Krew Bourbonów

Ludwik XVI (1754-1793), wnuk Ludwika XV, wbrew
opinii rewolucyjnej propagandy, nie był wcale tyranem i despotą, ale raczej
ich przeciwieństwem – człowiekiem
łagodnym, dobrodusznym i wyrozumiałym. Wzorowy katolik, wyjątkowo dobry, w opinii
współczesnych mu wręcz święty. Uważał, że Francuz nie jest zdolny do królobójstwa.

Ludwik XVI nie oponował w sprawie przejścia od monarchii absolutnej do monarchii
konstytucyjnej, nie protestował przeciwko zniesieniu przywilejów stanowych, ale
bardzo długo zwlekał z podpisaniem konstytucji cywilnej duchowieństwa. Ostatecznie
po wielu naciskach 26 grudnia 1790 r. podpisał ten dokument, który faktycznie
zrywał łączność Kościoła francuskiego ze Stolicą Apostolską.
Pod wpływem tego wydarzenia, które było efektem pogwałcenia jego sumienia przez
rewolucjonistów, próbował wraz z rodziną ucieczki w przebraniu z Tuillerie. Było
to 21 czerwca 1791 roku. Niestety, próba się nie powiodła. Całą rodzinę królewską
schwytano nazajutrz o świcie w miasteczku Varennes i wśród upokorzeń przewieziono
z powrotem do Paryża. Króla oskarżono o zdradę.
Ludwik XVI dostał się pod "ochronę" rewolucyjnego Konwentu, czyli wraz
z żoną Marią Antoniną, synem Delfinem, córką Marią Teresą i siostrą Elżbietą
osadzony został w więzieniu Temple. 26 grudnia tegoż roku rozpoczął się jego
proces. Dzień wcześniej spisał swój testament, obawiając się śmierci w drodze
do Konwentu. Dużo się modlił.
Sam proces przed rewolucyjnym parlamentem był jedną kpiną z sądu. "Nie chcemy
bynajmniej sądzić króla – pragniemy go zabić" – nie krył wcale Danton. 17
stycznia 1793 r. przy jednym głosie przewagi (361 do 360) przegłosowano karę
śmierci.
Usłyszawszy wyrok, król poprosił o kilkudniową zwłokę w jego wykonaniu, gdyż
chciał przed śmiercią wyspowiadać się u katolickiego (niezaprzysiężonego) kapłana.
Konwent zgodził się na to z oporami i niechętnie, ale pod warunkiem, że księdzem
nie będzie obywatel francuski. 20 stycznia do celi króla w Temple przybył irlandzki
kapłan Edgeworth de Firmont, syn nawróconego na katolicyzm pastora. Po odbyciu
spowiedzi król spotkał się z rodziną. Nazajutrz rano uczestniczył we Mszy św.
odprawionej przez irlandzkiego księdza i przyjął Komunię Świętą. O godz. 9.00
w otoczeniu komisarzy Konwentu udał się na plac Rewolucji (dawny plac Ludwika
XV, obecnie plac Zgody), przez całą drogę odmawiając z księdzem modlitwy. Wszystko
odbywało się przy akompaniamencie bębnów. Chodziło o uniemożliwienie porozumiewania
się ewentualnym spiskowcom chcącym odbić króla. Gdy wstępował na szafot, ks.
de Firmont krzyknął: "Synu św. Ludwika, wstępuj do nieba!". Ostatnie
słowa króla brzmiały: "Francuzi! Umieram niewinny zarzucanych mi zbrodni.
Przebaczam moim nieprzyjaciołom. Modlę się do Boga z całego serca, aby im wybaczył,
aby nie spadła na Francję krew, która będzie przelana. A ty, ludu nieszczęśliwy…".
Gdy chwilę później kat podniósł ociekającą krwią głowę króla, jak podało rewolucyjne
pismo "Magicien Republicain", "Pewien obywatel wdrapał się na
gilotynę i zanurzył całą swoją rękę we krwi Kapeta, której było pełno. Zbierał
jej skrzepy, tak że miał ich pełną garść. A następnie trzykrotnie rzucał je na
głowy stojących w pobliżu gapiów, którzy cisnęli się do szafotu, by otrzymać
choćby kropelkę na czoło. 'Bracia! – wołał ów obywatel – grożono nam, że krew
Ludwika Kapeta spadnie na nasze głowy. Dobrze więc. Niech spada! Ludwik Kapet
tyle razy nurzał swoje ręce w naszej krwi! Republikanie! Krew króla przynosi
szczęście!’".
W rzeczywistości krew przelana przez króla zapoczątkowała okres straszliwego
terroru.
Jakie były losy królewskiej rodziny? Mały Ludwik XVII (1785-1795) trzymany był
w Temple w całkowitej izolacji, odmówiono mu widywania matki i ciotki, wychodzenia
z celi na spacery, otwierania okna. W zamian za to poddano go rewolucyjnej indoktrynacji,
którą realizował szewc Simon. Próbował on wpoić królowi dziecku nienawiść do
rodziców i nakłaniał go do wyparcia się wiary. Po dwóch latach życia w takich
warunkach Ludwik XVII umarł. Ogłoszono, że stało się to 8 czerwca 1795 roku.
Siostry ani ciotki nie dopuszczono do identyfikacji ciała. Siostra z przekonaniem
twierdziła: "Mój brat nie umarł", ale fakt nagłego zwolnienia Simona
19 stycznia 1795 r. nasuwa pytanie, czy w tym właśnie dniu nie doszło do potajemnego
wywiezienia chłopca, tym bardziej że późniejsze trzykrotne ekshumacje nie potwierdziły
jednoznacznie, że są to kości Ludwika XVII.
Maria Antonina (1755-1793), żona Ludwika XVI, była córką cesarza Austrii Franciszka
I i Marii Teresy. Początkowo trzpiotowata (wydana za mąż w 16. roku życia), wraz
z macierzyństwem dojrzała. Ze źródeł historycznych wynika, iż na tle swojej epoki
i warstwy społecznej nie wyróżniła się niczym negatywnym. To nie ona wypowiedziała
przypisywane jej słynne słowa o głodujących poddanych: "Jeśli nie mają chleba,
niech jedzą ciastka", lecz prababka jej męża, żona Ludwika XIV.
Podobnie jak Ludwik XVI, Maria Antonina też miała swój "proces", prawną
tragifarsę. Oskarżycielem był Antoine Quentin Fouquier-Tinville, o którym w 1917
r. powiedział Lenin, tworząc bolszewicką tajną policję, poprzedniczkę KGB: "Skąd
mamy wziąć naszego Fouquier-Tinville’a?". Aby pozostawić królową w pamięci
ludu w niesławie, zadbano o odpowiednich "świadków", którzy przedstawili
ją jako rozpustnicę, utracjuszkę, zdrajczynię.
Na podstawie sfingowanych dowodów i sfabrykowanych dla potrzeb rewolucji zeznań
Maria Antonina została skazana na karę śmierci podczas dyktatury jakobinów. Egzekucję
wykonano 16 października 1793 roku. Jeszcze później, na początku maja 1794 r.
została stracona siostra Ludwika XVI, Madame Elisabeth.

Maria Kalińska

drukuj