych grupach,
które były rozemocjonowane tym, że Żydzi płoną w getcie… to, co się działo
w getcie, wzbudziło nadzwyczajny respekt dla żydowskich bojowników. Polska
(podziemna) prasa była pełna podniecenia i podziwu, nie tylko ze strony niektórych
przywódców lewicowych i liberalnych, lecz jako wyraz prostej sympatii mas" (por.
I. Zuckerman "Antek", A Surplus of Memory: Chronicle of the Warsaw
Ghetto Uprising, Berkeley, London and Oxford 1993, s. 374).
Przytaczam tu kreślony przez Landaua i Zuckermana obraz jednoznacznego poparcia
polskiej prasy podziemnej dla powstania w getcie warszawskim. Jest on tym ważniejszy,
że Gross już w jednej ze swych wcześniejszych książek – w "Upiornej dekadzie",
wydanej w 1998 r., pisał na s. 44: "W bardzo ważnej książce "Wojna
niemiecko-polska" (Aneks, 1989) Paweł Szapiro przytacza pełny zestaw tekstów
na temat powstania w getcie warszawskim. Jak widać z tego zbioru, antysemityzm
był regułą wyrażaną w opinii publicznej polskiego społeczeństwa, od której
oczywiście należy odnotować ważne, bardzo szlachetne i wpływowe odstępstwa".
Każdy z Czytelników tego tekstu może z łatwością się przekonać, do jakiego
stopnia fałszerz recydywista Gross świadomie zdeformował rzeczywistą wymowę
książki P. Szapiry, historyka związanego z Żydowskim Instytutem Historycznym
w Warszawie. Otóż wybór Szapiry przekonywająco pokazywał, że ogromna część
polskiej prasy konspiracyjnej sympatyzowała z walką Żydów w getcie, a rzadkimi
odstępstwami od tej reguły były właśnie teksty antyżydowskie. Przypomnijmy,
że na ten temat również Baruch Goldstein, działacz Bundu i organizator jego
bojówek przed wojną, jednoznacznie stwierdził: "Cała polska prasa podziemna,
niezależnie od politycznej ideologii, powitała z entuzjazmem bitwę 18 stycznia
[1943 – pierwszą próbę obrony getta przed niemiecką pacyfikacją
– J.R.N.] (por. B. Goldstein, The Star bear Witness, New York 1949, s. 177).
Cytowane wcześniej żydowskie świadectwa, przemilczane przez Grossa, warto uzupełnić
o opinię wybitnego matematyka żydowskiego pochodzenia Stefana Chaskielewicza.
W swych wspomnieniach napisał on m.in.: "O walkach w getcie mówiono powszechnie
w całej Warszawie. Starałem się pilnie słuchać wypowiedzi na ten temat (…).
Nie usłyszałem ani jednej wypowiedzi pochwalającej bestialskie mordowanie Żydów
czy też lekceważącej działalność obrońców getta. Opowiadano mi jedynie o tym,
że jakiś pasażer wyrażał swą radość z tego, że nie będzie więcej Żydów w Warszawie.
To miało się jakoby spotkać z powszechnym oburzeniem innych pasażerów, którzy
jednak nie reagowali słownie, bo sądzili, że jest to prowokacja. Wieczorami
sąsiedzi wychodzili na dach domu, w którym mieszkałem, by obserwować dymy palących
się domów getta. Ja także tam się znalazłem.
Patrzono ze zgrozą i wyrażano przekonanie, że "jak skończą z Żydami, to
zabiorą się za nas". Byłem do głębi wstrząśnięty wydarzeniami w getcie.
Zdawałem sobie sprawę, że powszechnie powtarzane wieści o niezwykłych sukcesach
getta i o wielkich stratach Niemców są na pewno przesadzone" (S. Chaskielewicz,
Ukrywałem się w Warszawie: styczeń 1943-1945, Kraków 1988, s. 42).
Dodajmy do tego tak oburzający fakt całkowitego przemilczenia przez Grossa
kilkunastu prób udzielenia zbrojnej pomocy dla powstańców żydowskich ze strony
żołnierzy Polski Podziemnej. Gross cynicznie milczy o Polakach poległych lub
rannych w czasie tych prób. Pisała o tej polskiej pomocy m.in. Teresa Prekerowa
w "Najnowszych dziejach Żydów w Polsce" (Warszawa 1993, s. 339): "Oddziały
AK, GL i innych polskich ugrupowań próbowały przyjść z pomocą walczącemu gettu,
jednak mimo poniesionych ofiar w ludziach żadnemu nie udało się dokonać wyłomu
w murze". Książka ta była chętnie cytowana przez Grossa. Nie może więc
udawać, że nie wiedział o tych zbrojnych próbach pomocy polskiej dla żydowskiego
powstania. Dlaczego więc całkowicie przemilczał to w pisanej dla Amerykanów
książce, wypełniając prawie dwie strony swego tekstu wyłącznie obrazami rzekomej
jadowitej nienawiści Polaków do ginących w getcie Żydów? Rzetelny historyk
jest zobowiązany do pokazywania przedstawianego przez siebie obrazu wydarzeń
w całej jego złożoności, porównywania różnorodnych, częstokroć nawet sprzecznych
ze sobą świadectw. Cóż wspólnego z tym wymogiem rzetelności ma cyniczny fałszerz
zza oceanu? Może spróbują wyjaśnić tę postawę uparci obrońcy i popularyzatorzy
Grossa z "Gazety Wyborczej", "Tygodnika Powszechnego", "Newsweeka" czy "Polityki".

prof. Jerzy Robert Nowak

Kolejna część cyklu jutro.

drukuj