Powstanie Poznańskiego Czerwca ’56
Jak nazwać gorące poznańskie
dni roku 1956? W czasach PRL władze komunistyczne
mówiły o nich "wypadki poznańskie", by pokazać, że to nic ważnego.
Kiedy jesienią 1956 r. zawiały nowe wiatry ze wschodu, zgodnie z dialektyką marksistowską
mówiono o Poznaniu, że był to "słuszny robotniczy protest", co też
nazwać trzeba kłamstwem, bo to nie był tylko strajk robotniczy.
Wystarczy spojrzeć na zdjęcia z tych dni. Obok robotników z "Cegielskiego" i
innych zakładów idzie polska młodzież, nastoletni chłopcy niosą okrwawione biało-czerwone
sztandary. Jeden z nich, trzynastolatek Romek Strzałkowski, pozostanie na zawsze
na kartach naszej historii jako symbol. To nie był strajk, to było powszechne
powstanie, podniesienie się z kolan po okresie masowego terroru lat 1944-1956.
Żądania socjalne stanowiły tylko pretekst do wyrażenia najskrytszych pragnień
polskich serc, zapisanych na transparentach i napisach ulicznych, zachowanych
do dziś w archiwach: "Precz z dyktaturą!", "Precz z ruską demokracją!".
Ten drugi napis oddaje istotę protestu. Instalowany w Polsce po wojnie system
sowiecki był od początku wielką mistyfikacją. Stalin zabronił swym gorliwym kolaborantom
z przedwojennej, agenturalnej KPP używania nazwy "polska partia komunistyczna".
Kolaborancka sowiecka partia w Polsce miała się nazywać "robotniczą",
a nie "komunistyczną". Sowiecka dyktatura w Polsce nie nazywała się
już "polską republiką rad", jak planowano w roku 1920, gdy bolszewicy
stali pod Warszawą, lecz "demokracją ludową". Wprowadzono cały teatralny
sztafaż, związany zewnętrznie z instytucjami życia demokratycznego. Był nawet "sejm" –
nie wybierany, lecz mianowany przez politruków. Była "konstytucja" z
odręcznymi poprawkami Stalina, były błazeńskie, propagandowe "ruchy w obronie
pokoju", popierane przez "intelektualistów" z Zachodu. Przy tym
wszystkim była żelazna kurtyna i pełna kontrola słów i czynów, dokonywana przez
cenzurę i bezpiekę. Orwell nie przewidział takich metod. Zabrakło wyobraźni!
Przyjęło się dziś mówić Poznański Czerwiec 1956 i pisać te słowa wielkimi literami.
Lepsze to niż enigmatyczne "wydarzenia poznańskie". Dobrze, że rok
1956 traktuje się jak kamień milowy na drodze Polaków do niepodległości i wykuwa
się te cyfry na pomnikach w całej Polsce. Nasza powojenna historia przypomina
wielki obraz, na którym z daleka świecą się krwawym blaskiem cyfry symbole: 1944,
1956, 1970, 1981. Dopiero gdy się podejdzie zupełnie blisko do tego obrazu, widać
wszystko, cały ogrom zdarzeń i cierpienia. Widać strajki robotnicze sprzed roku
1956, których było ponad tysiąc! Widać zamordowanych żołnierzy antykomunistycznego
podziemia zbrojnego, widać polskich patriotów niszczonych przez system i upokarzanych,
mordowanych raz skrycie, raz w świetle jupiterów, podczas pokazowych procesów.
Dopiero kiedy się spojrzy na te szczegóły, widać, że Polska czasów komunistycznych
to nie tylko kamienie graniczne dat symboli. To nieustanna walka o wolność, która "gdy
się raz zaczyna, z ojca krwią spada dziedzictwem na syna" (Adam Mickiewicz).
Aby docenić szaleńczą odwagę poznańskich demonstrantów 28 i 29 czerwca 1956 roku,
trzeba pamiętać, że oni żyli w państwie dopiero co urządzonym przez komunistów,
w którym hycel z policji politycznej zarabiał więcej od nauczyciela, w którym
więźniów politycznych liczono na 50 tysięcy ludzi. W takich warunkach wyjść na
ulicę, napisać na murze: "Chleba i wolności!", wyrwać żołnierzowi karabin
z ręki i strzelić do bezpieczniaka, który zabił demonstranta – to były akty najwyższej
odwagi i determinacji.
Poznański Czerwiec jest także częścią historii Kościoła. 8 maja 1953 r. zabrzmiało
stanowcze "Non possumus" Episkopatu Polski. Jego następstwem był haniebny
proces biskupa kieleckiego Czesława Kaczmarka we wrześniu 1953 roku. 25 września
komuniści aresztowali Prymasa Polski Stefana kardynała Wyszyńskiego. Poznańska
insurekcja była w dużej mierze odpowiedzią na te działania. Odbyła się w drugim
miesiącu Roku Królowej Polski, ogłoszonego przez Kościół polski od 3 maja 1956
roku. Już po Poznaniu na Jasnej Górze w obecności rzesz wiernych zostały odnowione
śluby narodu, wreszcie na skutek żądań rozlegających się po całej Polsce uwolniono
Prymasa Tysiąclecia.
Polska sowiecka nie skończyła się ani na czerwcu, ani na październiku 1956 roku.
Jeden z robotników rannych na gdyńskim wiadukcie w grudniu 1970 r. powiedział
po latach: "Wydawało się nam, że idziemy w kierunku jakiejś wolności".
Tak było. Nie "wydarzenia", nie "wypadki", lecz nieustanny
marsz ku wolności. Dlatego mamy prawo nieustannie pytać, jaka powinna być ta
polska wolność naszych czasów. Mamy obowiązek nieustannie jej strzec.
Piotr Szubarczyk
